Dom Muz / Zaduszki jazzowe

Jak co roku Domu Muz przy ul. Podmurnej 1/3 zaprasza 2 listopada o godz. 19:00 na Zaduszki Jazzowe. Gośćmi tego wieczoru będzie zespół L. A. Trio.
Podczas koncertu muzycy wykonują polskie adaptacje piosenek Dwudziestolecia Międzywojennego oraz standardy muzyki amerykańskiej.
L. A. Trio powstało w 1994 r., gra muzykę w klimacie charakterystycznym dla zachodniego wybrzeża USA. Nienagannie elegancka, klarowna, relaksująco-swingująca muzyka, unosząca w sobie zapach promenad nadmorskich i dyskretny urok luksusowych nocnych klubów „Miasta Aniołów”. Liderem a zarazem duszą i natchnieniem tria jest Bogdan Hołownia: wybitny pianista, ceniony i lubiany w środowiskach jazzowych po obu stronach oceanu. Na kontrabasie towarzyszy mu Andrzej „Bruner” Gulczyński, niegdyś basista legendarnej „Nocnej Zmiany Bluesa” i lider kwartetu jazzowego „Brunerschaft”. Perkusistą tria jest Józef Eliasz niekwestionowany mistrz w swojej profesji, którego kunszt techniczny, niezwykła wrażliwość muzyczna i doświadczenie stawiają go w czołówce perkusistów jazzowych.
Zaduszki Jazzowe
02.11.2015 (poniedziałek) godz. 19.00
Dom Muz ul. Podmurna 1/3

3.HRPP FESTIVAL – KONCERTY, WYSTAWA FOTOGRAFICZNA, WARSZTATY MUZYCZNE

Już niedługo, 9 i 10 listopada w Hard Rock Pubie Pamela odbędzie się kolejna, trzecia edycja HRPP FESTIVAL. W czasie dwudniowych koncertów wystąpi osiem zespołów z dwóch kontynentów, prezentujących różne, lecz spokrewnione gatunki muzyczne. 
Usłyszymy więc przedstawicieli amerykańskiego folku ( Moriah Woods Trio), klasycznego bluesa ( JOHN CLIFTON BAND), boogie & rock’n’rolla ( The Record Company), hendrixowskiego rocka ( Lord Bishop Rocks ) czy też czerpiącego obficie z tradycji wokalnych Joe Cockera i gitarowych inspiracji Erica Claptona – Seana Webstera. Festiwalowy line-up uzupełniają trzy polskie projekty, poszerzające formułę wydarzenia o brzmienia hardrockowe ( MGM), blues-rockowe  (Sagittarius Blues Group) czy oscylujące wokół funky ( Cheap Tobacco). Istotną częścią imprezy są wydarzenia okołofestiwalowe, takie jak: otwarcie wystawy fotograficznej Agaty Jankowskiej, warsztaty harmonijkowe prowadzone przez Johna Cliftona i Michała Kielaka, pokaz filmów dokumentalnych poświęconych Jimiemu Hendrixowi oraz grupie The Rolling Stones  czy też spotkanie autorskie z prowadzącym festiwal Markiem Wiernikiem. Każdy dzień przeglądu niesie ze sobą ciekawe propozycje, które powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych zwolenników muzyki na żywo. Wstęp na wszystkie opisane wydarzenia festiwalowe jest wolny.
Poniedziałek, 9.11.2015,godzina 17.00 -WARSZTATY HARMONIJKOWE (prowadzący MICHAŁ KIELAK i JOHN CLIFTON , godzina 19.00 -otwarcie wystawy fotografii koncertowej Agaty Jankowskiej
Koncert festiwalowy ( zespoły w kolejności pojawiania się na scenie): SEAN WEBSTER BAND (U.K.) – LORD BISHOP ROCKS (USA) – JOHN CLIFTON BAND (USA) – MORIAH WOODS TRIO (USA)
Wtorek, 10.11.2015,  godzina 17.00 -POKAZ DOKUMENTALNYCH FILMÓW MUZYCZNYCH oraz SPOTKANIE AUTORSKIE z MARKIEM WIERNIKIEM, godzina 19.00- premiera płyty koncertowej grupy MGM
Koncert festiwalowy ( zespoły w kolejności pojawiania się na scenie): MGM (PL) – SAGITTARIUS BLUES GROUP (PL) – THE RECORD COMPANY (USA) – CHEAP TOBACCO (PL)

CSW / „EXPOSED” i "WOUNDED: THE LEGACY OF WAR" wystawy zdjęć

W Centrum Sztuki Współczesnej 16 listopada otwarta zostanie wystawa Bryana Adamsa, zatytułowana „EXPOSED” (Obnażeni). Towarzysząca tegorocznej edycji festiwalu CAMERIMAGE ekspozycja to pierwszy pokaz prac artysty w Europie Środkowo-Wschodniej i jedyna okazja, by zobaczyć je w Polsce! Wystawa obejmuje 2 cykle fotograficzne, zaprezentowane pod wspólnym tytułem. 

