FESTIWAL WSPOMNIEŃ

Dzień I.

Godzina 16.30 wychodzę z domu, zakładam słuchawki, włączam jakiś mocny kawałek i ruszam w drogę. Za chwilę dochodzę i jestem na miejscu. Dostaję akredytację i zajmuję jedno z przygotowanych siedzeń. Nie wierzę, co robię i co za chwilę zobaczę, a nawet usłyszę. Siedzę na uboczu, wszystkie główne sektory CKK Jordanek niemalże wypełnione w całości. Tak, jestem na Pierwszym Festiwalu Wspomnień, a średnia wieku to około 50-60+ (w sumie czego innego mogłam się spodziewać…). I co? I jestem w szoku. Bardzo pozytywnym.

Jednak od początku… Parę minut po 17 na scenę wszedł kultowy kabaret Elita. Krótkie przedstawienie się, (naprawdę!) dobry humor i jedziemy! Każdy występ legendarnych grup polskiego big-beatu rozpoczynał się maleńkim wywiadem, co w sumie bardzo skojarzyło mi się z jakimś programem muzycznym, a nie zwykłym koncertem. To zdecydowanie na plus.

Jako pierwsi wystąpili SKALDOWIE z Andrzejem i Jackiem Zielińskimi na czele. Powiem tak, nic mnie już nie zdziwi. Jak myślałam, że Rolling Stonesi to jedyni „starsi” panowie, którzy szaleją na scenie, to nie zauważyłam tego, co dzieje się na polskiej scenie muzycznej. Jak to mówią- cudze chwalicie, swego nie znacie! Naprawdę byłam, no i oczywiście nadal jestem pełna podziwu dla ruchów, ekspresji i wyczucia. Występ SKALDÓW trwał jakoś blisko godziny i był poprzeplatany takimi hitami, jak: „Prześliczna wiolonczelistka”, „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” czy żegnające już zimę „Z kopyta kulig rwie” i „Wiosna”.

Następnie wystąpił zespół, którego po strojach rozpozna się zawsze i wszędzie. Mowa oczywiście o Trubadurach. Występ równie kolorowy i barwny, jak owe kreacje panów. Co jak co, ale ma to jakąś swoją moc, kiedy od pięćdziesięciu lat trwale kultywuje się pewien styl i tego się trzyma mimo wszystko. Sala bawiła się przy między innymi: „Znamy się tylko z widzenia”, „Przyjedź mamo na przysięgę”.

Jako kolejni na scenę wyszli członkowie zespołu NO TO CO. Przyznam się bez bicia, że grupę znałam na pierwszy rzut oka tylko z nazwy, żadnej piosenki itd. Jak się jednak okazało, w czasie występu „dowiadywałam się”, że znane mi utwory należą do owej grupy, do jej dorobku! Tak więc usłyszeliśmy: „Gdy byłem chłopcem, chciałem być żołnierzem” czy „Kwiat czerwony”.

Ostatni występ to występ kultowych Czerwonych Gitar. Nie ma co, na ten zespół czekałam z niecierpliwością. Fanką nie jestem, ale w dzieciństwie znałam niemalże wszystkie piosenki, jak mało kto – dzięki dziadku! Czerwone Gitary to oczywiście „Matura” „zdawana” po raz pięćdziesiąty pierwszy czy też drugi. To także „Kwiaty we włosach”, „Nikt na świecie nie wie”, „Historia jednej znajomości”, „Ciągle pada”. Warto pamiętać również o pięknej piosence, jaką jest „Anna Maria”.

Piosenki nadal piękne i kultowe. Niektóre składy już nie te same, co kiedyś – mimo wszystko, nadal w pełni profesjonalne. Kiedy tak siedziałam pomiędzy już nie najmłodszymi fanami muzyki lat 60., 70., zaczęłam się zastanawiać, kto za paręnaście, parędziesiąt lat będzie reprezentował dany styl, tematykę. Kto temu podoła? Kto będzie miał tyle siły i krzepy? Nie mam pojęcia. No trudno, może dowiem się przy kolejnych edycjach.

Dzień II.

Dzień drugi był wspomnieniem muzyki zagranicznej. Jan Chojnacki – dziennikarz muzyczny i wielki fan bluesa poprowadził kolejny dzień festiwalu. Jako pierwsi zagrali Wishbone Ash – brytyjska grupa rockowa z końca lat 60. Zespół cieszy się ogromną popularnością na Wyspach, ale także poza jej granicami, tudzież w Polsce!

Wishbone Ash – jeszcze kilka dni temu nie znałam tego zespołu. Nawet wpisując na YouTube powyższą nazwę, tytuły piosenek mało mi mówiły. Nieważne, co było! Ważne, że zespół jest nadal na topie i robi to, co trzeba, a mianowicie wymiata! Solówki, solówki i jeszcze raz solówki! Wishbone Ash pokazał, że z tego, czego głównie słynie, nie zamiera i nigdy nie znudzi się fanom!

Kolejnym i zarazem ostatnim występującym zespołem na Pierwszym Festiwalu Wspomnień w Toruniu było The Animals & The Friends. Moi drodzy i kochani, po tym, co zobaczyłam, chyba przestanę ustępować miejsca starszym paniom w autobusie 🙂 Tańce, śpiewy, moc i energia! Brytyjska grupa udowodniła, że mimo wieku nie ma problemu z utrzymaniem klimatu i atmosfery lat 60., 70. Zdecydowanie pokazała, że warto było czekać całe dwa dni. John Steel (perkusista The Animals od 1963 roku) oraz Mick Gallagher (klawiszowiec od 1965 roku) urzekli mnie zdecydowanie! A „House of The Rising Sun” na żywo to miód na moje serce! Temu, kto ma okazję usłyszeć The Animals nie tylko z płyt i kaset- z pewnością polecam!

Sen na jawie w Raj Cafe

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/09/13062206_600818850084706_7417689280877379917_n.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

Sen na jawie w Raj Cafe – wernisaż wystawy „Jestem, która jestem”.

2 września Raj Cafe stało się miejscem duchowej wycieczki po tajemniczych, sennych marzeniach, wszystko to w klimacie duchowego surrealizmu. Przewodnikiem tej niezwykłej podróży była Joanna Siemieńczuk – autorka wystawy „Jestem, która jestem”.

Wnętrza wystawie użyczyła kawiarnia Raj Cafe (Fosa Staromiejska 24). Zapewniła gościom pyszny poczęstunek oraz napoje. Urokliwy wystrój doskonale pasował do obrazów olejnych Joanny Siemieńczuk, absolwentki malarstwa Wydziału Sztuk Pięknych UMK.

Prace pani Joanny są bardzo estetyczne – pięknie, realistycznie namalowane gołębie, jastrząb w locie, królik pochylony nad taflą jeziora. Kiedy jednak dokładniej im się przyjrzymy, nasuwają  się pytania nad znaczeniem poszczególnych elementów, których połączenie nie jest do końca zrozumiałe – gołębie latające nad klatką, jastrząb trzymający kryształ górski, królik pochylony nad taflą jeziora, w którym odbija się Droga Mleczna. Artystka posługuje się bogatą symboliką. Odbiorca może mieć wrażenie, że dostaje dostęp do najbardziej intymnych emocji, do świata, który wymaga wyjaśnienia. Uczestnicy wernisażu mieli tę przyjemność – autorka, prowadząc gości od obrazu do obrazu, wyjawiła czym się inspirowała, jakie znaczenie mają poszczególne zestawienia zwierząt, przedmiotów, gestów. Tytuł wystawy brzmi „Jestem jaka jestem”, zatem prace inspirowane są prywatnymi doświadczeniami. Jak artystka sama przyznała, chciała podzielić się swoimi przeżyciami, tchnąć w odbiorców pozytywne emocje. Należy przyznać, że powtarzający się motyw przestrzeni kosmicznej daje wrażenie marzeń sennych, oderwania od rzeczywistości. Surrealizm (którym inspiruje się pani Joanna) był w końcu nazywany „epoką snów”.

Ogromne wrażenie na uczestnikach wernisażu bez wątpienia zrobiły wystawione obrazy olejne, ale także i sama autorka. Pani Joanna jest  niezwykle ciekawą osobą – zajmuje się nie tylko malarstwem, ale także tańcem oraz jogą śmiechu, na której sesję zaprosiła po wernisażu.

Każdy z uczestników tego spotkania wyszedł z Raj Cafe zrelaksowany, rozbawiony i pozytywnie zestrojony ze światem.

Wystawę „Jestem, która jestem” niewątpliwie warto obejrzeć, oczywiście przy mocnej kawie i przepysznym serniku na zimno. Polecam każdemu kto potrzebuje chwili wytchnienia oraz dużo pozytywnych emocji. Może ktoś znajdzie także czas na zanurzenie się w swoich sennych marzeniach.

autorka tekstu: Danuta Tuchowska

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Wyżej, głośniej, mocniej, prędzej

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/08/natlia-kukulska.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

    Dzisiejszy dzień, 28 sierpnia, jakże duszny i gorący. Upłynął razem ze wspomnieniami i czymś nietuzinkowym, rzekłabym, że nawet nieco wariackim…

    Mianowicie, co w czasie obiadu może oglądać 20-letnia osoba (na pozór dojrzała i stabilna emocjonalnie)? Bezsprzecznie nic pełnego dostojeństwa, a dokładnie – amerykańską produkcję z 1998 roku – „Magiczny miecz” (swoją drogą – z czołówki ulubionych bajek). I co słyszę? Jeden z piękniejszych polskich kobiecych wokali. Od razu wiedziałam, że to właśnie ona! Królowa piosenki mojego dzieciństwa – Natalia Kukulska.

     Parę godzin później, w CKK Jordanki miałam okazję usłyszeć na żywo coś równie niesamowitego! Dokładnie koło 18. na scenę wyszło czterech eleganckich mężczyzn, jak się okazało — Atom String Quartet (skrzypkowie – Dawid Lubowicz i Mateusz Smoczyński, altowiolista – Michał Zaborski oraz wiolonczelista – Krzysztof Lenczowski) – jeden z najciekawszych, jazzowych kwartetów smyczkowych na świecie. Gdy zaczęli grać, wiedziałam od razu, że będzie dobrze! Typowe dla elektroniki brzmienia zostały zastąpione grą na instrumentach smyczkowych, zyskując nieoczywisty i niepowtarzalny efekt… Nie spodziewałam się jednak, że przy kolejnym gościu będę zbierać szczękę z podłogi. O kim mowa? O Michale Dąbrówce! Czołowy polski perkusista, który nie robi niczego innego, jak najzwyczajniej w świecie wymiata! Żywiołowość, energia, pasja!

     Wtem pojawia się ona, przeurocza i jakże wrażliwa artystka. Przychodząc na koncert, miałam tak naprawdę zerową wiedzę na temat ostatnich jej kompozycji – zatrzymałam się na bajkowych utworach (, które swoją drogą serdecznie polecam!). Nie śledziłam także rozwoju kariery Natalii Kukulskiej, dlatego też nie przypuszczałam, że jej głos tak mocno urzeknie moją osobę. Nie jestem żadnym znawcą, ale jak na kogoś, kto dosyć sporo już „słyszał”, mogę zdecydowanie oznajmić, że był to kojący i czarujący, ale zarazem bardzo mocny głos.

     Artyści zaprezentowali utwory między innymi z płyty „Ósmy Plan” (w tym „Miau” i „So Natural”), „CoMix” („To jest komiks”) czy również „Sexi Flexi” („Pół na pół”). O czym warto jeszcze wspomnieć? Wiadomo, oprócz jakże magicznego, intymnego, kuszącego świata muzycznego, ogromną rolę odegrały efekty wizualne i dźwiękowe. Oddaję hołd ludziom tym właśnie się zajmującym, gdyż wszystko razem robiło piorunujące wrażenie. Brawo! Czapki z głów!

     Koniec piosenek o Puszku Okruszku czy o tym, Co Powie Tata – czas na nową odsłonę dojrzałej i porywającej tłumy Natalii Kukulskiej. Gracja, sensualność, intymność, a zarazem polot i przytup, moc, ogromna energia – wszystko się zgadza. Jeżeli macie szansę usłyszeć na żywo wyżej wymienionych artystów – oddajcie się temu całkowicie, warto!

