„Lubię śpiewać dla ludzi” – wywiad z Marią Peszek.

Maria Peszek gościła w Toruniu podczas cyklu Koncerty pod Gwiazdami, organizowanego przez Dwór Artusa. W rozmowie dla Kulturalnego Torunia artystka przekonuje, że twórczość to nie kwestia natchnienia oraz zdradza co najbardziej lubi w występowaniu przed publicznością.

 

Z Twoich tekstów, także z wywiadów, których w ostatnim czasie udzieliłaś bije spokój, który mnie kojarzy się z rzeczami ostatecznymi. Czy chciałabyś przeżyć spektakularny koniec świata?

Hm… chyba nie. Bardzo kocham życie.

Chodzi mi o odczucie ostateczności.

Każdy z nas na swojej drodze ma takie doświadczenia. Nie chciałabym teraz tego przeżywać. Cenię sobie życie w harmonii, dzięki niej mogę koncentrować się na swojej pracy. Nie ma we mnie tęsknoty za dramatyzmem. W tej chwili mojego życia doceniam normalność.

Czy nie uważasz, że dramatyzm wpływa na płodność twórczą?

Myślę, że to stwierdzenie jest trochę naiwne. Jeśli ma się coś do powiedzenia, zazwyczaj siedzi to w głowie, w sercu, czy innym miejscu. Nie wierzę w konieczność zaistnienia dramatyzmu w procesie twórczym. Tworzenie jest ciężką pracą. Jeśli chce się to robić, trzeba się do tego przygotować, skoncentrować. Coś takiego jak natchnienie jest chyba błędnym określeniem.

Czy masz receptę na unikanie w swoich tekstach pretensjonalności?

Na pewno mam silny krytycyzm wobec samej siebie i jeżeli mnie się podoba dany tekst, co trudno osiągnąć, to mam już później z nim spokój. Nie zastanawiam się czy to, co napisałam jest pretensjonalne czy nie. Mam też bardzo dobrego doradcę, który towarzyszy mi w czasie całego etapu tworzenia, śledzi słowa razem ze mną. Mówię o Edku, który jest zawsze w tym co robię najbliżej, jest bardzo czujny i krytyczny w stosunku do tego co piszemy i co robimy. Istnieje więc podwójna zapora na to, co nazywasz pretensjonalnością. Ale nie ma jednej recepty.

A kiedy wracasz po latach do starych tekstów nie czujesz się czasem zażenowana?

Nie. Mam dużo czułości do mojej twórczości sprzed lat, bo to jest ona odbiciem mojego rozwoju, nie tylko jako artystki, ale też jako człowieka. Poza tym, moje teksty powstawały zawsze z głębszej konieczności i były dla mnie emocjonalnie autentyczne. I nawet jeśli teraz wydaje mi się coś za słabe, zbyt delikatne, to wciąż jest to szczere i prawdziwe dla osoby, którą wtedy byłam.

Być może to właśnie ta autentyczność broni przed wpadnięciem w pretensjonalność?

Być może, choć człowiekowi może wydawać się, że jest autentyczny, ale czasem trudno to stwierdzić.

Gdzie chętniej występujesz, na wielkich widowiskowych salach z potężnym audytorium, czy w małych miejscach z niewielką liczbą odbiorców?

Lubię jedno i drugie. Wszystko zależy od ludzi. Największy koncert, na którym graliśmy to był Woodstock. Było ponad 300 tysięcy ludzi, co miało swój niezwykły charakter. Najmniejszą widownie mieliśmy w Gomunicach, gdzie słuchało nas kilkadziesiąt osób, bo więcej się nie zmieściło. Obydwa koncerty były bardzo specjalne, bo tak naprawdę chodzi o energię, jaką dają ludzie. Może to być bardzo duża, festiwalowa scena, lub maleńki klub, w niewielkiej wiosce, jak w Gomunicach. Kluczem jest właśnie ta energia, która przepływa pomiędzy nami na scenie, a ludźmi, którzy przyszli nas posłuchać. Lubię spotkanie z ludźmi i śpiewanie dla nich.

 

rozmawiała Iga Skowrońska