EXPOSED

Pierwszy z cykli składa się z serii portretów największych sław pop-kultury, między innymi Sir Bena Kingsleya, Mickeya Rourke`a, Sir Micka Jaggera, Lany Del Rey, Kate Moss, Tildy Swinton oraz Amy Winehouse. „EXPOSED” to zbiór stu trzydziestu intrygujących portretów znanych osobistości, które widzowie będą mogli odkryć na nowo poprzez obiektyw Adamsa. Zdecydowana większość zdjęć powstała na zlecenie czasopism, w tym europejskiego „Zoo Magazine” (którego Adams jest współzałożycielem). Niektóre fotografie nie były jednak nigdy wcześniej prezentowane publiczności.

WOUNDED: THE LEGACY OF WAR

Drugi cykl został zatytułowany „WOUNDED: THE LEGACY OF WAR” („Okaleczeni: Świadectwo wojny”) – jego nazwa pochodzi od książki o takim samym tytule. Składa się na niego seria poruszających zdjęć okaleczonych brytyjskich weteranów wojen w Iraku i Afganistanie. Projekt powstawał w ciągu czterech lat (2008-2012) i stanowi niezwykły hołd dla odwagi i hartu ducha ocalałych żołnierzy, którzy zaznali ogromnego bólu i cierpienia. Fotografie eksponują ich zabliźnione rany i kalectwo, stanowiąc wstrząsające świadectwo współczesnych działań wojennych.

Obie serie, „WOUNDED” oraz „EXPOSED”, doczekały się wydań albumowych Steidla, były wystawiane w prestiżowych galeriach i muzeach na całym świecie oraz wielokrotnie nagradzane i recenzowane w najważniejszych pismach poświęconych fotografii. Albumy będzie można nabyć w okresie trwania wystawy w Księgarni Sztuki w CSW.

16.11.2015 – 31.01.2016

Wystawa w ramach Międzynarodowego Festwalu Filmowego CAMERIMAGE

Organizatorzy: Fundacja Tumult i Fundacja Sztuki Świata

Wystawa zorganizowana we współpracy z Crossover, Hamburg

Kuratorzy: Anke Degenhard i Mat Humphrey

otwarcie wystawy: 16 listopada 2015, godz. 18:00, wstęp wolny

Recenzja filmu "Ugotowany" w ramach cyklu Ladies Night

W czwartkowy wieczór kinem Cinema City znów zawładnęły kobiety – październikowa edycja wydarzenia Ladies Night. Tym razem oprócz atrakcyjnych nagród czekał na nas jeden z najgorętszych aktorów ostatnich lat – Bradley Cooper w głównej roli w filmie Johna Wellsa „Ugotowany”.

Tym razem nagród może nie było zbyt wiele, ale znów były idealne dopasowane do potrzeb kobiet – oferty SPA i salonów kosmetycznych. Jednak to co się nam najbardziej spodobało to oferta salonu firmy Mercedes – możliwość przejażdżki jednym z najnowszych modeli. Szczęśliwa pani, która dostąpiła takiego zaszczytu.

Adam Jones (Bradley Cooper) to charyzmatyczny szef kuchni, który w młodym wieku zyskał rozgłos jako guru paryskich restauratorów. Podążał własną ścieżką i tworzył intrygujące połączenia smaków. Nie udźwignął jednak ciężaru sławy, zniknął z pierwszych stron gazet i rozpłynął się w powietrzu. Teraz, wolny od wszelkich uzależnień, próbuje swoich sił w sercu kulinarnego Londynu. Gromadzi doborową załogę, by stworzyć najlepszą restaurację na świecie. Budzące się uczucie do pięknej Helene (Sienna Miller) może przeszkodzić mu w zdobyciu upragnionej, trzeciej gwiazdki Michelin.

