FILM / Cały ten gniew
-
Dodano: 14:15 28 czerwca 2011
Kategorie: Recenzje
Tagi: Filmy, Patronat KT, Recenzje, Tofifest
„Made in Poland”, reż. Przemysław Wojcieszek
Cały ten gniew
Boguś ma 17 lat i to, co myśli, wypisane na twarzy. I to dosłownie, bo w postaci wytatuowanego na czole napisu „Fuck off”. I taki jest właśnie film Wojcieszka. Daje nam po oczach wielkim „Fuck off”. Po równo: krzykliwymi kadrami rodem z punkowego wideoklipu i czarno-białymi obrazkami Polski klasy B – o filmie „Made in Poland” dla KT pisze Karina Bonowicz.
Oto Bogusław Kowalski (Piotr Wawer jr.), syn fanatycznej wielbicielki Krzysztofa Krawczyka, exministrant, który budzi się pewnego dnia, delikatnie rzecz ujmując, wkurzony na cały świat. Bierze więc żelazny pręt i idzie między bloki, gdzie wyładowuje swój gniew, rozbijając samochody. Na co jest wkurzony? Że Amerykanie zalewają rynek. Że nikt nie słucha dobrej polskiej muzyki. Że kobiety ubierają się w ciuchu Versace. Na to, że trzeba uczyć się, pracować, zarabiać. Że trzeba żyć. Boguś chce rewolucji, ale nie wie, pod jakim hasłem. Chce zmian, ale nie wie, w którym kierunku miałyby iść. Chce nowego porządku, ale nie jest w stanie zaproponować nic w zamian.
Boguś szuka jakiegokolwiek punktu oparcia, ale nie wie, gdzie go znaleźć. Aż żal patrzeć jak próbuje zadać ważne pytania o życie, ale nie ma komu. Matka (Magdalena Kuta) odpowiada mu cytatami z piosenek Krawczyka, ksiądz Edmund (Przemysław Bluszcz) nie chce dyskutować o Bogu, a były polonista (świetny Janusz Chabior) każe czytać poezję. Boguś nic z tego nie rozumie. Albo nie to, co trzeba. Tylko skąd ma wiedzieć, co i jak ma rozumieć? Nie wie, więc działa na oślep: żeby zatrzymać odchodzącą dziewczynę, desperacko wertuje tomik poezji i krzyczy za nią fragmentem rewolucyjnego wiersza „Bagnet na broń”. Bo Boguś, mówiąc górnolotnie, szuka nauczyciela i mistrza. Tylko w kim ma go znaleźć? W matce zakochanej w Krzysztofie Krawczyku? W księdzu, który wciąż opowiada o tym, jak mu się ukazał Jezus w Rwandzie? A może w poloniście-alkoholiku recytującym Broniewskiego? Ten ostatni jest zresztą dla Bogusia ostatnią deską ratunku, jedynym – w jego oczach – buntownikiem z wyboru. Tyle że były nauczyciel nie nadaje się na wzorzec. I chyba nie chce nim być.
Rebelia Bogusia zaczyna zjadać własny ogon. Nasz rewolucjonista gardzi społeczeństwem, które po kościele idzie na zakupy do supermarketu albo robi grilla na działce, sam tymczasem jest na utrzymaniu matki. Mierzi go kościół, ale podkula ogon, kiedy ksiądz wykłada za niego kilka tysięcy, które Boguś jest winien windykatorom. Historia buntu zatacza koło, kiedy Boguś, który na początku filmu rzuca komżę w kąt i opuszcza kościół, wraca do niego (przypadkiem?), szukając schronienia przed egzekutorami. Czyżby znalazł się w punkcie wyjścia?
Wściekłość Bogusia Wojcieszek daje nam odczuć przez cały czas trwania filmu. Obraz utrzymany jest w tonacji czarno-białej (jak zwykło się przedstawiać Polskę klasy B) przerywanej niekiedy kolorem rewolucji – czerwonym. Ostry, dynamiczny montaż sprzyja rozedrganiu obrazu. Podobnie jak przerywniki w postaci punkowych zinów i radiowego głosu z offu. Kadry doskonale odpowiadają temu, co kłębi się w głowie bohatera: animacyjna i dźwiękowa sieczka przepleciona fragmentami rozmów z anteny Radia Maryja. Czy tak postrzega świat nasz bohater?
Zdaje się, że Wojcieszek dobrze uchwycił chaos w głowie, jaki może mieć niejeden obywatel IV RP. A że przejaskrawiony? Jaki bohater, taki bunt. Taki bunt, jaki kraj. Made in Poland.
Karina Bonowicz









