FILM / Jak zostać królem

  • jak-zostac-krolem (foto)

    Dodano: 17:49 8 kwietnia 2011

    Kategorie: Filmy, Recenzje

    Tagi: , ,

    - Film Toma Hoopera to przepełnione emocjami i dramaturgią kino dla szerokiej widowni, zarazem kameralne, jak i pełne rozmachu, zrealizowane przy udziale fachowców pierwszej klasy – o „Jak zostać królem” pisze Joanna Tercjak z Kulturalnego Torunia.

    CZŁOWIEK, KTÓRY ZOSTAŁ KRÓLEM

    „Jak zostać królem”, reż. Tom Hooper

    Cóż fascynującego można odnaleźć w defekcie mowy postaci historycznej z ubiegłej epoki? Czy dzieje przyjaźni pewnego jąkały z jego terapeutą mogą poruszyć szeroką publiczność? Kogo oprócz brytyjskich emerytów obchodzi wyzbyta wszelkiej pikanterii opowieść rodem z angielskiego dworu? Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że fabuła „Jak zostać królem” tchnie przysłowiową angielską flegmą. Nic bardziej mylnego! Nowy film Toma Hoopera to przepełnione emocjami i dramaturgią kino dla szerokiej widowni, zarazem kameralne, jak i pełne rozmachu, zrealizowane przy udziale fachowców pierwszej klasy.

    Już pierwsza sekwencja filmu, poprzez konfrontację dwóch postaci – zahukanego potomka rodziny królewskiej i jego wielkiego adwersarza w postaci nadajnika radiowego – z wielką siłą wydobywa wielowymiarowość tej historii. Z jednej strony namaszczony rytuałem  młody gracz na arenie życia publicznego – przekaz radiowy, zwiastun nowego porządku społecznego, w którym komunikacja masowa będzie brzemienna w skutkach dla dotychczasowych włodarzy tego świata. Z drugiej strony ludzka słabość, poczucie presji związanej z rolą reprezentanta władzy, który przecież jest tylko człowiekiem, zmuszonym do działania nie w rezultacie własnych wyborów, lecz swojego urodzenia. A przed nimi wyczekujący w milczeniu tłum, Europa zawieszona pomiędzy kataklizmami dwóch wojen światowych, dotychczasowy porządek społeczny na skraju rozpadu. Moment, w którym to media, kreując wizerunek osób publicznych, zaczynają rozdawać karty. Zasadniczy akcent pada jednak na osobistą porażkę Alberta, późniejszego króla Jerzego VI (Colin Firth), pobitego przez własne kompleksy i brak pewności siebie. Dzięki temu, już na wstępie widz orientuje się, że nie chodzi tu tyle o historyczny fresk z politycznym zacięciem, co o uniwersalny, ludzki dramat, którego osią będzie przezwyciężanie własnych niedoskonałości, prywatnych traum i lęku przed swoim losem.

    Wydobycie dramaturgii z życiorysu słynnego jąkały nie udałoby się, gdyby nie ogromne bogactwo charakterów. Bertie (zdrobnienie od Albert) wbrew pozorom nie jest mdłą, jednowymiarową kukłą w luksusowych wnętrzach Pałacu Buckingham. Choć na pierwszy rzut oka wycofany przez swą komunikacyjną niewydolność, ma szaleńczy tupet, wady, wykraczające poza defekt mowy, przebłyski buty i wrodzonego (czy wyuczonego?) poczucia własnej wyższości (w końcu jest członkiem rodziny królewskiej). Jednocześnie charakterystyka tej postaci, budowana w oparciu o detale, jak gesty czy sceny rodzinne,  przekonuje, że tego typu słabości wiążą się z ogromną wrażliwością. To człowiek, który w głębi serca boi się siebie samego, swojego losu, odgórnie narzuconej roli króla, do której we własnym przekonaniu nie dorasta, a zarazem – człowiek prawy i silny. Szarżujący pomiędzy fasadowym wycofaniem a wewnętrznym bogactwem emocjonalnym, Collin Firth znów udowadnia, że jego aktorstwo jest jak wino – z wiekiem szlachetnieje, co doceniono już Złotym Globem.

    Ale nie sam Firth jest siłą napędową tego filmu, lecz raczej konfrontacja różnorodnych charakterów. Lionel Logue (Geoffrey Rush), ekscentryczny, samozwańczy logopeda, wdrażając w życie przekonania dalekie od ówczesnych wyobrażeń o publicznej i prywatnej sferze życia, okazuje się jedynym człowiekiem zdolnym pomóc protagoniście, choć co i rusz dochodzi pomiędzy nimi do starć, że aż iskrzy. Poza tym, jak zwykle przekonująca Helena Bohnam Carter w roli królowej Elżbiety (matki), łącząc charakterystyczny chód i życzliwe gesty znanej postaci z obrazem atrakcyjnej, dojrzałej kobiety, kreuje postać pełną czułości i subtelnej determinacji. Co prawda, postaci dalszego planu wypadają tu bardzo płasko, by wspomnieć choćby skrępowaną wiktoriańską etykietą kobietę-instytucję, jaką wydaje się królowa Mary (Clair Bloom), króla Edwarda VIII (Guy Pierce) jako rozpieszczonego bumelanta w średnim wieku, czy skądinąd zaskakującego w roli Churchilla Timothy’ego Spalla, któremu dane było wygłosić zaledwie kilka linijek tekstu. Mimo wszystko, na pierwszym planie aktorskim dzieje się tyle, że aż nadto starcza na dwie godziny seansu, do czego znacznie przyczynia się mocno osadzony w kontekście historycznym i charakterologicznym, a zarazem trafiający do współczesnego widza humor ciętych dialogów i komicznych drobiazgów sytuacyjnych.

    Świetnie rozegrany, kameralny dramat sytuuje się na tle klimatycznego obrazu epoki, subtelnie  i przekonująco odmalowanego w rekwizytach, kostiumach, zgodnych z ówczesnymi obyczajami gestach, a nawet skali barw warstwy wizualnej. Mistrzowska praca kamery to w tym przypadku coś więcej, niż ładne zdjęcia – to świadomie wykorzystywany środek budowania narracji, podkreślający skomplikowane relacje między bohaterami, konfrontujący ich z otoczeniem, wydobywający dramatyzm ich położenia, to znów sytuacyjny komizm. Bez zbędnego przepychu czy historycznego monumentalizmu, oszczędnie wplatając sceny zbiorowe, opowieść spycha kontekst dziejowy czy wydźwięk ideologiczny na dalszy plan. Ostatecznie, „Jak zostać królem” to nie pean na cześć monarchii, lecz ponadczasowa opowieść o człowieku, który borykając się z ciężarem swojego losu i narzuconej roli, przezwycięża w końcu własne słabości i staje na wysokości zadania. W prawdzie robi to, co musi, ale najlepiej, jak może, w zgodzie ze sobą samym.

    Joanna TERCJAK

    fot. Kino Świat


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz