FILM / Anonimus
-
Dodano: 15:16 20 grudnia 2011
Kategorie: Filmy, Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Recenzje, Żaneta Dolatowska
W poszukiwaniu prawdziwej tożsamości Szekspira
„Anonimus” Rolanda Emmericha
Niezliczone są przypadki, kiedy film inspiruje się literaturą, ale historią literatury? To już znacznie rzadziej. „Anonimus” odgrzewa starą teorię niektórych filologów mówiącą, że sztuki Szekspira wyszły tak naprawdę spod pióra hrabiego Edwarda de Vere. Hrabia Oxfordu to zresztą tylko jeden z kilku możliwych kandydatów do miana największego dramaturga wszech czasów, a domysły na temat, kto mógł nim być, zajmują więcej miejsca na półkach bibliotecznych niż wszystkie dzieła Szekspira razem wzięte. Do snucia karkołomnych hipotez uprawnia to, że o życiu autora „Hamleta” nie wiadomo prawie nic, a to, co wiadomo o pewnym jegomościu ze Stratfordu nazwiskiem Szekspir, imieniem Will, wcale nie wskazuje na to, że był on kimś wybitnym pod jakimkolwiek względem.
Tak z całą mocą przekonuje od pierwszych scen filmu aktor grający w sztuce „Anonimus”. Mamy zatem teatr w kinie, a zaraz potem kino w teatrze, kiedy prosto z desek sceny przenosimy się w realia epoki elżbietańskiej. Tu poznajemy de Vere, arystokratę o duszy poety, który jest zmuszony wystawiać swoje sztuki pod nazwiskiem przypadkowego figuranta, jakim jest Will Szekspir. Hrabia nie może się podpisać pod swoimi dziełami z kilku powodów: obyczajowych (bo hrabiemu nie wypada parać się pisaniem), politycznych (bo atakuje w sztukach niektóre osoby i stosunki panujące w kraju), rodzinnych wreszcie (ze względu na jego napięte stosunki z teściem). W tle trwa cicha rywalizacja stronnictw popierających różnych kandydatów do sukcesji po będącej u schyłku życia, nieco groteskowej i zdziecinniałej w interpretacji Vanessy Redgrave, Elżbiecie I. Akcja poprzetykana jest retrospektywnymi scenami, które są niezbędne dla zarysowania tła i wyjaśnienia wszystkich relacji między postaciami, ale rozbijają nieco tok akcji.
Film ilustruje fabularnie hipotezę, że sztuki „Szekspira” napisał kto inny, i trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyserem „Anonimusa” też chyba nie jest ten, kogo nazwisko widnieje w czołówce. Rolanda Emmericha kojarzymy głównie z obrazów spod znaku sf i wielkiej katastrofy, takich jak „Dzień Niepodległości” czy „2012”. Przeniesienie się do Londynu przełomu XVI i XVII wieku to dla niego nie tylko zmiana rekwizytów, ale też przepisu na zrobienie filmu: chyba po raz pierwszy w karierze Emmericha akcja opiera się na solidnie skrojonych przez scenarzystę bohaterach, a nie na efektach specjalnych, do których postacie są tylko dodatkiem.
I choć sensacja goni tu sensację (ocierając się czasem o chwyty rodem z latynoamerykańskiej telenoweli), nie chodzi tylko o zaskakiwanie widza zwrotami akcji, a o poddawanie postaci kolejnym próbom charakteru – jak u Szekspira, chciałoby się powiedzieć. I tak jak u Szekspira, życiem rządzą okrutne prawa, a ludzie bezwzględni mają przewagę nad szlachetnymi. Świat dworskich intryg, w którym obraca się de Vere, to rzeczywistość paralelna do utworów, które pisał, szczególnie tragedii. Sztuka naśladuje życie, a z czasem okaże się, że życie może przerosnąć sztukę. Osoby dramatu są uwikłane w sieć wzajemnych zależności i sprzecznych interesów, która zmusza je do ciągłego ukrywania intencji i zmierzania do celu okrężną drogą. Życie polega na stwarzaniu pozorów, „cały świat gra jakąś rolę” – jak głosił napis nad wejściem The Globe. Motyw Theatrum Mundi został tu zresztą podkreślony – i udosłowniony – ramą współczesnego przedstawienia teatralnego.
Emmerich już w szkole filmowej, w przeciwieństwie do kolegów zapatrzonych w kino artystyczne, chciał po prostu dostarczać ludziom rozrywki. Przymierzając się do niby-biografii wielkiego pisarza, nie zdradził swoich ideałów. „Anonimus” to przede wszystkim sprawne rzemieślniczo kino dla wszystkich.. Z drugiej strony nie przypomina „Zakochanego Szekspira”, czyli autora „Hamleta” w wersji pop, jest znacznie mocniej zakorzeniony w historycznych realiach. Film nie tłumaczy w żaden sposób, na czym polegał geniusz pisarza, koncentrując się na życiu, nie na sztuce, ale potrafi zaintrygować tajemnicą jego tożsamości, dzięki czemu Szekspir – ktokolwiek by nim nie był – przestaje być pokrytym kurzem pomnikiem z brązu i znów zstępuje pomiędzy żywych. W wersji Emmericha jest postacią tragiczną, osiągnął mistrzostwo w układaniu dramatów i sonetów, ale z układaniem sobie życia nie szło mu tak sprawnie – tak jak wszystkim z jego otoczenia zresztą. Widać sztuka życia jest najtrudniejszą ze sztuk.
Żaneta Dolatowska









