FILM / 2001: Odyseja kosmiczna

  • hal (foto)

    Dodano: 16:44 16 listopada 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , ,

    Jest rok 1750. Jean-Jacques Rosseau zwycięża w konkursie ogłoszonym przez Akademię w Dijon. Ta spytała się „Czy odrodzenie nauk i sztuk przyczyniło się do oczyszczenia obyczajów?”. Rosseau odpowiedział przecząco. Podważył fundament oświecenia, zawierającą się w nazwie epoki pewność, że człowiek prze naprzód i tylko tam. Właśnie w tym okresie wyposażono naszą cywilizację w republikańskie idee, racjonalizm i liberalizm, które przygotowały grunt pod demokrację i kapitalizm. Ludzkość – ta spod sztandaru judeo-chrześcijańskiego, z łacińską metryką, biali z Europy – zaczynała marsz ku władzy nad planetą. W społeczeństwach Okcydentu zaczynały powoli kiełkować wtedy idee, które w pełni wyraził w 1899 r. Rudyard Kipling w wierszu „Brzemię białego człowieka”. W oświeceniu zaczynaliśmy łapać Boga za nogi. Rosseau odnalazł w tym tylko iluzję. Podobnie jak w swoich czasach, 218 lat później, Stanley Kubrick.

    W latach 60. ub. wieku zaczęliśmy latać w kosmos. W 1961 r. na orbicie pojawił się Jurij Gagarin, rakiety i sondy kosmiczne opuszczały Ziemię z częstotliwością piłek wyrzucanych przez maszyny jakie widujemy na kortach tenisowych. Oczy świata skierowały się w rozgwieżdżone niebo – chwilę temu niedostępne, a teraz leżące u stóp cywilizacji. Ego wielu Ziemian musiała dotknąć hipertrofia. Już niedługo ich gatunek miał wylądować na Księżycu; w 1964 r. dowiedzieli się na dodatek jak powstał wszechświat, a trzy lata później odkryto pierwszy pulsar. I wtedy Kubrick zaserwował terapię otrzeźwiającą.

    Początek. Czarny ekran i muzyka Ligetiego. Czas: trzy minuty. To wystarczy, żeby wyobrazić sobie coś co było przed Wielkim Wybuchem. Coś bez czasu, przestrzeni i kształtu. Potem Ryszard Strauss i światło. Czas: minuta i 17 sekund. Wszechświat zaczyna istnieć. Tak zaczyna się filmowy epos o cywilizacji, o jej drodze od punktu A, czyli narodzin, do punktu B – śmierci. Kubrick ma świadomość ciągłości tej historii – odkładanego w niepamięć wspólnego mianownika zbliżającego do siebie wydarzenia i postaci oddalone o miliony lat.

    „U zarania człowieka”. To tytuł pierwszej, kilkunastominutowej części filmu. Na ekranie małpoludy. Śpią, polują, jedzą, czuwają. Błędem byłoby patrzeć na nich jak na pocztówkę z prehistorii. Nasi przodkowie są bowiem niczym wielcy podróżnicy. Odkrywają smak krwi i upojenie siłą, podniecenie walką i spokój poddaństwa. Ich pierwotne emocje dzięki ewolucji tlą się gdzieś w otchłaniach naszych genotypów. Kubrick ukazuje tę cienką, zapomnianą i nawlekaną od milionów lat nić, w mistrzowski sposób. W ciągu kilku sekund kość wyrzucona przez naszego włochatego przodka staje się kosmicznym promem sunącym gdzieś w czarnych odmętach kosmosu. Obraz łączy muzyka i coś jeszcze. Kubrick daje do zrozumienia, że energia, która powodowała naszym człekoształtnym przodkiem i wprowadzała go w szał zabijania – dla dawnych społeczeństw ta umiejętność była gwarantem bezpieczeństwa i braku głodu – jest również siłą sprawczą naszych podbojów i cywilizacyjnych sukcesów. Tak, człowiek prze naprzód. Od milionów lat jednak jego paliwo jest to samo: chęć przetrwania i wzmocnienia jego gatunku.

    „2001: Odyseja kosmiczna” to jednak nie tylko naukowo-filozoficzna rozprawa, ale również fantastyka. Jednak nie ta bzdurna, kolorowa i na siłę udziwniana, ale mistyczna i w jakiś sposób bliska człowiekowi. Albert Einstein mówił: „Nie osiągnąłem zrozumienia fundamentalnych praw rządzących Wszechświatem dzięki racjonalnemu rozumowi.” To zdanie, tak bliskie Sokratejskiemu przyznaniu się do niewiedzy, nie tylko uczy pokory, ale daje szerokie pole do rozważań nad tym co niematerialne, niemierzalne i niewidoczne. W filmie totemem nieznanego jest czarna płyta o nieznanym pochodzeniu. Na początku obrazu wprawia w popłoch stado człekokształtnych, a po czterech milionach lat dręczy tęgie umysły z agencji kosmicznych, dla których przelot na Księżyc to dziecięca igraszka, ale zgłębienie tajemnicy kawałka kamienia staje się niemożliwe. Panowanie władców kosmosu jest  – i zawsze będzie – ograniczone. Kubrick przypomina tę prawdę swoim ziomkom będącym pod wrażeniem kosmicznego programem NASA z lat 60.

    Mistyczny epos jest okrojony z dialogów. Pierwsza ludzka postać pojawia się w 22. minucie filmu, pierwsze słowa słychać cztery minuty później.  W zamian za to Kubrick oferuje długie sceny, w których emocje i wewnętrzne stany bohaterów zastępują obrazy wszechświata i roztańczonych statków kosmicznych. Cwany to zabieg. Po pierwsze, efekty specjalne są doprawdy nieziemskie (film powstał ponad 40 lat temu!), a po drugie, taka narracja zmusza widza do zastanowienia się nad sobą i ludzkością jako jednym organizmem. W „Odysei” nie chodzi bowiem o historie dr Dave’a Bowmana, ani Heywooda Floyda, ale historię naszej wspólnoty.

    Artiss YouTube Embed: The YouTube ID of bUwCkKIYY80 is invalid.

    Kubrick przez ponad dwie godziny zmierza do prostej sytuacji i konkluzji. Nie prowadzi on jednak widza standardową drogą ku większej ilości informacji, ku tradycyjnemu punktowi kulminacyjnemu i rozwiązaniu akcji. Funduje coś całkowicie odwrotnego. „Odyseja” to jakby rzeźba, która ukazuje się nam w pełni dopiero kiedy opadną wszystkie zbędne elementy okrywające sedno, wszystkie niepotrzebne kawałki kamienia, które zasłaniały właściwą postać, główną myśl. I tak po kolei nieważne stają się sensacyjne wątki, technologiczne sukcesy, relacje między zespołem „Discovery One”, zapominamy o śmierci dr Franka Poola i jego kolegach, superinteligentnym komputerze, rodzicach składających życzenia i małej dziewczynce tęskniącej za tatą. Dzieje się to w momencie kiedy Bowman zaczyna swoją podróż w tunelu czasoprzestrzennym, z którego nie ma ucieczki, w którym jesteśmy sam na sam.

    To przejście jest symboliczne z wielu względów. Tutaj Kubrick tak naprawdę zaczyna snuć alegoryczną opowieść o cywilizacji, o jej podstawach – narodzinach i śmierci. Przy okazji bawi się z widzem – pewnie z sobą też – przełamując ludzkie przyzwyczajenia do czasu, przestrzeni, starości, końca i początku. Bowman po przebyciu milionów lat świetlnych dociera tam, gdzie od dawna już był: starszy, stary, a w końcu martwy. Dotarł tam gdzie już dawno temu odrodził się na nowo.

    „Odyseja” nie jest wolna od społecznych komentarzy o relacjach między ludźmi, ich przyzwyczajeń i rodzinnych więzach. Bohaterowie filmu, mimo że z przyszłości, są bardzo podobni do nas: mają urodzinowe rytuały, pochłaniającą pracę, potrzebę kontaktu z rodziną. Do tego wciąż ustawiają się do wspólnego zdjęcia i czytają gazetę przy śniadaniu, a ich agencje rządowe, mimo ogromnej racjonalizacji życia, zachowały nieracjonalną kontrolę nad społeczeństwem.

    Mimo hippisowskiej rewolucji lat 60. Kubrick nakręcił film tak, jakby wielki obyczajowy przewrót na Ziemi się nie zdarzył. W kosmos latają tylko mężczyźni, kobiety wciąż są stewardessami albo recepcjonistkami. Męski głos ma również komputer Hal 9000, przedstawiciel bezbłędnej i sztucznej inteligencji. Wpływ technologii na życie człowieka to jedna z głównych osi filmu. Konflikt wzmaga to, że Hal występuje nie jako bezosobowy i sztuczny zielony ekran, ale czerwona lampa komunikująca się z załogą za pomocą spokojnego głosu o pozytywnej i wprawiającej w niepokój barwie. Czerwień to kolor alertów, ostrzeżeń i awarii. W „Odysei” nie chodzi jednak o spięcie dwóch kabli w module AE-35.

    Chesney / fot. www.filmweb.pl


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz