Buratyński: Niepokorny Sheridan na Tofifest
-
Dodano: 09:23 27 czerwca 2011
Tagi: Filmy, Piotr Buratyński, recenzja, Tofifest
Na Tofifest trwa retrospektywa twórczości Jima Sheridana. Reżysera, scenarzysty, producenta. Wielokrotnego zdobywcy prestiżowych nagród filmowych. Na „niepokornym festiwalu” ta sława irlandzkiego kina narodowego pojawi się osobiście, aby już w czwartek (30.06) poprowadzić wykład mistrzowski o swojej drodze od scenariopisarstwa do reżyserii, oraz by odebrać Specjalnego Złotego Anioła za całokształt twórczości.
Do wydarzeń tych zbliżamy się małymi krokami. Codziennie na festiwalu możemy zapoznać się z jednym dziełem Irlandczyka. Pierwszego dnia oglądaliśmy film jego produkcji i jego scenariusza, Spiralę przemocy w reżyserii Terry’ego George’a. Natomiast w niedzielę w Kinie Centrum poleciał już jego w pełni autorski film – Nasza Ameryka. Urodzony w Dublinie Sheridan, przedstawiciel specyficznej kinematografii narodowej, uważany jest za jej odnowiciela, czy nawet proroka. W stereotypowym spojrzeniu Irlandczycy to naród dumny, butny i gniewny. Naród tłamszony, o traumatycznej przeszłości i zachwianej tożsamości. Irlandia często stawała się kolebką buntu. Ba, Irlandia to synonim niepokorności! W tym momencie można by napisać, iż cały ten zestaw stereotypowych wyobrażeń na temat Irlandczyków niebezpiecznie zbliża się do idei tegorocznej edycji festiwalu. Ja jednak wolę pójść o krok dalej i sprowokować porównanie tegoż stereotypu do obrazu widza Tofifestu. Czyli do obrazu Polaka, rzecz jasna. Zostawmy tu oczywiście wątki religijne i społeczne łączące oba narody.
Przyjmijmy na kilka chwil czytania tego tekstu że to, co zbliża mieszkańców Irlandii i Polski to odwaga, brawura i duma granicząca niekiedy z zaślepieniem, narcyzmem, skłonnościami martyrologicznymi czy też kołtuństwem. Nic dziwnego, że tak wielu naszych rodaków czuje się na zielonej wyspie znakomicie… Nasza Ameryka z 2003 to dobry wybór na początek panoramy kina Sheridana. Choć nie zobaczymy tu obrazów rewolucji, murali z Belfastu czy Derry i rozpaczliwych walk IRA (to wszystko zdążymy jeszcze zobaczyć w trakcie Tofifest), to propozycja reżysera jest całkiem interesująca, bo mniej pretensjonalna, bardziej intymna. Przedstawia historię irlandzkiej rodziny, która po nielegalnej emigracji do Stanów Zjednoczonych stara sobie urządzić godne życie. Z tej strony to typowa historia emigrancka: ciężka walka o byt, przełamanie barier kulturowych i wiara w „American dream”. Z drugiej strony historia ta w zupełności zostaje pozbawiona fałszywego patosu i męczącego naturalizmu – Sheridan zdecydował się poprowadzić narrację z punktu widzenia dwóch uroczych, kilkuletnich dziewczynek. Dzięki ich spojrzeniu (jedna z nich posiada nawet kamerę filmową, co wydaje się aż nazbyt nachalnym podkreśleniem zastosowanego zabiegu), obcy i przygnębiający momentami Nowy Jork potrafimy wraz z nimi odbierać jako pełen ciepła i radości. Potrafią nawet zaprzyjaźnić się z antypatycznym artystą-malarzem mieszkającym w tej samej kamienicy (przerażająca wersja Basquiata?). Ta perspektywa dziecięcego spojrzenia pozwoliła Sheridanowi na bardzo emocjonalne opowiedzenie historii. Czar dzieci kontrastowany bywa z ciężkim losem rodziny. Bowiem do USA decydują się przyjechać po tragicznej śmierci trzeciego dziecka, dwuletniego Frankiego. Próba przepracowania swoich problemów „in american style” wydaje się dla tych Irlandczyków niezwykle trudna.
Ale pojawia się na to szansa. Sarah, matka dziewczynek, znowu zachodzi w ciążę, jednak urodzenie kolejnego dziecka rodzi ryzyko jej śmierci. Nie ukrywajmy, pamięć o jednym zmarłym dziecku oraz ryzyko straty kolejnego to spory bagaż emocjonalny dla widza. Już Alfred Hitchcock stwierdził, iż szafowanie śmiercią dziecka w filmie to niewybaczalny błąd i przesada. Ale Hitchcock to Anglik. Irlandczyk Sheridan w pewnym momencie rozpoczyna grę na emocjach w sposób bezwzględny i nieznośny. Piętrzy przeciwności losu aż do granic ckliwości.
Mimo to można powiedzieć że tradycyjni „wkurzeni Irlandczycy” zostali w Naszej Ameryce przez Sheridana zastąpieni „Irlandczykami melodramatycznymi”. To ciekawa propozycja na początek festiwalu. Wraz z setkami wilgotnych od łez chusteczek odrzuciliśmy (na razie) model irlandzkich bohaterów prześladowanych przez angielski system więziennictwa (W imię ojca), czy ofiar masakry w Derry (Krwawa niedziela). Nasza Ameryka to łzawa proza życia, ale w świetle całej twórczości Sheridana, niecodzienna i potrzebna.
Piotr Buratyński
Masterclass z Jimem Sheridanem po filmie „Moja lewa stopa”
30.06. godz.: 18:00
Baj Pomorski.http://www.tofifest.pl/
http://www.facebook.com/tofifest
http://festiwaltofifest.blogspot.com/









