FILM / Oczy Julii
-
Dodano: 19:32 25 kwietnia 2011
Kategorie: Filmy, Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
- Z długiej litanii zarzutów wobec drugiego kinowego popisu Moralesa warto podkreślić jeszcze poważne braki warsztatowe. Nieudolna reżyseria skutkuje nie tylko dramaturgiczną katastrofą, ale i śmiesznie przerysowanymi kreacjami – pisze Joanna Tercjak z Kulturalnego Torunia o filmie „Oczy Julii”.
Hiszpańska zgroza
„Oczy Julii”, reż. Guillem Morales
Jak odróżnić dobry horror od złego? Stopień przerażenia widza to z pewnością jedno z podstawowych kryteriów oceny, ale chyba nie jedyne, bo niejasne i subiektywne. Pożądany dreszczyk wymaga pożywki w postaci precyzyjnego suspensu. Zwłaszcza dziś, gdy zaprawiona w bojach publika zdaje się mocno uodporniona na tradycyjne straszydła. Przewrotna historia i przejmujący klimat to podstawa mistrzowskiego horroru. By wywołać u odbiorcy gęsią skórkę, te wszystkie elementy muszą ze sobą współgrać tak, by wessać go w swój koszmarny świat.
Przez dekady liderami w tej branży były kraje anglosaskie z ich tradycjami literatury gotyckiej. Współcześnie to Japończycy grają pierwsze skrzypce (w końcu Amerykanie uprawiają regularny recykling przerażających opowieści z Kraju Kwitnącej Wiśni). Kilka lat temu na pole gry wkroczyli Hiszpanie. Choć absolutnie nie żywię żadnych uprzedzeń wobec tej nacji (a wręcz przeciwnie!), to kolejny raz przekonuję się, że hiszpańska groza mnie nie rusza, a co najwyżej zniesmacza. Co prawda „Labirynt fauna”, przy całej absurdalnej brutalności, trzymał się jeszcze kupy i zdawał się kryć drugie dno. „Sierocińcowi”, pomimo historii szytej grubymi nićmi, nie można odmówić sugestywnego klimatu. Ale najnowszy obraz, w którym palce maczał Guillermo del Toro (reżyser pierwszego i producent drugiego z tytułów) to już czysta zgroza.
Marketingowa machina sprzedawała „Oczy Julii” dzięki etykietce „horroru hitchcockowskiego”, który miał straszyć bardziej tym, czego nie widać, niż potwornością rzuconą na twarz. Na takie hasło łatwo dać się nabrać, skoro podbudową opowieści jest postępująca ślepota głównej bohaterki. Jednak fanów „Innych” obraz Guillema Moralesa z pewnością rozczaruje.
Przez większą część filmu groza pozostaje w cieniu – potencjał takiej sytuacji rozmywa się w braku przekonującego klimatu i sensownego suspensu. Bogactwo wizualnie gęstych kadrów i kreatywnej roli kamery, która z rzadka i nieśmiało wybija się na pozycję niezależnego narratora, przyćmiewa łopatologia nieudolnie budowanego napięcia. Efekt zaskoczenia wynika tu raczej z bezładnego przeskakiwania z wątku w wątek po najbardziej absurdalnych trajektoriach, niż konsekwentnego uchylania rąbka tajemnicy. Wręcz przeciwnie, na mecie „Oczu Julii” odnosi się wrażenie, że żadnej podskórnej tajemnicy nie było. Z długiej litanii zarzutów wobec drugiego kinowego popisu Moralesa warto podkreślić jeszcze poważne braki warsztatowe. Nieudolna reżyseria skutkuje nie tylko dramaturgiczną katastrofą, ale i śmiesznie przerysowanymi kreacjami znanych i docenianych przecież aktorów (Belén Rueda, Lluís Homar).
Kino gatunków przyjęło się traktować jako grunt dla zbiorowej psychoanalizy, bo w mniej lub bardziej zamierzony sposób wyraża często podskórne nastroje i ideologiczne mity dominujące w danej kulturze. Siłą horroru (i argumentem za jego żywotnością) jest skłonność do skrywania mrocznego, drugiego dna, tym bardziej fascynującego, im mniej uświadomionego. Jednak w tym przypadku wymyślnym zwrotom akcji, niby szytym na gorąco w trakcie seansu, nie pomaga pseudonaukowy bełkot na temat zaburzeń wzroku ani pseudo-psychologiczne wywody o „niewidzialnym”. W stosunku wprost proporcjonalnym do rozwoju akcji rośnie przekonanie, że ktoś usiłuje nas nabrać i to w wyjątkowo prymitywny sposób. Na dnie „Oczu Julii” nie znajdziemy nic więcej niż pustkę tępego spojrzenia.
Joanna Tercjak