Bohater przedstawiany jako „nieznośny geniusz” robi wszystko, żeby zniechęcić do siebie widza – jest arogancki, pedantyczny i okropny wobec swojego zespołu. Mimo to można nabrać do niego sympatii – przez trudne dzieciństwo i ciężką całodobową pracę spełnia swoje ambicje. Jego zachowanie to poza, która potrzebna jest do osiągnięcia sukcesu. Film porusza klasyczny temat pasji i realizacji marzeń – droga do ich spełnienia jest wyboista, wymaga poświęcenia (pokuta bohatera). Oprócz tego jednak możemy w filmie zaobserwować tzw. dążenie do celu po trupach – zero taryfy ulgowej dla pracowników, uczucia tj. współczucie i zrozumienie to słabość. Fabuła jest dobrze zbudowana, ale ani nie zaskakuje, ani nie wzbudza skrajnych emocji. Ciężko przyporządkować jej jednoznaczny gatunek – nie jest to całkiem komedia ani też dramat. Dialogi nieprzesadne ale dość bystre. Widz zwraca również uwagę na montaż – piękne, dynamiczne zbliżenia na dzieła kucharzy pobudzają apetyt i wyobraźnię – prawie czujemy smak potraw. Sławni i zdolni aktorzy oraz wpadający w ucho soundtrack umilają odbiór.

Na film do kin zapraszam wielbicieli dobrego aktorstwa i dla spędzenia przyjemnie popołudnia, natomiast panie już 12 listopada zapraszamy na przedpremierowy pokaz filmu „Listy do M. 2”.
Magdalena Ziomek

Krajobraz bolącej duszy – recenzja filmu „Smak wiśni” Abbasa Kiarostamiego

„W Iranie każdy mężczyzna ma w sobie około 10% homoseksualisty. Całują się w usta i chodzą za ręce. To chyba dlatego, że nie wolno im dotykać kobiety. Policjant goniący złodziejkę nie ma prawa jej zatrzymać”. Usłyszałam tydzień temu od kogoś kto właśnie wrócił z kraju Persów. Tym bardziej jednoznaczny był dla mnie początek „Smaku wiśni” Abbasa Kiarostamiego. Główny bohater filmu- Badii przemierza terenowym autem obrzeża Teheranu szukając chłopaka, który miałby wykonać pewną niechlubną dla muzułmanina pracę za wysokie pieniądze. Odgrodzony od świata zewnętrznego klatką samochodu, zdaje się polować na swoją ofiarę. Tymczasem zlecenie mężczyzny okazuje się zgoła odmienne od wstępnych domysłów. Nie Eros, a Tanatos napędza Badiiego do działania.

Samobójstwo jest tematem tabu, ciężkim grzechem zarówno dla żydów, chrześcijan jak i muzułmanów. Czy w żadnym wypadku nie da się usprawiedliwić tego ostatecznego czynu zgodnie z nauką monoteistycznych religii? Kiarostami stawia pytanie czy mamy prawo do swojego życia, czy możemy w pełni o nim decydować. Bohater tłumaczy, że jeśli nieszczęśliwy człowiek krzywdzi innych ludzi, lepiej żeby przestał żyć. Motywacje mężczyzny, przyczyny jego bólu nie zostały przedstawione w filmie. Jednak pozostając w strefie domysłów i wyobrażeń, wyraźniej oddziałują na emocje odbiorców. Zgonie z zasadą kina niedokończonego, każdy w lukę fabuły wstawić może to, co uważa za najbardziej właściwe, zgodne z jego osobistymi doświadczeniami.

Badii wykopał już dół, zaplanował przyjęcie tabletek nasennych. Potrzebuje jedynie osoby, która zakopie jego ciało, a w przypadku niepowodzenia, poda rękę, wyciągnie z dołu. Mimo pozornej determinacji, Badii rozpaczliwie poszukuje człowieka, który pomoże mu wydostać się z grobu. Planuje samobójstwo, ale nie jest mu łatwo definitywnie pożegnać się z życiem. Jeśli umrze, chce być pochowany, wierzy w życie pozagrobowe, na swój sposób stara się dostosować do idei Boga.

Mimo że Irańczycy, Kurdowie i Afgańczycy pracują w Teheranie przy najcięższych robotach, a szybka przysługa równałaby się ich półrocznemu dochodowi, kolejni zaczepieni mężczyźni ze strachem, odrazą, lekceważeniem odrzucają wyzwanie. Swoją ofertę Badii przedstawia trzem nieznajomym: żołnierzowi, adeptowi teologii oraz taksydermiście. Pierwszy ucieka przerażony gdy Badi pokazuje mu wykopaną w ziemi dziurę, choć mogłoby się wydawać, że szkolony do zabijania żołnierz wykaże się większą odwagą. Dla teologa, samobójstwo jest wykluczone ze względu na poglądy, bezskutecznie próbuje wpoić Badiemu reguły Islamu. Ostatni obiecuje Badiiemu pomoc. Tylko on jest w stanie zrozumieć desperata, bowiem tak samo chciał kiedyś skończyć ze swoim życiem.

Bagheri, starszy mężczyzna, trudniący się taksydermią, zabija i wypycha zwierzęta, po to, by studenci mogli się na nich uczyć. Śmierć jest więc dla niego pewnym koniecznym sposobem poznawania świata. Sam próbował kiedyś popełnić samobójstwo. Baghredi opowiada Badiemu co skłoniło go do zmiany zdania, nawiązując w swym monologu do tytułowego smaku wiśni.

Długie, monotonne ujęcia filmu, odzwierciedlają stan emocjonalny głównego bohatera. Zachód słońca zdaje się nigdy nie nastąpić. Badi kilkukrotnie pokonuje tę samą trasę, w dół i w górę, w kierunku wykopanego grobu. Tak, jakby cały czas się wahał, czy podjął słuszną decyzję. Stosując minimalistyczne środki Kiarostami uderza w ton zwątpienia i refleksji. Reżyser wytworzył w „Smaku wiśni” przestrzeń do oddechu i przemyśleń na temat egzystencji człowieka. Dramat życia znajduje swoje odbicie w pustynnym krajobrazie, pełnym krętych dróg zmierzających w nieznanych kierunkach.

Dialogi, choć składają się na filozoficzną przypowieść, nie trącą pretensjonalnością. W niczym nie przypominają motywacyjnych przemówień ani podpowiedzi z poradnika popularnopsychologicznego. Wyłania się z nich obraz tego, co w życiu najważniejsze, a co zawiera się w zwykłych, codziennych przyjemnościach. Szczęście to stan, który trzeba umieć w sobie odnaleźć, a który może zaistnieć u każdego człowieka. W perskim wydaniu, nieobudowanym w sztucznie białe uśmiechy i plastikowo zabawne anegdoty przełanie filmu przemawia swoją prostotą i szczerością. W „Smaku wiśni” nie znajdziemy jednoznacznych odpowiedzi, ani jasnego zakończenia. Kiarostami nie lekceważy inteligencji widza, każde wciąż myśleć, zastanawiać się, konstruować film we własnej wyobraźni.

Iga Skowrońska

Fot.: Tofifest

Krajobraz bolącej duszy – recenzja filmu "Smak wiśni" Abbasa Kiarostamiego

„W Iranie każdy mężczyzna ma w sobie około 10% homoseksualisty. Całują się w usta i chodzą za ręce. To chyba dlatego, że nie wolno im dotykać kobiety. Policjant goniący złodziejkę nie ma prawa jej zatrzymać”. Usłyszałam tydzień temu od kogoś kto właśnie wrócił z kraju Persów. Tym bardziej jednoznaczny był dla mnie początek „Smaku wiśni” Abbasa Kiarostamiego. Główny bohater filmu- Badii przemierza terenowym autem obrzeża Teheranu szukając chłopaka, który miałby wykonać pewną niechlubną dla muzułmanina pracę za wysokie pieniądze. Odgrodzony od świata zewnętrznego klatką samochodu, zdaje się polować na swoją ofiarę. Tymczasem zlecenie mężczyzny okazuje się zgoła odmienne od wstępnych domysłów. Nie Eros, a Tanatos napędza Badiiego do działania.

Samobójstwo jest tematem tabu, ciężkim grzechem zarówno dla żydów, chrześcijan jak i muzułmanów. Czy w żadnym wypadku nie da się usprawiedliwić tego ostatecznego czynu zgodnie z nauką monoteistycznych religii? Kiarostami stawia pytanie czy mamy prawo do swojego życia, czy możemy w pełni o nim decydować. Bohater tłumaczy, że jeśli nieszczęśliwy człowiek krzywdzi innych ludzi, lepiej żeby przestał żyć. Motywacje mężczyzny, przyczyny jego bólu nie zostały przedstawione w filmie. Jednak pozostając w strefie domysłów i wyobrażeń, wyraźniej oddziałują na emocje odbiorców. Zgonie z zasadą kina niedokończonego, każdy w lukę fabuły wstawić może to, co uważa za najbardziej właściwe, zgodne z jego osobistymi doświadczeniami.

Badii wykopał już dół, zaplanował przyjęcie tabletek nasennych. Potrzebuje jedynie osoby, która zakopie jego ciało, a w przypadku niepowodzenia, poda rękę, wyciągnie z dołu. Mimo pozornej determinacji, Badii rozpaczliwie poszukuje człowieka, który pomoże mu wydostać się z grobu. Planuje samobójstwo, ale nie jest mu łatwo definitywnie pożegnać się z życiem. Jeśli umrze, chce być pochowany, wierzy w życie pozagrobowe, na swój sposób stara się dostosować do idei Boga.

