FILM / Ucieczka z kina „Wolność”
-
Dodano: 11:30 27 grudnia 2011
Tagi: Baltazar Gąbka, Filmy, Recenzje
Każdy ma film, który zawsze chciał zobaczyć, o którym słyszał wiele dobrego. Utwór taki funkcjonuje w świadomości na prawach mitu czy legendy. Jest zatem czymś wyjątkowym.
„‘Ucieczka z kina <<Wolność>>” (1990 r.) Wojciecha Marczewskiego z różnych przyczyn była dla mnie filmem ważnym. Ostatnio, głównie przez przypadek, zdobyłem płytę dvd wydaną w serii zainicjowanej przez Polski Instytut Sztuki Filmowej – „Filmoteka Szkolna”.
Do całości dołączona została książeczka zawierająca dość obszerną analizę historii opowiedzianej przez reżysera. Dlaczego o niej wspominam? Dlatego, ponieważ dopiero po przeczytaniu tego tekstu „pojąłem” co autor miał na myśli. Paradoksalnie, to wnioski autora analizy posłużą mi za punkt wyjścia w niniejszej recenzji.
Nie chodzi o to, że nie potrafię pojąć sensu opowieści potępiającej rozpadający się system polityczny i instytucję cenzora (akcja ma miejsce w 1987 roku) czy też tego, że jest to moralitet, w którym bohater podlega wpływom dwóch skrajnych środowisk – z jednej strony są to przedstawiciele partii, z drugiej… aktorzy karcący Rabkiewicza, granego przez Janusza Gajosa, z ekranu kinowego (szerzej – środowisko artystyczne, kóre najbardziej cierpi na interwencjach okaleczających czyjąś ciężką pracę).
Problem polega na tym, że film jest kompozycją wykorzystującą środki audio-wizualne, które następnie zostają odpowiednio ułożone, tworząc historię, w której napięcie rośnie wraz z kolejnymi minutami projekcji, parafrazując słowa Alfreda Hitchcocka. U Marczewskiego bohater tylko siedzi, chodzi i rozmawia z innymi postaciami. W konsekwencji środek ciężkości zostaje przeniesiony na dialog, powodując, że całość nie ma odpowiedniego oddechu. Ponadto w konsekwencji takej taktyki film staje się kompletnie nieczytelny, aluzyjny.
Przykładowo, w scenie rozgrywającej się na dachu jednej z kamienic, nie jest dla mnie oczywistym, że osoby będące ofiarami interwencji cenzorskiej wypatrują lepszych czasów dla siebie i swojej twórczości (przynajmniej tak twierdzi autor analizy). Postaci te po prostu siedzą. Na ich twarzach nie widać śladu nadziei czy zaciekawienia, tylko znudzenie. Nic też wizualnie nie zapowiada nadejścia tej lepszej rzeczywistości, chociaż nieobecnośc tego elementu może być wyrazem pesymistycznego zapatrywania się Marczewskiego w tej kwestii.
Jedynym plusem omawianej sceny jest oniryczny, surrealistyczny klimat, niczym z obrazów Salvadora Dali. Wszechogarniająca szarość, nijakość w połączeniu z faktem, że wszystko rozgrywa się po drugiej stronie ekranu kinowego, w umownej rzeczywistośći, wgniata w fotel. Zwłaszcza, że w kinematografii światowej utarło się przedstawiać swiat wyświetlany na srebrnym ekranie jako krainę kolorową i szczęśliwą, gdzie każdy widz może znaleźć wytchnienie od codziennych trosk.
Takich niezrozumiałych elementów jest więcej, jak chociażby nawiązanie do „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa w postaci aktorki z filmu „Jutrzenka”, w którym zbuntowani aktorzy odmawiają odgrywania swoich nudnych, sztucznych, sztampowych ról. Postać ze srebrnego ekranu pełni rolę sumienia głównego bohatera, wywierając znaczny wpływ na zmianę jego przekonań. Idąc za analogią, Rabkiewicz byłby Mistrzem, który nie potrafiąc opublikować powieści trafił do zakładu psychiatrycznego. Niestety nic, poza imieniem bohaterki, nie wskazuje na to, że autor chciał świadomie nawiązać do dzieła rosyjskiego pisarza. Cenzora i Małgorzaty nie łączy żadne uczucie, wątek ten nie stanowi głównej osi opowieści, Małgorzata nie stara się odnaleźć Rabkiewicza. Nigdzie też nikt nie wspomina, nawet aluzyjnie, o powieści Bułhakowa. Są to jedynie kulturowe spostrzeżenia, które wynikają bardziej z rozeznania odbiorcy niż wymowy filmu.
Jeszcze jeden przykład. Bohaterowie w kilku scenach (w restauracji, w biurze przełożonego partyjnego, w szpitalu, do którego trafił bohater po zasłabnięciu) z nienacka, wcale tym niezdziwieni, zaczynają spiewać arie z Requiem Mozarta. Wyglada to dosyć kuriozalnie i może co najwyżej wywoływać wybuchy śmiechu. O co chodziło twórcy? Przecież nie o to, żeby zdyskredytować swoje postaci, chociaż efekt ekranowy jest właśnie taki.
Dla porównania przytoczę fragment z książeczki dołączonej do filmu: „Poważna, pełna patosu muzyka przypomina o aspekcie duchowym niezbędnym człowiekowi, o potrzebie odnoszenia ludzkiej egzystencji także do wymiaru ostatecznego(…) Przypomina o godności należnej każdemu, nawet najbardziej niepozornemu człowiekowi.” Tyle słowa. Na ekranie widzimy tylko Fronczewskiego, Zamachowskiego i kilku innych, jak otwierają, w sposób niedokładnie zsynchronizowany, usta do słów arii, wykonując w dodatku przerysowane gesty, charakterystyczne dla śpiewaka operowego. Obrazek mówi sam za siebie. Farsa.
Może czepiam się na siłę, ale wydaje mi się, że reżyser jest od tego, żeby opowiadać historię obrazem, dziękiem i słowem. W tej kolejności. Jeżeli tego nie robi, to żadne teksty opisujące jego filmy nie zmienią odbioru. Wręcz przeciwnie. Zniechęcą widzów do dzieła, ujawniając rozdźwięk pomiędzy nijakim tekstem filmowym a analizą.
A może jest tak, że każdy z nas ma film, o którym słyszał wiele dobrego, słowem – film, który zawsze chciał zobaczyć, tylko z róznych powodów się to nie udawało. W końcu, kiedy już dochodzi do seansu, okazuje się, że odczuwamy rozczarowanie, ponieważ utwór nie sprostał oczekiwaniom, jakie wobec niego mieliśmy. Zatem zniewolenie umysłu? W pewnym sensie tak, tyle że dobrowolne, wynikające z natury człowieka, który często idealizuje drogie mu rzeczy.
W takim wypadku zamiast „Ucieczki z kina Wolność” wybieram bez zastanowienia ucieczkę z kina do rzeczywistości. Tu przynajmniej rozczarowania przychodzą od razu i nie trzeba
na nie czekać.Baltazar Gąbka