źródło zdjęcia: www.nataliakukulska.pl

 

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

smells like jazz spirit

Piątego sierpnia, piątkowy wieczór, Scena Koncertowa CKK Jordanki. Sala pełna ludzi, przyszli specjalnie dla Niego, uwielbiają Go, Jego muzykę, Jego podejście do tworzenia, Jego brak wylewności w słowach a maksymalizm w artyzmie. Gdy światła gasną i pojawia się On, wszystko zaczyna do siebie pasować- fenomen i unikat.

Nadszedł wielki finał Koncertów Pod Gwiazdami 2016, nadszedł też czas na wielki kunszt i wirtuozerię. Artysta totalny, pianista, producent muzyczny, z pochodzenia gdańszczanin, koncertowy magik. Niewiele więcej mówić to Leszek Możdżer, kompozytor, muzyk znany i nieznany. Mi, osobiście postać nieobca, jednak gatunek muzyczny z nią związany szalenie daleki.

Mówią o nim objawienie polskiego jazzu, geniusz, wybitny artysta- coś w tym jest. Początkowo niechętnie chciałam uczestniczyć w koncercie. Szczerze mówiąc, obawiałam się tego, jak muzyka poważna, klasyczna na mnie wpłynie i czy przypadkiem nie sprawi, że będę zwyczajnie senna… Na szczęście wszelkie obawy zostały rozwiane właściwie przy pierwszych uderzeniach w klawisze fortepianu.

Ujmujące aranżacje dzieł między innymi Krzysztofa Komedy sprawiały momentalnie, że pojawiał się uśmiech i robiło się wręcz ciepło i przyjemnie. Nie wiem czy to kwestia indywidualna, czy każdy albo większość tak ma, ale podczas słuchania tak przenikliwej, lekkiej a zarazem bardzo głębokiej muzyki, następuje czas zadumy, czas kontemplacji, autorefleksji. Mimowolnie, mi się coś takiego przydarzyło.

Nie dziwi mnie także fakt, że Sala Koncertowa CKK Jordanki była przepełniona. Fenomen tak wielkiej indywidualności potrafi porywać a zarazem hipnotyzować. Tak, jest to pewnego rodzaju hipnoza. Z początku niedbale, po chwili chce się więcej i więcej, zgoła upajać się w sztuce.

Tak więc, podsumowując, piątkowy wieczór z wirtuozem uznaję za udany a poprzez i właściwie dzięki świetnej interpretacji Dziecka Rosemary (reż. Roman Polański, muz. Krzysztof Komeda) według Leszka Możdżera zaczynam doceniać polską jazzową scenę muzyczną oraz polecam wszystkim laikom, bo to może być początek wielkiej przygody kulturalnej.

źródło zdjęcia: www.akbanksanat.com

 

Fotorelacja Audioriver Festival 2016

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

Jak zawsze w ostatnim tygodniu lipca na płockiej plaży zgromadzili się fani szeroko pojętej muzyki elektronicznej. Audioriver świętował w tym roku swoją 11. edycję. Widać jak z roku na rok organizatorzy przywiązują wagę do coraz to większych detali dzięki czemu festiwalowa frekwencja stale wzrasta.

Co nowego w tym roku ?

Przy okazji tej edycji organizatorzy przygotowali aż pięć scen, które kusiły swoją różnorodnością i zachęcały publiczność do podróżowania pomiędzy różnymi gatunkami elektroniki.

Do stałych punktów takich jak – Main Stage, Circus Tent, Last.fm Hybrid Tent mogę dopisać Cities Tent czy Electronic Beats Stage, w którym osobiście spędziłem najwięcej czasu.
W tym roku zgodnie z wcześniejszą tradycja festiwal nie tylko ograniczył się do plaży – na starym rynku, można było bawić się na specjalnie utworzonej scenie Burn Stage, odwiedzić festiwalowe kino czy uczestniczyć w targach muzycznych.

Moje festiwalowe ścieżki oparte były o lżejsze brzmienia (Jamie Woon, Ptaki), polską elektronikę (Xxaanax, Rysy, JAAA!, Kamp!) i występy takich zagranicznych gwiazd jak C2C, Elle Eyre, Caspa & Rusko, Four Tet, Gorgon City, Sigma czy Dj Shadow. Jednak poruszając się po terenie festiwalowym nie sposób nie zatrzymać się przy różnych scenach i nie edukować się muzycznie przy gatunkach, które niekoniecznie towarzyszą nam w życiu codziennym.

Taki jest właśnie Audioriver, pokazuje ogromne zróżnicowanie muzyki elektronicznej, edukuje i sprawia, że człowiek chce tam wrócić.

Zapraszam na moją fotorelacje – WRB. (Kulturalny Toruń/We Love Beats).

[/et_pb_text][et_pb_gallery admin_label=”Galeria” gallery_ids=”78770,78771,78772,78773,78774,78775,78776,78777,78778,78779,78780,78781,78782,78783,78784,78785,78786,78787,78788,78789″ fullwidth=”off” show_title_and_caption=”off” show_pagination=”on” background_layout=”light” auto=”off” hover_overlay_color=”rgba(255,255,255,0.9)” caption_font_size=”14″ caption_all_caps=”off” title_font_size=”16″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” /][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Recenzja spektaklu "Wiśniowy sad"

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/05/Wiśniowy-sad2-photo-©-Koen-Broos.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

Wśród dramaturgów, po utwory których najczęściej sięgają aktorzy belgijskiej grupy Tg STAN, szczególne miejsce zajmuje Antoni Czechow. W repertuarze zespołu znajdują się już takie spektakle jak Trzy siostry, Wujaszek Wania, Iwanow czy wreszcie Wiśniowy sad – dramat o utracie jednego świata, ale i nadziei na inny.

„Wiśniowy sad” w wykonaniu belgijskiego zespołu teatralnego jest plastycznym, ożywionym współczesną muzyką rozrywkową, niepozbawionym tempa oraz energii w grze aktorskiej obrazem, co daleko odbiega od posągowej kreacji świata w dramatach Czechowa. Aktorzy zapełniają Czechowskie pauzy śmiechem czy ożywionym gestem, czym nie tylko nadają całości ów wyraz, lecz także chowają pod nimi powracającą w niepokojących dźwiękach muzyki czy rażącym pomarańczową kolorystyką obrazie zmierzchu zbliżający się koniec ich szlacheckiego świata.

Zwłaszcza grająca postać Raniewskiej Jolente De Keersmaeker niemal do końca spektaklu stara się zachować postawę energicznej i nieco roztargnionej gospodyni, jakby wierzyła, że w ten sposób przegoni nie tylko natrętne myśli. Jeszcze inny wydźwięk ma scena energicznego tańca, w której zwłaszcza w wykonaniu Ani, ale też pokojówki oraz guwernantki jest on znakiem pragnienia wyswobodzenia się ku jeszcze nieznanemu, ale na pewno innemu życiu. Mówią o tym także ich stroje – współczesne, kolorowe i oddające swobodę ruchów. Przedstawienie to od początku buduje się na pewnym, wyłaniającym się raz po raz, rodzaju napięcia między skrywanym lękiem przed utratą rodzinnego majtku, który jest znakiem ostoi określonej tradycji, a pragnieniem innego świata, co zdradza szczególnie postać Ani, córki Raniewskiej.

Kiedy spektakl biegnie ku zakończeniu, taniec i rozrywkowa muzyka nieco zastępują energię gry aktorskiej, która dominowała na początku. Od tej chwili ich postacie zaczną przechodzić w stan pewnego wyciszenia i rezygnacji, gra będzie bardziej spowolniona. Jednoczenie zacznie pojawiać się wyczekiwanie czegoś innego, które, co ważne, nie zagłuszy owej atmosfery cichego smutku. To niezwykle istotne, że aktorom udaje się zrównoważyć te dwie różne emocje i dwa style gry, aby zaznaczyć nadejście nieuniknionego. Po to, by o tym przypomnieć oraz pokazać, jak nadzieja może przenikać przez tłumioną rozpacz, belgijscy aktorzy wracają do wiśniowego sadu.

autorka tekstu: Agnieszka Górska

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Aby uzyskać dostęp – recenzja spektaklu "Dostęp"

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/05/Dostęp2-photo-Pablo-Lorrain-700×467.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

Mocnym akcentem tegorocznego Kontaktu był niewątpliwie „Dostęp”, zrealizowany przez artystów z Chile: reżysera Pablo Larraína i aktora Roberto Faríasa. Ta dualistyczna opowieść ulicznego sprzedawcy w jednej chwili bawi, żeby w drugiej gwałtownie wbić widza w krzesło.

Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Sandokan od początku kupuje nas humorem, sprzedając w większości niepotrzebne przedmioty – lampkę odstraszającą złe duchy, grzebień przeciw wszom… Wszystko po to, aby uzyskać DOSTĘP – do dóbr, ale też do miejsca w społeczeństwie. Ale między prezentacjami rzeczy na sprzedaż opowiada swoją przerażającą historię.

Pogrąża nas w świat ulicy i zaciekle odsłania rzeczywistość wykluczenia i zapomnienia przez społeczeństwo i państwo. Ta schizofreniczna opowieść czasami bawi, rozładowując przy tym napięcie i odwracając naszą uwagę, żeby w finale sparaliżować. Farías i Larraín w okrutny sposób zmusili widzów do konfrontacji z cierpieniem dziecka wykorzystywanego seksualnie, odrzuceniem i niepokojem wynikającym z nędzy. Sandokan fragmentarycznie odsłania przed nami swoją skrzywdzoną w dzieciństwie mentalność. Porusza się między publicznością, nawiązując z nią bezpośredni kontakt, co daje wrażenie większego realizmu. Ponadto akcja jest bardziej dynamiczna dzięki energicznej, elastycznej grze aktorskiej Roberto Faríasa, który potrafi płynnie przechodzić różne, skrajne stany emocjonalne – od czułości do gniewu, od radości do przygnębienia, nie robiąc przy tym karykatury. Udowodnił, że posiada umiejętność opowiadania historii.

Spektakl fascynuje i zaskakuje od początku do końca. Twórcy zmierzyli się nie tylko z trudnym tematem, ale też świetnie prześwietlili współczesne społeczeństwo pogrążone w konsumpcjonizmie. „Dostęp” to przytłaczający portret ocalałego, molestowanego chłopca. I pomimo, że jest już dorosły i został uratowany przed ludźmi, którzy go krzywdzili, pragnie powrotu do DOSTĘPU do świata (wy)zysku, do świata, w którym, by mieć wszystko, czego się zapragnie, wystarczy się oddać.

autorka tekstu: Magdalena Śrama

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

„Dzisiaj jest 28 czerwca” – recenzja spektaklu "Gawriło Princip"

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/05/Gavrilo-Princip2-photo-Sofie-Knijff.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

Niejednokrotnie splot okoliczności decydował o biegu historii, pokazując zarazem jej nielogiczność i okrucieństwo. Niemal przypadek sprawił, że przez oddanie jednego celnego strzału Gawriło Princip, ubogi i wyśmiewany przez innych nastolatek, stał się zabójcą arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co w następstwie wywołało I wojnę światową.

Opowieść o Gawrile Principie to przykład na jakże częstą w historii subiektywną perspektywę widzenia zdarzeń i losów tych, którzy je tworzą bądź w nich uczestniczą, na właściwą jej niejasność oraz istotną rolę przypadku – a więc tych elementów, z których aktorzy z holenderskiej grupy teatralnej De Warme Winkel z Utrechtu budują swój spektakl o pierwszym z politycznych zamachowców.

Spektakl „Gawriło Princip” to zbliżona do reportażu opowieść będąca rekonstrukcją historii tytułowego bohatera. Aktorzy przedstawiają ją w formie zapisu z taśmy stenograficznej, co w rezultacie przynosi ciekawe rozwiązania w zakresie wykorzystania w spektaklu różnych technik. Przede wszystkim wciąż obecny na scenie kamerzysta pozwala z bliska obserwować bohaterów i zarazem podpatrywać rysujące się na ich twarzach emocje, w tym postaci Principa, którego gra wymiennie trzech aktorów. Kamera spełnia w spektaklu istotną funkcję, bo przede wszystkim jest niemal nieustannie obecna przy tytułowym bohaterze – nie tylko towarzyszy mu w chwilach rodzących się w nim anarchistycznych idei, lecz także w opuszczonej celi. Natomiast rozmieszczone na scenie drewnienie konstrukcje, meble i mnogość przedmiotów – obrazujące rzeczywistość próchniejącą i ogarniętą jakimś chaosem – to cała wielka maszyneria teatralna, z której rekwizytów na oczach widzów zostają skompilowane poszczególne sceny. Aktorzy uwidaczniają w tym właściwą ich poetyce skłonność do łączenia i żonglowania motywami, formami czy stylami, co w następstwie zostaje przełożone na grę z odbiorem u widzów. Szczegółowa rekonstrukcja losu Principa, choć układana scena po scenie, może być oglądana również jako analiza każdej z tych scen z osobna. Dla holenderskiej grupy jest to sporządzony środkami teatru rozbiór odcinków historii młodego zamachowcy, dla widza natomiast – także analiza granej w scenie techniki czy rekwizytu, co a pewno jest siłą tego spektaklu.

