FILM / Geneza planety małp

  • geneza (foto)

    Dodano: 12:23 7 września 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , ,

    Planeta małp: alternatywna historia

    „Geneza planety małp”, reż. Rupert Wyatt

    Choć od pierwszej adaptacji powieści Pierre’a Boulle’a minęło już ponad 40 lat, a od autorskiej interpretacji „Planety małp” w wykonaniu Tima Burtona dokładnie 10, naczelna metafora tej opowieści okazuje się wciąż żywotna i bardzo nośna. Czy to zasługa kultowej serii, która na stałe wryła się w masową wyobraźnię, czy też wysiłków twórców „Genezy planety małp”? Jakby nie było, nie mieli oni jednak łatwego zadania, mierząc się z legendą. Z jednej strony odświeżają tę historię prequelem, stanowiącym alternatywną wersję początków świata pod panowaniem naczelnych, w dodatku we współczesnej konwencji masowego hiper widowiska, co niesie ryzyko sprzeciwu fanów klasycznej wersji. Z drugiej strony ryzykują brak zrozumienia pierwotnego kontekstu u najmłodszego pokolenia widzów, darując sobie bezpośrednie przytaczanie wypadków znanych z pierwszego filmu, a jednocześnie odnosząc się do niego w licznych aluzjach, zapożyczeniach i półsłówkach. Tak śmiałe podejście przyniosło na szczęście twór na bardzo przyzwoitym poziomie. Świetnie się ogląda, a zarazem stwarza szerokie pole do popisów interpretacyjnych.

    W porównaniu z kameralnymi rozmiarami, mocno posiwiałą konwencją i efektami specjalnymi ręcznej roboty pierwszych filmów „małpiej” serii, obraz w reżyserii Ruperta Wyatta wypada naprawdę spektakularnie. Szczególna pochwała należy się za zręczne połączenie doskonałej technicznie animacji o fantazyjnym rozmachu z tradycyjnymi zdjęciami prezentującymi dość „przezroczystą” wizję współczesności. Pozwala to zatrzeć poczucie granicy między tymi światami, by bez sprzeciwu poddać się pięknej iluzji. Wizualna strona „Genezy planety małp” to kolejny przykład, że w kategorii widowiska rodem z  Hollywood magia obrazu wykreowanego od podstaw zdecydowanie wygrywa z wszelkimi tradycyjnymi metodami manipulowania ludzką wyobraźnią. Gra jest warta świeczki, bo chodzi o podbój Fabryki Snów. Pytanie tylko, czy to co dziś wydaje nam się szczytem nowoczesnych technik tworzenia filmowych wizji z czasem nie zestarzeje się, jak imponujące przecież w swoim czasie efekty specjalne i tricki charakteryzacji, stosowane w poprzednich dekadach? Zapewne gustowność baśniowej estetyki animowanych kadrów o epickim rozmachu i soczystych kolorach może być dyskutowana, jednak jako przykład hiperrealistycznej iluzji, w której wierna imitacja rzeczywistości schodzi na dalszy plan względem gry wyobraźni, „Geneza planety małp” nie pozostawia wiele do życzenia. Gdy mowa o gatunku science-fiction tak przekonująca wizja to bezdyskusyjny sukces.

    Techniczna precyzja nie pozostaje bez wpływu na inne aspekty filmu budujące narrację. Wykreowani w komputerze małpi bohaterowie wyglądają nader realistycznie i choć momentami ich antropomorfizacja wydaje się lekko przesadzona, to indywidualna ekspresja czyni ich postaciami z krwi i kości, zwłaszcza protagonistę – przywódcę nowej rasy – Ceasara. Aż trudno nie pokusić się o stwierdzenie, że animowane małpy są bardziej przekonujące niż bohaterowie grani przez żywych aktorów, którzy wypadają dość sztywno i blado. Zresztą nic w tym dziwnego, gdy zauważyć, że rasa ludzka, poza pojedynczymi wyjątkami, została sportretowana w dość odpychający sposób. O wiele więcej sympatii wzbudzają wyrywający się na wolność człekokształtni niż egoistyczni, zimni, owładnięci obsesję władzy i pieniędzy ludzie. Taka perspektywa sprawia, że ku własnemu zdumieniu gdzieś w drugiej połowie filmu widz zaczyna zdecydowanie silniej identyfikować się z małpami i Ceasarem, niż nawet z jego całkiem sympatycznym „ojcem” (James Franco w roli „szalonego” naukowca). A propos, zdwojona relacja ojca i syna (między dr Willem Rodmanem i Ceasarem oraz Willem i jego chorym na Alzheimera ojcem) to jeden z ciekawszych wątków opowieści, w dwojaki sposób odnoszący się do modnego ostatnio tematu kryzysu rodzicielstwa i roli ojca. Choć w przypadku doktora i jego „potwora” stosunki układają się niemal sielankowo w porównaniu z archetypicznym przypadkiem Frankensteina, to warto zauważyć, że narodziny Ceasara stanowią wypadek przy pracy, efekt niesubordynacji ambitnego człowieka, wyłom w systemie.

    Wbrew licznym opiniom, że dzisiejsze Hollywood to bezmózga rozrywka oparta na widowiskowych wybuchach, patetycznej muzyce i dialogach w stylu „jak krowie na rowie”, uparcie twierdzę, że kino gatunków nadal stanowi najlepszy barometr społecznych nastrojów, narzędzie badania masowych obsesji i wykrywania aktualnie dojmujących tematów czy idei. O wartość estetyczną konwencji można się spierać, ale zawartości nie wypada bagatelizować. W przypadku „Genezy planety małp” znaczącą wydaje się korekta pierwotnego wydźwięku głównej metafory. W dawniejszych częściach kultowej serii na pierwszy plan wysuwał się kontekst rasowy, uświadamiający względność tudzież umowność wartościowania cywilizacji i kultur, wzbogacony o najbardziej wzięte wówczas tematy, jak kontestacja systemu i utartych dogmatów, wątki emancypacyjne, wyścig zbrojeń i terror zimnej wojny. Dzisiejsze czasy przynoszą obraz o silniejszym nacisku na aspekt ekologii, skupiający się na etycznej ocenie relacji władzy wśród gatunków oraz  majstrowania przy dziele stworzenia na poziomie genów. Patrząc na nasz świat oczami dojrzewającego do przywództwa Ceasara i jego plemienia w bohaterskim stylu powracającego na łono natury i pierwotnych wartości, zagłada ludzkości specjalnie nie martwi, a wręcz napawa nadzieją.

    Joanna Tercjak


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz