FILM / Captain America 3D

  • america (foto)

    Dodano: 14:12 22 sierpnia 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , ,

    „Captain America: Pierwsze starcie”, reż. Joe Johnston

    Moralitet w obrazkach

    Ostatnimi czasy twórcy filmowi zasypywali widzów serią filmów w technice 3D. Mieliśmy więc: koniec świata z różnych perspektyw, walkę dobra ze złem (podaną na wiele sposobów), dalej – potyczki robotów, cudowne krainy w stylu „krainy nigdy-nigdy”. W żadnym z tych obrazów nie było niczego więcej ponad efekty „specjalnie” specjalne. Dlatego choć najnowszy film Joego Johnstona ma z tamtymi niewiele wspólnego, to jest on najlepszym obrazem 3D, jaki widziałam. Dlaczego? Bo to po prostu dobrze zrobiony film. I film, i fabularny.

    Kapitan Ameryka to pierwsza z całej galerii postaci wykreowanych przez Jacka Kirbyego i Joego Simona dla Marvel Comics. Stworzyli go, by pobudzić patriotyzm Amerykanów, kiedy ci z zaniepokojeniem przyglądali się krwawej sytuacji w Europie w czasie II Wojny Światowej. Powoli dojrzewało w nich przekonanie o konieczności zaangażowania się w walkę i tak oto Kapitan Ameryka stał się agitacyjnym głosem amerykańskiego rządu. Zupełnie jak na plakatach z hasłem „I want You” – nakłaniającym do zasilenia armii.

    Początki komiksów z superbohaterami nie były łatwe. Wydawcy dla Supermana szukano przez prawie cztery lata. Fabułę uznawano za zbyt nierzeczywistą. Kiedy w końcu jednak się udało – machina ruszyła.

    Od zera do… kapitana

    „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” to opowieść o losach studenta sztuki, chuchra o wielkim sercu i nieposkromionych ambicjach. Steve Rogers (Chris Evans) marzy by zaciągnąć się do wojska. Jego nadzieje, mimo wielu prób, nie spełniają się. Steve to chorowity i lichy chłopak, ale też wzorowy Amerykanin, patriota. Po wielu nieudanych próbach zaciągnięcia się do armii, los się do niego uśmiecha, gdy dostaje propozycję przystąpienia do tajnego, wojskowego projektu. Poddany eksperymentowi, nabiera szybkości, siły i wytrzymałości. A wszystko po to, by zniszczyć naczelnego wroga aliantów – nazistę Reda Skulla (w tej roli Hugo Weaving). Historia przewidywalna i typowa dla tych komiksowych, ale ukazana tak zgrabnie, że ani razu nie opadają ze znużenia powieki. Scenopisarski tandem, Stephen McFeely i Christopher Markus (twórcy m. in. serii „Opowieści z Narnii”) stworzył naprawdę skrzętną opowieść.
    Jakie występki zarzucić można „Kapitanowi Ameryce”? Patetyczny obraz USA i nadęta do granic… gloryfikacja dobra. Cóż – taki był zamysł twórców i taka poetyka cechuje komiks. Utopijność staje się sposobem opowiedzenia historii narodzin jednego z pierwszych ikonicznych herosów.

    Pół fartem, pół serio

    Komiks nie istnieje serio – jest konwencją między obrazem rzeczywistości a rysunkiem. Cechuje go „przerysowanie” i hiperbolizacja. Przedstawia historie nierealne – takie jak w „Kapitanie Ameryce” właśnie. Sukcesu tej formy możemy upatrywać w quasi-mitologicznej naturze. Przecież Kapitan Marvel za sprawą magicznej formuły „shazam” (kompilacja imion mitologicznych bogów i herosów) przeistoczył się ze zwykłego człowieka w superczłowieka. Podobnie działo się z resztą postaci – jest to autotematyczna aluzja do bohaterów „w rajtuzach” takich jak Robin Hood. To też sugeruje ich odbiór i wyjaśnia pewne naiwności – celowe, a właściwe komiksom.
    W latach sześćdziesiątych wydawnictwo Marvel Comics Group odniosło duży sukces, wyznaczając kanon bohaterów (Fantastyczna Czwórka, Hulk). Herosi ci uzyskali swoje nadludzkie zdolności zazwyczaj na skutek dziwnych wypadków – kontaktu z substancją radioaktywną lub pozaziemską. Każdy z nich miał jednak swoją „piętę achillesową” – ułomność, czuły punkt lub kompleks. Tak też jest w przypadku Kapitana Ameryki – młodzieńca tragicznego, którego nieustanie dręczy poczucie misji, oddania, poświęcenia.

    Co ciekawe, do stworzenia wielu z tych osobowości inspiracją był… Chrystus. Choć brzmi to niewiarygodnie, to historia komiksowa poprzez swoją formę uwypukla dystans do cudowności, jaką ukazuje. Wstawia ją w cudzysłów. Zarówno komiks, jak i film na jego postawie to proste konstrukcje o charakterze moralitetu.

    „Kapitanie mój, kapitanie”

    „Kapitana Amerykę” ogląda się jak bajkę dla dorosłych, bezbłędną, zgrabną pod względem formalnym. Bajkę, która nie stroni od delikatnego acz niebanalnego humoru. To film efektowny – choć nie do przesady (a mimo tego – wykorzystujący technikę 3D we właściwy sposób). Ciekawy operatorsko, dobry montażowo i aktorsko (Tommy Lee Jones jako pułkownik Chester Philips). Co ważne, wskazujący w całej swojej pompatyczności krztę autoironii.

    Film ten to rzecz jak najbardziej do poduszki. Bo komiks już z założenia jest wielkim widowiskiem, pełnym: „wzzziuuum”, „kraaach” i „boomom”. I taki właśnie jest obraz Johnstona. Warto.

    Karolina Natalia Bednarek


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz