FESTIWAL / ART POP FESTIVAL

  • art-pop (foto)

    Dodano: 11:33 17 sierpnia 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , , ,

    „Gdyby nie padało, to by nie zalało…

    … a tak padało i zalało” – tymi słowami rozśmieszał kabaret „Hrabi” (dawniej… „Potem”). Ale zebranej na Artpop Festival publiczności nie było do śmiechu. Z powodu sączącego z nieba kapuśniaku i wszechogarniającego chłodu. Na szczęście artyści stanęli na wysokości zadania.

    Co sprytniejsi widzowie założyli kalosze, ale i one nie dały komfortu. Tak upłynęło kilka godzin oczekiwania na gwiazdę wieczoru, legendę kontrowersji – Grace Jones. Miała być Amy Winehouse, ale kilka tygodni wcześniej odwołała serię europejskich koncertów, także ten w Myślęcinku. Jej ostatnim występem był koncert w Belgradzie. O tym, jak wypadł przekonać mogą się użytkownicy serwisu YouTube. W komentarzach pod nagraniem nie pozostawiono suchej nitki na Amy, której widoczna niedyspozycja tyleż raziła ucho, co po prostu smuciła. Kilka dni później świat obiegła wstrząsająca wiadomość o jej śmierci.

    Dla niej miał być przygotowany specjalny muzyczny hołd – wykonawców na Artpop poproszono o odegranie po jednym z utworów artystki. Niestety nie mieliśmy okazji usłyszeć takich interpretacji. Czy z powodu zbyt krótkiego czasu na ich przygotowanie, czy może świadomości, że Amy trudno dorównać – tego się nie dowiemy. Zamiast coverów pojawiła się wspominka o piosenkarce. Kilkuminutowa prezentacja multimedialna – zlepek zdjęć, chyba nie do końca przemyślanie wybranych. Słowo w imieniu artystów wygłosiła Ania Dąbrowska.

    Organizatorzy zadbali, by uczestnikom niczego nie zabrakło. Tu zapiekanki, tam kawa i pączki – dla każdego coś dobrego. Przygotowano dwie sceny – na dużej zagrali: Neo Retros, Hooverphonic, Brodka, Ania Dąbrowska, I blame Coco, Razorlight oraz wspomniania Grace. W przerwach na scenie Red Bulla supportowali: Last Blush, Fireinthehole, Skinny Patrini i Sofa.

    Miss Grace długo kazała na siebie czekać, a prawie dwie godziny opóźnienia mogą zniechęcić nawet największego fana. Zasłonięta kurtyna, suspens, noc. A w nas zniecierpliwienie, zmęczenie i senność. Kurtynę w końcu jednak rozsunięto i… poszło. Rozbrzmiała muzyka, a na platformie ukazała się postać o nogach długich aż do samej szyi,
    Na głowie – połyskliwy toczek ze szpiczastym piórkiem. Przed państwem – ikona stylu, była modelka, Grace Jones! Symbol nocnego życia Nowego Jorku, kojarzona z oryginalnym stylem i wyrafinowanym smakiem. Pani Mendoza odśpiewała swoje największe przeboje.

    Było m.in. „I’ve Seen That Face Before (Libertango)”, „Slave to the Rhythm” oraz „Private Life”. Z głośników płynął silny, ochrypły i – przypominający męski – głos. A z nieba leciał deszcz. Ot, kulminacja. Artystka z zacięciem prezentowała imponujące kształty, co chwilę zmieniając nakrycia głowy na coraz to ciekawsze, wnosząc na scenę to perkusyjne talerze, to znowu kieliszki wina. Ciepło i z humorem zachęcała do tańca, choć przy takiej pogodzie nawet jej jamajski styl nie mógł rozgrzać atmosfery na tyle, by wystać do końca pod sceną. Udało się to nielicznym. Publiczność bujała się w rytm muzyki, raz po raz ktoś otwierał parasol, a w końcu – pierwsi odważni – krokiem raka wycofywali się do wyjścia.

    Perełką festiwalu okazała się charyzmatyczna Eliot Paulina Summer, znana jako I blame Coco. Zachrypniętym głosem śpiewała „I am not Sting”, odnosząc się z dystansem do siebie i… swojego ojca. Utwory z „The Constant”, dynamiczne, oryginalne, nawiązujące do ikon muzyki z lat osiemdziesiątych bardzo przypadły do gustu i prawdziwie rozgrzały tłum. Niezwykła pewność siebie, świeżość i nietuzinkowość Coco sprawiły, że publiczność nie odrywała od niej oczu ani przez chwilę.

    Czy festiwal muzyczny w Bydgoszczy to dobry pomysł? Można deliberować nad miejscem, jego odpowiedniością, i nad doborem wykonawców. Odpowiedzi udzielić mogliby ci, którzy rozczarowani wracali przez nieoświetlony lasek do domu. Ale któż okiełzna pogodę, a co dopiero inne wypadki losowe?

    Dołożono wszelkich starań, by się udało. Poziom – bardzo wysoki. Wykonawcy – dali z siebie wszystko (ach, ta Brodka!). Ważne więc, że ktoś odkrył podczas festiwalu swoją własną gwiazdę, że ktoś ponownie poczuł dreszcz na dźwięk dobrze znanego kawałka.

    Bo cytując kolejny skecz kabaretu „Hrabi” – „muzyka jest bardzo ważna”.

    Karolina Natalia Bednarek


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz