FILM / Niebezpieczna metoda
-
Dodano: 22:25 26 listopada 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Cinema City, Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
PSYCHOANALIZA PO BOŻEMU
„Niebezpieczna metoda”, reż. David Cronenberg
Cronenberg to rzadki przypadek twórcy. Ten sam gatunek co David Lynch. Będąc wiernym swoim neurotycznym wizjom, potrafił o dziwo odnaleźć się w świecie wielkoformatowego przemysłu filmowego i międzynarodowych koprodukcji. Konsekwentne wizualizowanie erotyczno-tanatycznych fascynacji („Crash – Niebezpieczne pożądanie”), odrażających cielesnych transgresji („Mucha”) i narkotycznych halucynacji („Nagi Lunch”), przyprawionych o drugie dno, zawiodło go na artystyczny parnas. Tym razem, jakby w dalszej pogoni za obsesjami, kanadyjski reżyser trafia do gabinetu psychoanalityka, jednak nie po to, by położyć się na kozetce.
„Niebezpieczna metoda” to opowieść o wręcz archetypicznym sporze między dwoma pionierami „psychologii głębi”, jednak w tym przypadku Cronenberg nie daje się porwać namiętnościom i uprawia kino zupełnie po bożemu. Pięknie sfotografowany, rozwijający się w stonowanym tempie, równo rozkładający akcenty film jest formalnie wstrzemięźliwy jak wiktoriańska obyczajowość, dominująca jeszcze w czasach, w których rozgrywa się akcja. W jego atmosferze, w dużej mierze budowanej w oparciu o techniczną pieczołowitość w każdym wymiarze (od scenografii i kostiumów po kompozycję kadrów i wyważony montaż), jest coś odrobinę „bergmanowskiego”. Zdaje się, że za parawanem formalnego uporządkowania, gestów zgodnych z etykietą, ukłonów w stronę tego, co szlachetne i dostojne, kryje się ocean dzikiej namiętności, którego skrawka ani przez chwilę nie jest nam dane zobaczyć. Możemy jedynie domyślać się go, wyczuwając lekkie, acz nieustanne napięcie, wyzierające gdzieś między dialogami czy fragmentami kurtuazyjnych listów, spod obrazów nigdy nie przekraczających granicy estetycznej przyzwoitości. Nawet sadomasochistyczny romans ukazany jest dyskretnie i z wyczuciem, sugerując pobrzmiewającą w nim nutkę idealistycznego romantyzmu. Tym samym, fanów nadrealnych plenerów i oślizgłej biologiczności „eXistenZ” czy wywołujących cierpnięcie niektórych części ciała i płatów mózgowych obrazów z „Videodromu”, wypada ostrzec, że najnowsze dzieło Cronenberga to zupełnie klasyczne, grzeczne kino.
Wspominając raz jeszcze Bergmana, zdaje mi się, że Keira Knightley mogłaby odrobić tę lekcję i wiele z niej wynieść dla swego warsztatu aktorskiego. W zestawieniu z powściągliwym popisem Michaela Fassbendera w roli Carla Junga i naszkicowanym zaledwie kilkoma kreskami, a jednak trójwymiarowym portretem Zygmunta Freuda w wykonaniu Viggo Mortensena, młoda Angielka wypada bardzo histerycznie, co nie pokrywa się z przekonującym odegraniem histeryczki. Jej występ, szczególnie na początku przeszarżowany nadmiarem środków, jak groteskowo-komiczne prezentowanie wysuniętego zgryzu, ratuje jedynie świetne rozpisanie tej postaci na poziomie scenariusza. Osią dramatu wzajemnych wpływów i konfliktów między twórcami alternatywnych ujęć psychoanalizy jest właśnie wątek tej kobiety, jako głównego katalizatora postępu w psychiatrii, rozwoju męskich bohaterów oraz fabuły filmu. Dzięki temu, znana historia sporu między Freudem i Jungiem zostaje ukazana z interesującej perspektywy. Takie ujęcie dowodzi, że wielkie idee i rewolucyjne teorie nie rodzą się w oderwaniu od osobistych doświadczeń ich autorów. Wręcz przeciwnie – w ich trzewiach, w ich łóżkach, a szczególnie gdzieś w przestrzeni między uczestnikami nieustannej, zarazem twórczej i destrukcyjnej wymiany myśli, uczuć i cielesnych płynów.
Joanna Tercjak









