FILM / Sala samobójców
-
Dodano: 14:11 18 kwietnia 2011
Kategorie: Recenzje
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
Second Live – kalki, prawdy, czarne dziury
„Sala samobójców”, reż. Jan Komasa
Kilka lat temu, w jednym z czołowych krajów zachodniego dobrobytu, z bezpardonową ciekawością przyglądałam się okazom egzotycznego gatunku, licznie obsiadającym centralne stacje metra i zakamarki miejskiego domu kultury. Ciemne grzywki, blada cera, precyzyjnie niechlujny ubiór w czarnej tonacji, nierzadko złamanej jaskrawym pióropuszem bądź czerwoną kratką, słuchawki w uszach, rzadziej książka w ręku. Średnia wieku – 15. „Kto to? O co im chodzi?” – pytałam znajomych tubylców, którzy zbywali moją ciekawość wzruszeniem ramion i rzeczowym wyjaśnieniem, że to rozpieszczone dzieciaki bogatych rodziców, co za dużo MTV się naoglądały.
Nim wróciłam do Polski, zjawisko zdążyło rozplenić się niemal po całej kuli ziemskiej, wzbudzając wszędzie ten sam lekceważący uśmiech. Biorąc na warsztat subkulturę Emo, z pewnością niełatwo przełamać stereotyp rozwydrzonego dzieciaka, dostrzec coś więcej w ideologii sfabrykowanej przez koncerny rozrywkowe na potrzeby nowej mody oraz uniknąć niezamierzonego komizmu lub żenującej śmieszności. Jadnak twórcy „Sali samobójców” jakoś się to udaje. Może właśnie dla tego, że od stereotypów zaczyna.
Ojciec (Krzysztof Pieczyński) – elegancki mężczyzna w sile wieku pnący się po szczeblach kariery politycznej. Matka (Agata Kulesza) – dynamiczna bizneswoman w branży modniarskiej, o ciętym języku i dojrzałym wdzięku. Dominik (Jakub Gierszał) – inteligentny i wrażliwy uczeń prywatnej szkoły u progu dorosłości. Ich migawkowe portrety przeplatane ujęciem wspólnej wizyty w operze – już pierwsza sekwencja wydaje się schematyczna do bólu. A jednak, ten film nie boli w sensie estetycznym. Ciekawa, dynamiczna forma, objawiająca się w pomysłowym montażu, subtelnej palecie barw i sprytnej kompozycji kadrów, muzyce nieźle zgranej z całą resztą oraz dość przystępnym, choć nieprzezroczystym aktorstwie, sprawia, że tę emo-historię ogląda się nawet przyjemnie. W dodatku, trafnie rozegrane zwroty akcji i zręczne wplecenie intrygujących mini-wątków, jak motyw nastoletniej fascynacji homoerotycznej (wydawałoby się, rzecz nie do pomyślenia w polskim kinie!), sprawiają, że dwugodzinny film nie nudzi. A robi się jeszcze barwniej, gdy o do akcji wkraczają animowane awatary młodych bohaterów.
W sensie dramaturgicznym „second live” nie wnosi wiele do opowieści poza dość oczywistą diagnozą skomplikowanych relacji „reala” z „wirtualem” i mocnym uderzeniem w kulminacji. Mimo to, eklektyczne animacje, rozpięte między kiczowatą grą fantasy a realistyczną strzelanką, dopełniają popkulturowego, młodzieńczego smaczku całości. Tytułowa sala samobójców to azyl wyalienowanych nastolatków na miarę współczesności, a jednocześnie czarna dziura, w której pogrążają się bohaterowie. Stworzono ją z tego, co twarda rzeczywistość wyrzuca poza swój margines.
W wyczekujących komentarzach sprzed premiery, jak i kilku recenzjach tuż po niej, przewija się wątpliwość co do celności ambitnego założenia: opowiedzieć historię „na czasie” za pomocą środków nowoczesnej technologii. Obawy wynikają z przekonania, iż postęp w tej dziedzinie dokonuje się za szybko, by móc uchwycić go „na gorąco” w toku długotrwałego procesu powstawania filmu. (Wietrzę tu również utartą opinię o technologicznej zaściankowości kraju jego produkcji.) A jednak samodzielny debiut Komasy opiera się tym zarzutom dzięki potraktowaniu świata internetu w kategoriach metaforycznej ramy dla opowiedzenia ponadczasowej historii. W „Sali samobójców” nie idzie przecież o reportażową diagnozę aktualnego stanu technologii komunikacyjnych.
Nie jest to film o internecie, o Emo, ani o polskim nastolatku, ale o odwiecznej przepaści międzypokoleniowej, o uczuciu zagubienia, o specyficznym momencie życia, w którym wydaje się, że ziemia bez powodu osuwa się spod stóp. I o poszukiwaniu siebie w kontrze do otaczającego świata czy też w bliskości, która może zwieść na manowce. Jednym słowem: o młodości. Posługując się niemal niewybaczalnymi stereotypami i popkulturowymi kalkami, reżyserowi udaje się osiągnąć emocjonalny autentyzm i uchwycić młodzieńczy żywioł w jego współczesnym przebraniu. Całkiem nieźle, jak na początek twórczej drogi.
Joanna Tercjak