Mimo że Irańczycy, Kurdowie i Afgańczycy pracują w Teheranie przy najcięższych robotach, a szybka przysługa równałaby się ich półrocznemu dochodowi, kolejni zaczepieni mężczyźni ze strachem, odrazą, lekceważeniem odrzucają wyzwanie. Swoją ofertę Badii przedstawia trzem nieznajomym: żołnierzowi, adeptowi teologii oraz taksydermiście. Pierwszy ucieka przerażony gdy Badi pokazuje mu wykopaną w ziemi dziurę, choć mogłoby się wydawać, że szkolony do zabijania żołnierz wykaże się większą odwagą. Dla teologa, samobójstwo jest wykluczone ze względu na poglądy, bezskutecznie próbuje wpoić Badiemu reguły Islamu. Ostatni obiecuje Badiiemu pomoc. Tylko on jest w stanie zrozumieć desperata, bowiem tak samo chciał kiedyś skończyć ze swoim życiem.

Bagheri, starszy mężczyzna, trudniący się taksydermią, zabija i wypycha zwierzęta, po to, by studenci mogli się na nich uczyć. Śmierć jest więc dla niego pewnym koniecznym sposobem poznawania świata. Sam próbował kiedyś popełnić samobójstwo. Baghredi opowiada Badiemu co skłoniło go do zmiany zdania, nawiązując w swym monologu do tytułowego smaku wiśni.

Długie, monotonne ujęcia filmu, odzwierciedlają stan emocjonalny głównego bohatera. Zachód słońca zdaje się nigdy nie nastąpić. Badi kilkukrotnie pokonuje tę samą trasę, w dół i w górę, w kierunku wykopanego grobu. Tak, jakby cały czas się wahał, czy podjął słuszną decyzję. Stosując minimalistyczne środki Kiarostami uderza w ton zwątpienia i refleksji. Reżyser wytworzył w „Smaku wiśni” przestrzeń do oddechu i przemyśleń na temat egzystencji człowieka. Dramat życia znajduje swoje odbicie w pustynnym krajobrazie, pełnym krętych dróg zmierzających w nieznanych kierunkach.

Dialogi, choć składają się na filozoficzną przypowieść, nie trącą pretensjonalnością. W niczym nie przypominają motywacyjnych przemówień ani podpowiedzi z poradnika popularnopsychologicznego. Wyłania się z nich obraz tego, co w życiu najważniejsze, a co zawiera się w zwykłych, codziennych przyjemnościach. Szczęście to stan, który trzeba umieć w sobie odnaleźć, a który może zaistnieć u każdego człowieka. W perskim wydaniu, nieobudowanym w sztucznie białe uśmiechy i plastikowo zabawne anegdoty przełanie filmu przemawia swoją prostotą i szczerością. W „Smaku wiśni” nie znajdziemy jednoznacznych odpowiedzi, ani jasnego zakończenia. Kiarostami nie lekceważy inteligencji widza, każde wciąż myśleć, zastanawiać się, konstruować film we własnej wyobraźni.

Iga Skowrońska

Fot.: Tofifest

Wehikuł czasu z Niną Simone i Abbey Lincoln – relacja z koncertu Agi Zaryan

Wielka Sala w Dworze Artusa w magiczny sposób przeniosła się w piątek do Ameryki lat 50′. Tak naprawdę to nie magia, ale przepiękny wokal Agi Zaryan oraz akompaniament jej jazzowego zespołu sprawiły, że poczuliśmy klimat tamtych czasów.

Już pierwsze dźwięki nakreślały malowniczy obraz, czułam się jakbym siedziała przy malutkim stoliku z drinkiem z palemką w kameralnym lokalu z dawnych czasów, w jakich śpiewały kiedyś Nina Simone i Abbey Lincoln. Klimat i głos – wszystko się zgadzało. Aga Zaryan, śpiewa już od 20 lat i to słychać w jej akcentowaniu muzyki, w tym jak o niej opowiada. Przed każdą piosenką próbowała nakreślić słuchaczom jej etymologię, trochę o historii jej twórców, trochę o swojej interpretacji. Czasem nawet w związku z wyborami rzucała jakieś żarciki, żeby rozluźnić widownie. Nawet zachęcał ludzi do śpiewania niektórych fraz i robiła z nas kolejne instrumenty do akompaniamentu. Instrumenty świetnie się ze sobą zgrywały, a jak wszyscy grali naraz to wywierali niezapomniane wrażenie. Bardzo zdolni, zarażali ludzi swoim jazzowym flow. Jeśli chodzi o artystkę, to ona sama się świetnie czułą na scenie i bawiła się najlepiej ze wszystkich, kolorowe korale grzechotały do muzyki w rytm jej tańca. Wokalizy i improwizacje zapierały dech w piersiach – były momenty, że na scenie grał tak naprawdę kwartet jazzowy a Aga była kolejnym instrumentem.

Artystka chwaliła się, że do Torunia zjeżdżają co najmniej raz na dwa lata – gorąco polecam tym, którzy kochają jazz. Oczywiście zapraszam na kolejne koncerty w ramach Forte Artus Festival.

fot. Organizatora

Magdalena Ziomek

TOS/ Klasyka horrorów

piątek 30.10.2015 r., godz. 19:00, Sala Wielka Dworu Artusa
KLASYKA HORRORÓW
Bilety: 50/40 zł
Zakup biletów online 

Krzysztof DOBOSIEWICZ – dyrygent
Toruńska Orkiestra Symfoniczna

W programie:
Muzyka z horrorów.

Początków tego typu muzyki filmowej należy szukać w masowo wydawanych w latach 30-tych, horrorach amerykańskiej wytwórni Universal Studio. Początkowo nie były to rozbudowane i ambitne  tematy, w przeciwieństwie do teraźniejszych czasów, gdy muzyka w filmie grozy stanowi element niezastąpiony. Muzyka do horrorów to niezwykły rodzaj kompozycji filmowej. Służy nie tylko do podkreślenia klimatu, ale musi przede wszystkim obrazować to co dzieje się na ekranie.

Koncert „Klasyka horroru” to autorski projekt Krzysztofa Dobosiewicza i już cieszy się ogromną popularnością w Finlandii oraz coraz większą w Polsce. Na naszej scenie zabrzmią arcydzieła muzyki z filmowych horrorów. Krew w żyłach zmrozi słuchaczom m.in. motyw muzyczny z „Draculi” W. Kilara, „Lśnienia”, „Hannibala”, „Egzorcysty”, „Halloween”, czy serialu „Miasteczko Twin Peaks”.

Krzysztof Dobosiewicz (dyrygent) – ur. 1968, wychował się w warszawskiej rodzinie z muzycznymi tradycjami. Studiował w tamtejszej Akademii Muzycznej w klasie skrzypiec prof. Zenona Bąkowskiego i prof. Henryka Palulisa, kompozycję u Bogusława Schaeffera oraz dyrygenturę w Akademii Muzycznej Mozarteum w Salzburgu w klasie Waltera Hagengrolla. Od ponad 20 lat pracuje i mieszka w Finlandii, gdzie z powodzeniem popularyzuje muzykę polską. Występuje jako skrzypek solista, jest również aktywnym kompozytorem, orkiestratorem i aranżerem. Bardzo swobodnie czuje się w nie tylko w muzyce klasycznej, ale również w filmowej, elektronicznej, jazzie i improwizacji eksperymentalnej.

Peace electric, czyli jak brzmi pokój – relacja z koncertu Nights Marks Electric Trio i Pauliny Przybysz

Środę w NRD  można było spędzić pod znakiem elektrycznych brzmień i soulowego chilloutu razem z zespołem Night Marks Trio i Pauliną Przybysz. Relaks i świetna zabawa w wyborowym towarzystwie!

Koncert rozpoczął się o 21 instrumentalnym kawałkiem. Chłopacy najpierw grali sami, dopiero po godzinie dołączyła do nich Paulina. Cały występ  był mieszanką stylów: soulu, elektroniki i hip hopu. Piosenka po piosence próbowali pogodzić te trzy gatunki, więc pojawiło się coś na kształt brytyjskiego rapu, dobre bity oraz świetny vibe w głosie śpiewającego Marka Pędziwiatra. Bardzo zdolni muzycy, potrafili zachować idealne proporcje instrumentów, śpiewu i beatów w każdej piosence. To jak grały same klawisze lub gitara przypominało mi trochę klimat muzyki zespołu The XX. Zagrali swoje kawałki, ale również kilka coverów. W ciekawy sposób wykorzystali fragment prywatnego nagrania domowego Krzysztofa Komedy i przerobili to na coś nowego. Około godziny grali sami, potem z tłumu na scenę wskoczyła Paulina Przybysz, ubrana jakby tylko wpadła na piwo, w szarej bluzie z naklejką We love beats. I nie zawiodła – swoim flow, czysto śpiewającym głosem o niekończących się możliwościach. Interesujące wokalizy i improwizacje świdrowały w powietrzu nad morzem kołysających się do muzyki ludzi. Uwielbiam ten damski rap z pazurem. Polecam wszystkim wielbicielom soulowych brzmień. Zdecydowanie podoba mi się idea i dobór artystów na Festiwalu NADA.

fot. z fb artysty

Magdalena Ziomek

Świat stracił tłumacza, ale zyskał genialną aktorkę – spotkanie z Katarzyną Figurą / Tofifest 2015

O tym, czy ciąży jej wizerunek „seksbomby”, jak tworzyła postać niespełnionej życiowo kobiety oraz dlaczego wybrała aktorstwo zamiast iberystyki, Katarzyna Figura opowiedziała podczas poniedziałkowego spotkania z widzami filmu „Panie Dulskie”. Rozmowa z aktorką odbyła się w ramach 13-tej edycji festiwalu Tofifest.

Katarzyna Figura została powitana przez publiczność zebraną w klubie Od Nowa gromkimi brawami, mimo swojego kilkuminutowego spóźnienia. Widzowie docenili jednak, że spieszyła się na spotkanie, jadąc na toruński festiwal prosto z Gdyni. Na początek rozmowy aktorka usłyszała od prowadzącego komplement w postaci porównania do legendarnej aktorki Marilyn Monroe, by już po chwili usłyszeć pytanie, czy ciężko było jej wyzbyć się wizerunku seksbomby, który w polskim kinie przylgnął do niej na wiele lat.

W sumie to jest bardzo fajna rzecz być seksbombą – wyznała aktorka. – Zawsze chciałam nią być, gdy dorastałam i oglądałam filmy, zwłaszcza kino włoskie lat 60-tych – dodała, wymieniając wśród swych ówczesnych idolek takie osobistości, jak Sophia Loren, Brigitte Bardot, ale także Kalina Jędrusik. – Chciałam oderwać „seksbombę” od miałkości tego określenia. Trzeba bowiem zauważyć, że drzemie w nim duża siła. Mój pierwszy etap studiów w PWST przypadł na bardzo trudny rok 1981. Trwaliśmy wówczas w takim zawieszeniu, a ja w swoich marzeniach o tym, jaka chciałabym być na ekranie, jak bardzo zmysłowa. To się kompletnie kłóciło z tamtą szarą, smutną rzeczywistością – opowiadała, podkreślając jednak, że siła marzenia jest ogromna i to ona wywindowała ją ku sławie.

Aktorka przyznała, że wizerunek oparty na zmysłowości nie ciążył jej. Umiejętnie wykorzystywała go w kolejnych oferowanych jej rolach. – Potem jednak przyszedł ten najtrudniejszy moment, kiedy pomyślałam sobie „co ja z tym dalej zrobię jako artystka?” – przyznała. Wówczas postanowiła wydobyć z siebie odsłonę komediową, nadając wizerunkowi „seksbomby” nieco komizmu i groteski. – Cały bagaż doświadczeń zawodowych, który uzyskałam na pierwszym etapie mojej kariery, wykorzystałam w drugim, ale zaczęłam się nim trochę bawić. Tutaj mówię o takich filmach jak „Kiler” i „Kilerów 2-óch” Juliusza Machulskiego, gdzie moje postaci stają się wręcz groteskowe, czy „Historie miłosne” Jerzego Stuhra, gdzie widać już bardzo silny element komediowy.

Na pytanie o drugą najsłynniejsza kwestię w historii polskiej kinematografii, aktorka odpowiedziała bez chwili wątpienia: „waciki!”, po czym dodała rozbawiona: – Często myślano, że ta kwestia pierwotnie nie istniała w scenariuszu i została przeze mnie zaimprowizowana. Jednak nie było tak, ona została wymyślona przez żonę Juliusza Machulskiego. Ja ją po prostu dobrze zagrałam – przyznała pół żartem, pół serio.

Do roli w filmach Juliusza Machulskiego Katarzyna Figura nawiązała także odpowiadając na pytanie, czy reżyserom zdarza się pisać role dedykowane dla niej. – Przebywałam wtedy trochę częściej w Stanach Zjednoczonych i wiem że pierwotnie Juliusz nie myślał o mnie, kompletując obsadę „Kilera” – przyznała. – Wiele aktorek nie chciało wręcz przyjąć tej roli, nawet u tak cenionego reżysera. Może nie wiedziały, co z nią zrobić, bo była przecież bardzo groteskowa i charakterystyczna. W momencie kiedy to ja ją dostałam, weszłam w nią z wielką chęcią i ukierunkowałam właśnie ku tej stronie komediowej.

Aktorka dodała, że rola Dulskiej była jednak pisana specjalnie dla niej i bardzo ucieszyła się, gdy reżyser filmu Filip Bajon obsadził ją u boku Krystyny Jandy i Mai Ostaszewskiej. Opowiedziała także o procesie twórczym swojej postaci: – Przygotowując „Panie Dulskie” w ogóle nie wróciłam do „Moralności pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej. Oczywiście widziałam wcześniej kilka ekranizacji, ale inspiracji do tej roli szukałam zupełnie gdzie indziej, np. w psychologii. Na tym polega też zwycięstwo tego filmu, że nie jest kolejną ekranizacją, albo poruszeniem wprost tematu „dulszczyzny”, który oczywiście również tam jest, ale pokazany w ciekawy sposób, bo na przestrzeni wieków.

