FILM / Pina 3D
-
Dodano: 01:00 4 października 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Cinema City, Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
TAM, GDZIE NIE SIĘGAJĄ SŁOWA
„Pina”, reż. Wim Wenders
W jednej z nielicznych scen dokumentu Wima Wendersa, w których słyszymy głos legendarnej choreografki i tancerki, Pina Bausch wyraża przekonanie o niewystarczalności słów na drodze do wyrażenia znaczeń, które w swej istocie zawsze pozostają nieostre, niedookreślone. Ten cytat to punkt wyjścia dla autorskiej strategii sportretowania nieszablonowej postaci, która swym ogromnym dorobkiem oraz rewolucyjną wręcz działalnością na styku tańca i teatru wymyka się wszelkim definicjom. Jeśli nie słowa, to tylko ruch, ciało, obraz są w stanie uchwycić ducha tej twórczości. Z tego względu „Pina” Wendersa nie jest lekcją historii tańca. To też zdecydowanie coś więcej niż biograficzny dokument.
Główna bohaterka fizycznie prawie nie występuje w filmie. Widzimy ją zaledwie w kilku archiwalnych ujęciach z prób jej zespołu oraz kluczowych fragmentach spektaklu „Cafe Müller”. Ten brak okazuje się niesłychanie wymowny w świetle nagłej i zupełnie niedawnej śmierci Bausch w 2009 roku. Próżno tu szukać faktografii czy szerszego kontekstu historycznego. Pina to legenda na tanecznej scenie – kalendarium czy dowodzenie jej wielkości wydają się zupełnie zbędne. Liczy się próba uchwycenia geniuszu. To oczywisty hołd na cześć wybitnej postaci, więc też nie ma tu miejsca na problematyzację tematu. Jednak sposób docierania do esencji tej konkretnej osobowości, wymuszający na autorze filmu zupełne usunięcie się w cień, daje bardzo przekonujący efekt.
W przeważającej mierze film jest niezwykle przemyślanym montażem fragmentów przedstawień Tanztheater Wuppertal, nota bene sfilmowanych z ogromnym wyczuciem i niemałą dawką artystycznego polotu, tak by stworzyć widzowi możliwie najlepsze warunki obcowania ze sztuką Bausch. Dzięki temu dokument Wendersa wymyka się zarzutom, że to jedynie czysta rejestracja cudzego dzieła. A jednak, nie umniejszając roli reżysera, nie jest to film „poświęcony” Pinie Bausch, o Pinie Bausch, czy dla Piny Bausch. Ten obraz po prostu należy do niej, nie tylko na płaszczyźnie tematycznej, ale i w sferze wizji.
Z wierności przekonaniom bohaterki o ułomności słów wynika też inny autorski chwyt, dzięki któremu udaje się uniknąć efektu nudnych, gadających głów. Jedyni ludzie, którym Wenders udziela tu głosu są tancerze kultowego zespołu. To dość znamienne posunięcie w przypadku tak silnej osobowości, której twórczość dokumentalna jest nie mniej subiektywna i intymna, co kino fikcji, by wspomnieć choćby „Buena Vista Social Club” czy „Tokyo Ga”. Tym razem artysta z pełnym zaufaniem oddaje opowieść w ręce ludzi, którzy fizycznie, mentalnie i emocjonalnie byli najbliżsi bohaterce – ludzi, którzy mają w sobie coś z niej i w pewnym sensie są nią. Ich krótkie, ulotne refleksje poświęcone Pinie padają na tle niemych zbliżeń. Spojrzenie, wyraz twarzy mówią o wiele więcej niż towarzyszące im zdania. Zamiast spójnej, chronologicznej opowieści mnogość drobnych gestów, okruchów wspomnień, śladów emocji składają się na portret Bausch jak nigdy nie skończona układanka.
W sensie technicznym filmowi nie można nic zarzucić. Może tylko to, że nie warto przepłacać za seans w 3D, gdyż poza skromnymi ozdobnikami, jak falująca firana czy fruwające liście, możliwości tego efektu nie zostały wykorzystane. Niemniej jednak to obraz przepiękny wizualnie, poprzez idealną kompozycję kadrów, soczyste kolory, poruszającą muzykę i pełny wyczucia montaż, doskonale oddający charakter twórczości Bausch w całej jej złożoności. Niespełna dwie godziny z choreografią Piny i jej tancerzami pozostawiają po sobie uczucie niedosytu i głębokie przekonanie, iż uchylono przed nami na chwilę tajemne drzwi do innego, wewnętrznego świata. Ten obraz pozwala zrozumieć coś, co z pewnością towarzyszyło Pinie w całej jej karierze. Otóż techniczna precyzja (której w przypadku Tanztheater nie wypada podważać) to jedynie poślednie narzędzie wobec wewnętrznego źródła, z którego wypływa ruch. Tylko wtedy jest on prawdziwy i rzeczywiście wyraża więcej niż słowa, gdy jego korzenie sięgają emocjonalnej głębi.
Joanna Tercjak









