FILM / Siostra Mozarta
-
Dodano: 12:10 25 grudnia 2011
Kategorie: Filmy, Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Recenzje, Żaneta Dolatowska
Szkic do portretu siostry swego brata
„Siostra Mozarta” Renégo Féreta
Swego czasu w eseju „Własny pokój” Virginia Woolf powołała do życia hipotetyczną siostrę Szekspira, Judith, która talentem miała równać się ze swoim bratem. Jednak jako kobieta nie mogła podjąć edukacji ani zająć się pisaniem dla teatru, została stłamszona przez otoczenie i padła ofiarą kultury patriarchalnej. Siostra Mozarta, Maria Anna alias Nannerl, żyła dwa wieki wcześniej, ale podzieliła losy fikcyjnej Judith. Film Féreta przyjmuje za pewnik, choć tak naprawdę nie ma na to dowodów, że Nannerl posiadała taki sam potencjał, co Wolfgang Amadeusz, jednak ograniczenia narzucane jej przez rodzinę i społeczeństwo sprawiły, że jej talent został zaprzepaszczony. Idea dowartościowania kobiet, które nie miały szans na tzw. samorealizację w czasach, w których żyły, jest niezaprzeczalnie szlachetna. Niestety powierzchowne potraktowanie postaci i ich problemów zamienia w ten film w propagandową ulotkę, wnikliwy dyskurs zastępując paroma banalnymi hasłami.
Film pokazuje losy Nannerl, przeplatając kilka wątków: życie rodziny Mozartów w nieustannym tournée po Europie i konflikt między córką a ojcem, przyjaźń dziewczyny z francuską księżniczką i platoniczny romans z księciem Ludwikiem. Seria luźno połączonych ze sobą scen zamiast typowej dramaturgii wzbudza nieładne podejrzenie, ze Féret, zarazem scenarzysta i reżyser, nie zapanował nad materiałem. W efekcie akcja się nie toczy, lecz snuje po ekranie i zdaje się zmierzać donikąd. Wątki, które miały ubarwić jednostajne życie Nannerl, dodać mu pikanterii i wielkoświatowego blichtru w rzeczywistości wyglądają na sztuczne dodatki. Jednym z takich nieudanych motywów jest zakładanie przez pannę Mozart męskiego stroju na schadzki z Ludwikiem. W założeniu może miało to wzbogacić bohaterów o jakże modny współcześnie rys seksualnej ambiwalencji, a jednocześnie być dla Nannerl sposobem na wyzwolenie się spod płciowej dyskryminacji, ale tak naprawdę są to puste sugestie, słabo umotywowane fabularnie i psychologicznie. Związki dziewczyny z Salzburga z jej dobrze urodzonymi przyjaciółmi wyglądają mało wiarygodnie, jako że młodzi aktorzy grają tak, jakby czytali swoje kwestie z kartki (inna sprawa, że dialogi zostały napisane na modłę książkową, a nie filmową i chyba nawet w ustach najzdolniejszych aktorów nie mogłyby brzmieć wiarygodnie).
Na ekranie najlepiej wypada to, co najzwyklejsze: liczne obrazki z życia Mozartów. Są to scenki pełne rodzinnego ciepła, ale nie przesłodzone. Przedstawiają ludzi głęboko ze sobą związanych, nawet jeśli dochodzi między nimi do konfliktów. Swoboda i naturalność ich interakcji daleko odbiega od XVIII-wiecznych portretów rodzinnych, na których ludzie wydają się równie sztywni co ich gorsety i krynoliny. To, że kamera wyraźnie preferuje plany bliskie nad dalekie i wnętrza nad plenery, dodatkowo pomaga kreować wrażenie intymności i bezpośredniości. W filmach kostiumowych zawsze istnieje pokusa delektowania się malowniczymi z dzisiejszej perspektywy realiami epoki: modą i architekturą. Tu zaś kostium nie przytłacza bohaterów, a architektury jest tylko tyle, ile zmieści się jej w tle kadru. Żadnych widokówek z Paryża. Trudno jednak powiedzieć, na ile ta kameralność była zamierzona, a na ile stanowi efekt ograniczeń budżetowych.
Z drugiej strony ciasne kadrowanie i luźna konstrukcja sprawiają bowiem, że mamy wrażenie obcowania z produktem w stanie półsurowym, wymagającym jeszcze dokrętek i dalszej pracy nad montażem. Cały ten film jest jak życie Nannerl – kończy się, zanim się na dobre zacznie. Poznajemy bohaterkę i rozstajemy się z nią, kiedy ma piętnaście lat. Film ukazuje jej przejście od dzieciństwa do dorosłości, które rozstrzyga o jej dalszych losach. Nannerl dopiero teraz odkrywa swoją płeć – tę społeczną, bo odkrywanie własnej seksualności przebiega tu bardzo zachowawczo. Do tej pory hołubiona jako jedno z dwojga cudownych dzieci, teraz staje się zwyczajnie za stara, żeby grać dalej swoją rolę, a przy tym zniechęca się ją do zrobienia „dorosłej” kariery. Ojciec coraz bardziej skupia uwagę na Wolfgangu, ignorując artystyczne aspiracje córki, które przecież sam w niej rozbudził. Tymczasem w życiu Nannerl dzieje się sporo: nadal koncertuje, przeżywa przyjaźń, miłość, a nawet w męskim przebraniu pobiera nauki w akademii muzycznej. Ale tak naprawdę poczuła tylko przedsmak tego wszystkiego, po czym wycofała się z powrotem na łono rodziny. To tak jakby wzięła pierwszy akord i odstawiła instrument. Miała krótki epizod, podczas którego żyła na własny rachunek. Skoro piętnastoletnia panna mogła z powodzeniem radzić sobie samodzielnie i jakoś nie było widać świętego oburzenia stróżów moralności, to chyba film wcale nie przedstawia aż tak surowo traktującej kobiety epoki, jak się z początku wydaje. Z tego względu decyzja Nannerl o podporządkowaniu się płciowym stereotypom, jej gotowość do zajęcia miejsca, jakie jej wyznaczono i poświęcenia samej siebie wydaje się być raczej konsekwencją tego, że przestraszyła się życia, a nie tego, że nie miała innego wyboru (choć jej wybory z pewnością byłyby trudniejsze niż wybory mężczyzny). Najbardziej nie do przebycia okazały się bariery wewnętrzne, a nie ograniczenia stawiane przez społeczeństwo.
Żaneta Dolatowska