Aktorka opowiedziała także o samym procesie tworzenia swojej postaci: – Inne Dulskie w tym filmie przychodzą, odchodzą. Moja trwa cały czas i na przestrzeni kilku pokoleń niesie ciężki, bardzo ciążący jej bagaż doświadczeń, na który składają się rodzinne sekrety i kłamstwa. Aktorka wspomniała także o roli Krystyny Jandy, która w filmie wciela się w postać nieco apodyktycznej matki, a później babki Dulskiej. Pomyślałam sobie, że jeżeli ja jestem jej dzieckiem, to w obliczu tak silnego charakteru nigdy do końca wewnętrznie się nie rozwinęłam. Moja Dulska jest jak gdyby stłumiona. Jest po prostu głęboko niespełnioną kobietą, która żyje niespełnionymi marzeniami, a z tego niespełnienia wynika ogromna frustracja i pewnego rodzaju „niedorozwój wewnętrzny”. Ona sobie z tym nie radzi, bo nigdy nie rozwinęła w sobie potencjału i cech własnej matki.

Na pytanie o ulubione filmy aktorka nie była w stanie odpowiedzieć jednoznacznie, przyznając, że nie zawsze ma czas, by na bieżąco śledzić nowości repertuarowe. Podkreśliła jednak, że w kinie liczą się dla niej przede wszystkim kreacje aktorskie i to głównie dla nazwisk pokroju Marlona Brando czy Meryl Streep lubi wracać do niektórych klasyków, by czerpać inspiracje z gry aktorskiej. Dodała także, że nie lubi w filmie przewidywalności. – W moim odczuciu filmy powinny wciągnąć w przygodę, w nieznane. Nie znoszę, kiedy wiem, co się za chwilę zdarzy, lub kiedy wiem, co aktor czy aktorka za chwilę zrobi. Wtedy już mnie to nie interesuje.

Aktorka pojawia się w nowym filmie Bajona w dwóch odsłonach; jako kobieta w kwiecie wieku, a także jako staruszka przytłoczona ogromem rodzinnych sekretów, jakie musiała skrywać całe życie. – To, jak doświadczenia mojej Dulskiej uzewnętrzniają się w jej wyglądzie, było dla mnie bardzo interesujące. Nie chodziło nawet o to, czy mam siwe włosy, jedną czy dziesięć zmarszczek, ale właśnie o to, jak nasze doświadczenia życiowe uwidaczniają się w naszej cielesności, ekspresji. Jednocześnie dodała, że nie należy do aktorek, które podczas pracy na planie lubią oglądać swoje własne sceny, by móc coś poprawić w kolejnych dublach. – Ja tak nie pracuję, nie lubię siebie oglądać. Nie dlatego, że mnie to rozczarowuje. Ja po prostu pracuję obrazem wewnętrznym postaci. Efekt końcowy oglądam dopiero w kinie i wówczas zdarza się, że sama siebie zaskakuję. Tak było właśnie w przypadku „Pań Dulskich”.

Katarzyna Figura opowiadała także, iż nigdy nie zamykała się wyłącznie na jedną dziedzinę sztuki. Ma bardzo wiele pasji i dlatego cieszy się, że wybrała zawód, który łączy je wszystkie. – Aktorstwo nigdy nie pozostało dla mnie tylko aktorstwem. Moim zdaniem łączy ono wszystkie dziedziny, które zawsze mnie interesowały, zwłaszcza literaturę, psychologię, socjologię, historię, fotografię, muzykę, ruch… Aktorka wyznała także, iż mało brakowało, a zamiast kariery aktorskiej wybrałaby zawód tłumacza. – Mój ojciec zawsze kształcił we mnie ciekawość do poznawania języków i jestem mu za to bardzo wdzięczna. Ponieważ interesowałam się przez długi czas literaturą iberoamerykańską, był taki moment, gdy chciałam zostać tłumaczem. W rezultacie, równolegle do PWST, zaczęłam studiować iberystykę. Po kilku miesiącach zdecydowałam jednak, że pozostanę wyłącznie przy aktorstwie. Nie żałuję jednak tej decyzji, bo wszystko, czym się od zawsze interesowałam – i nadal interesuję – dzięki aktorstwu przewija się na mojej drodze życiowej.

Marcin Kalk

Spotkanie z aktorką odbyło się w ramach XIII edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tofifest 2015 w Toruniu.

Fot.: Tofifest