FESTIWAL WSPOMNIEŃ

Dzień I.

Godzina 16.30 wychodzę z domu, zakładam słuchawki, włączam jakiś mocny kawałek i ruszam w drogę. Za chwilę dochodzę i jestem na miejscu. Dostaję akredytację i zajmuję jedno z przygotowanych siedzeń. Nie wierzę, co robię i co za chwilę zobaczę, a nawet usłyszę. Siedzę na uboczu, wszystkie główne sektory CKK Jordanek niemalże wypełnione w całości. Tak, jestem na Pierwszym Festiwalu Wspomnień, a średnia wieku to około 50-60+ (w sumie czego innego mogłam się spodziewać…). I co? I jestem w szoku. Bardzo pozytywnym.

Jednak od początku… Parę minut po 17 na scenę wszedł kultowy kabaret Elita. Krótkie przedstawienie się, (naprawdę!) dobry humor i jedziemy! Każdy występ legendarnych grup polskiego big-beatu rozpoczynał się maleńkim wywiadem, co w sumie bardzo skojarzyło mi się z jakimś programem muzycznym, a nie zwykłym koncertem. To zdecydowanie na plus.

Jako pierwsi wystąpili SKALDOWIE z Andrzejem i Jackiem Zielińskimi na czele. Powiem tak, nic mnie już nie zdziwi. Jak myślałam, że Rolling Stonesi to jedyni „starsi” panowie, którzy szaleją na scenie, to nie zauważyłam tego, co dzieje się na polskiej scenie muzycznej. Jak to mówią- cudze chwalicie, swego nie znacie! Naprawdę byłam, no i oczywiście nadal jestem pełna podziwu dla ruchów, ekspresji i wyczucia. Występ SKALDÓW trwał jakoś blisko godziny i był poprzeplatany takimi hitami, jak: „Prześliczna wiolonczelistka”, „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” czy żegnające już zimę „Z kopyta kulig rwie” i „Wiosna”.

Następnie wystąpił zespół, którego po strojach rozpozna się zawsze i wszędzie. Mowa oczywiście o Trubadurach. Występ równie kolorowy i barwny, jak owe kreacje panów. Co jak co, ale ma to jakąś swoją moc, kiedy od pięćdziesięciu lat trwale kultywuje się pewien styl i tego się trzyma mimo wszystko. Sala bawiła się przy między innymi: „Znamy się tylko z widzenia”, „Przyjedź mamo na przysięgę”.

Jako kolejni na scenę wyszli członkowie zespołu NO TO CO. Przyznam się bez bicia, że grupę znałam na pierwszy rzut oka tylko z nazwy, żadnej piosenki itd. Jak się jednak okazało, w czasie występu „dowiadywałam się”, że znane mi utwory należą do owej grupy, do jej dorobku! Tak więc usłyszeliśmy: „Gdy byłem chłopcem, chciałem być żołnierzem” czy „Kwiat czerwony”.

Ostatni występ to występ kultowych Czerwonych Gitar. Nie ma co, na ten zespół czekałam z niecierpliwością. Fanką nie jestem, ale w dzieciństwie znałam niemalże wszystkie piosenki, jak mało kto – dzięki dziadku! Czerwone Gitary to oczywiście „Matura” „zdawana” po raz pięćdziesiąty pierwszy czy też drugi. To także „Kwiaty we włosach”, „Nikt na świecie nie wie”, „Historia jednej znajomości”, „Ciągle pada”. Warto pamiętać również o pięknej piosence, jaką jest „Anna Maria”.

Piosenki nadal piękne i kultowe. Niektóre składy już nie te same, co kiedyś – mimo wszystko, nadal w pełni profesjonalne. Kiedy tak siedziałam pomiędzy już nie najmłodszymi fanami muzyki lat 60., 70., zaczęłam się zastanawiać, kto za paręnaście, parędziesiąt lat będzie reprezentował dany styl, tematykę. Kto temu podoła? Kto będzie miał tyle siły i krzepy? Nie mam pojęcia. No trudno, może dowiem się przy kolejnych edycjach.

Dzień II.

Dzień drugi był wspomnieniem muzyki zagranicznej. Jan Chojnacki – dziennikarz muzyczny i wielki fan bluesa poprowadził kolejny dzień festiwalu. Jako pierwsi zagrali Wishbone Ash – brytyjska grupa rockowa z końca lat 60. Zespół cieszy się ogromną popularnością na Wyspach, ale także poza jej granicami, tudzież w Polsce!

Wishbone Ash – jeszcze kilka dni temu nie znałam tego zespołu. Nawet wpisując na YouTube powyższą nazwę, tytuły piosenek mało mi mówiły. Nieważne, co było! Ważne, że zespół jest nadal na topie i robi to, co trzeba, a mianowicie wymiata! Solówki, solówki i jeszcze raz solówki! Wishbone Ash pokazał, że z tego, czego głównie słynie, nie zamiera i nigdy nie znudzi się fanom!

Kolejnym i zarazem ostatnim występującym zespołem na Pierwszym Festiwalu Wspomnień w Toruniu było The Animals & The Friends. Moi drodzy i kochani, po tym, co zobaczyłam, chyba przestanę ustępować miejsca starszym paniom w autobusie 🙂 Tańce, śpiewy, moc i energia! Brytyjska grupa udowodniła, że mimo wieku nie ma problemu z utrzymaniem klimatu i atmosfery lat 60., 70. Zdecydowanie pokazała, że warto było czekać całe dwa dni. John Steel (perkusista The Animals od 1963 roku) oraz Mick Gallagher (klawiszowiec od 1965 roku) urzekli mnie zdecydowanie! A „House of The Rising Sun” na żywo to miód na moje serce! Temu, kto ma okazję usłyszeć The Animals nie tylko z płyt i kaset- z pewnością polecam!