Skupiając się na historii Principa, aktorzy czynią również czytelną analogię do losów XX-wiecznych terrorystów. Każdy z nich swoim czynem powtarzał formułę daty zamachu, która od tej pory stawała się znakiem wydarzenia, ale nie nazwiska osoby która je zapoczątkowała. W ten sposób De Warme Winkel pokazuje, że ten problem historyczny jest wciąż aktualny, bo nie tylko Gawriło Princip był tym, który pragnął zostać bohaterem narodowym, lecz historia uczyniła go głupcem.

autorka tekstu: Agnieszka Górska

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Przyjaciel prawdy – recenzja spektaklu Wróg Ludu

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/05/Wróg-ludu2-photocArnoDeclair-700×467.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

Thomas Ostermeier sięgnął po dramat Ibsena z końca XIX wieku, który okazuje się zaskakująco aktualny. Wraz z teatrem Schaubühne am Lehniner Platz dokonuje dość odważnego, ale udanego ruchu.

„Wróg ludu” skupia problemy związane z ekologią, manipulacjami dokonywanymi przez media i polityków, aż wreszcie stawia pytania o sens systemu demokratycznego w jakim przyszło nam żyć.

Wszystko zaczyna się niepozornie, spokojnie. Szara codzienność, młodzi ludzie w modnych ubraniach spotykają się, śpiewają ostatnie hity (te muzyczne przerywniki komentują jednocześnie akcję). Wszystko wygląda normalnie, aż chwilami powiewa nudą. Jak się okazało, było to wyłącznie przygotowaniem do kluczowej sceny. Gdy nasz główny bohater odkrywa, że woda pitna jest skażona i żąda opublikowania wyników swych badań, rozpoczyna się szaleńcza gra. Stawką jest prawda.

Mimo, że akcja  nieco się dłuży, emocje gwałtownie wzrastają podczas sceny zaaranżowanej na prawdziwą debatę społeczną. Aktorzy postawili mównicę i doprowadzili do sytuacji, w której publiczność mogła poczuć się jak na rzeczywistym zebraniu i przemówić. Każdy miał prawo zagłosować na jedną z dwóch przedstawionych racji i uzasadnić swój wybór. W teatrze demokracja zaistniała naprawdę przez to, że grupa Schaubühne wkroczyła w nasze życie oraz niespodziewanie i subtelnie zmusiła nas do refleksji nad współczesnością. Zniknął nagle podział na scenę i widownię.

Ostermeier przekroczył granicę (co jest fenomenem naszych czasów) i zrobił to z rozwagą. Gdyby znienacka zadano nam pytanie o sens demokracji, możliwość poszukiwań nowego systemu, pewnie niewielu chciałoby się wypowiedzieć. A tak, daliśmy się wciągnąć w opowieść – zwykłą, ale przecież tak bardzo dotyczącą naszej rzeczywistości, by w końcu zaangażować się w debatę. Po starciu z prawdą życie wróciło do normy, bo przecież „ludzie najlepiej czują się ze starymi, dobrymi ideami, które już sobie przyswoili”.

autorka tekstu: Magdalena Śrama

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Senter peace w klubie Muzyk – relacja

[et_pb_section admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”Wiersz”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_post_title admin_label=”Tytuł posta” title=”on” meta=”off” author=”on” date=”on” categories=”on” comments=”on” featured_image=”off” featured_placement=”below” parallax_effect=”on” parallax_method=”on” text_orientation=”center” text_color=”dark” text_background=”off” text_bg_color=”rgba(255,255,255,0.9)” module_bg_color=”rgba(255,255,255,0)” title_all_caps=”off” meta_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid” title_font=”|on|||” title_font_size=”30px”] [/et_pb_post_title][et_pb_image admin_label=”Obraz” src=”http://kulturalnytorun.pl/wp-content/uploads/2016/05/13240144_1541203536184921_4955973400541779847_n.jpg” show_in_lightbox=”off” url_new_window=”off” animation=”fade_in” sticky=”off” align=”center” force_fullwidth=”off” always_center_on_mobile=”on” use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”] [/et_pb_image][et_pb_text admin_label=”Tekst” background_layout=”light” text_orientation=”justified” text_font_size=”14″ use_border_color=”off” border_color=”#ffffff” border_style=”solid”]

W ostatnią sobotę, 14 maja 2016 r., odbył się debiutancki koncert nowego zespołu złożonego z sześciorga młodych muzyków. Senter peace – bo tak zespół się nazywa – stylistycznie obraca się w kręgach bluesa, soulu i R’nB. Nie mają na koncie żadnych nagrań, jednak powiedzieli w trakcie koncertu, że stworzenie nagrania jest częścią ich najbliższych planów muzycznych. Na wydarzenie trafiłem dzięki znajomym, którzy zachęcili mnie do obejrzenia występu.

Koncert zaczął się z delikatnym opóźnieniem. Zaczęli od samplowanego intra, które zupełnie nie pasowało do klimatu muzyki. Od początku widać było, że znają się na obsłudze swoich instrumentów, choć podczas pierwszych trzech utworów sekcja rytmiczna grała zdecydowanie za głośno i zagłuszała gitary, klawisze i wokal. Większość repertuaru stanowiły covery bluesowe i soulowe oraz dwa autorskie utwory, które moim zdaniem były najjaśniejszymi punktami programu. Całkiem ciekawe rozwiązanie stanowił lekko jazzujący styl śpiewu wokalistki Darii Barszczyk. Jednak najbardziej na plus wybijali się gitarzyści. Obaj posiadają świetny feeling dopasowany do granych utworów, a ich totalnie odmienne style gry stanowiły najbardziej intrygującą część wykonania. W grze basu słychać było kilka błędów rytmicznych (co szczególnie dostrzegalne było podczas basowych solówek), lecz przyznam, że technika i znajomość harmonii były bardzo dobre. Perkusista grał rytmicznie i przede wszystkim efektownie, choć odnoszę wrażenie, że muzyka Senter peace to niekoniecznie jego naturalna stylistyka. Stąd, między innymi, przypuszczam wynikały problemy z akustyką. Na temat klawiszy się nie wypowiem, bo praktycznie zostały one zagłuszone przez pozostałe instrumenty.

Dodam jeszcze swoje małe spostrzeżenie. Po zagraniu pełnego setu oraz odłożeniu instrumentów, muzycy przeszli do spotkania się ze znajomymi, rodziną i publicznością wraz z przyjmowaniem od nich gratulacji, uwag i pochwał. W takim małym lokalu, jakim jest klub Muzyk szybko doszło do zamieszania i widziałem, że gdzieniegdzie różni ludzie deptali po kablach czy potykali się o instrumenty. Z własnego doświadczenia muzycznego uważam, że warto wyrobić sobie od początku nawyk natychmiastowego zabierania i pakowania sprzętu, by uniknąć niebezpiecznych sytuacji. Na przyjmowanie feedbacku od publiczności zawsze się znajdzie czas po spakowaniu się.

Pomimo iż widzę parę rzeczy, nad którymi zespół powinien popracować to mają naprawdę spory potencjał. Najbardziej dostrzegalny jest w ich własnych utworach. Mam zatem nadzieję, że w przyszłości skupią się szczególnie na tworzeniu własnych kompozycji. Jeśli zaś będą kolejne koncerty, to serdecznie zachęcam innych do usłyszenia na żywo Senter peace.

Senter peace gra w składzie:
Daria Barszczyk – Wokal;
Mateusz Lewandowski – Gitara;
Mateusz Kardas – Bas;
Damian Działdowski – Gitara;
Marcin Chmiel – Klawisze;
Michał Szubert – Perkusja.

autor tekstu: Paweł Jakimowicz

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]