KSIĄŻKA / Level 26

  • level (foto)

    Dodano: 00:41 27 grudnia 2011

    Kategorie: Recenzje

    Tagi: ,

    „Level 26. Mroczne początki”, Anthony E. Zuiker i Duane Swierczynski

    Poziom niżej

    Level 26. Mroczne początki wychodzi naprzeciw dzisiejszemu czytelnictwu. Jako powieść interaktywna łączy w sobie klasyczny, papierowy thriller z filmami spod znaku CSI: Kryminalne zagadki. Przyglądając się temu novum trzeba jednak zadać pytanie: czy to dobrze, że dostarcza się nam gotową projekcję bohaterów?

    Trudne „przyszli” czasy. Tak dla czytelnictwa, jak i pisarstwa. Książki papierowe zaczynają przegrywać z cieńszymi od nich tabletami w nierównej walce na wagę i megabajty. O ile niegdyś zmorą wydawnictw były kserokopiarki tusz i prąd tylko żłopiące, dziś gilotynuje je format pdf i ebook. Natłok treści w dobie cyfryzacji sprawia, że trudniej zatrzymać rozpierzchłych czytelników przy trzystu stronach papierowego artefaktu, który mimo to wciąż pozostaje najczęściej kupowanym prezentem pod choinkę. Jak to więc jest z tymi książkami?

    Z wojną między EMPIKIEM a wydawnictwami gdzieś w tle

    na pierwszym planie obserwujemy zaciekłą walkę o klienta. Królują więc na półkach powieści fantasy dla młodzieży (te o smokach i wampirach) i drukowane na potęgę wszelkiej maści i rodzaju biografie, zwłaszcza przed świętami. Stara, solidna powieść nie odchodzi jeszcze do lamusa, ale ma szansę przetrwać tylko, jeśli znajdzie się w gazetce wspomnianego potentata tudzież na półce the best of. Lub jeśli jest szwedzka.

    Coraz częściej wreszcie książka wybierana jest po okładce, rekomendacji („Wstrząsające!” – Gwadelupa Magazine), poleceniu („Niemal siódma Masłowska!” – Jerzy Pilch) lub… I tu Amerykanie wyprzedzili nas o kilka lat: w pomyśle na promocję papieru. Gdy u nich wychodzi trzecia część Level 26, u nas wydawnictwo skwapliwie planuje wydanie części drugiej na początku roku… 2013. Jakimże to fortelem się posłużono?

    Po pierwsze: książka interaktywna.

    Słowa klucze. A dokładniej: pierwsza na świecie powieść interaktywna. Zabiegi takie robiono już wcześniej. Wystarczy wspomnieć  choćby „Travelera”, który odsyłał nas do strony fikcyjnej korporacji pojawiającej się w powieści Johna Twelve Hawkes’a (TUTAJ). A i „pierwsze powieści” różnych rodzajów podobnież bywały. Dekadę temu napisano „pierwszą na świecie powieść smsowa”, w Polsce z resztą. Czy tak, jak o niej zapomniano, tak zapomni się o tej? Czy to smutny nokturn przyszłości?

    Wygląda to tak: po przeczytanym rozdziale wpisujemy odpowiedni link (www.level26.com) w internetowej przeglądarce, a ta odsyła nas do nagrania video. Jeszcze tylko wpisać hasło i jesteśmy w domu. Dodajmy, że nagrania profesjonalnego, z aktorami znanymi z TV. Stąd prosty wniosek, że był to wysokonakładowy, a i obliczony na duży zysk, długoterminowy zamysł (stworzono już dwie kontynuacje książki). Przyznać trzeba, że filmy wyprodukowano naprawdę ze smakiem, a postać owada w białym uniformie przeraża i… pociąga jednocześnie. Ma coś z Fantomasa, a coś z wizerunku Slipknota. Chcemy więcej.

    Wreszcie fabuła. Thriller, z szalonym i okrutnym mordercą w roli głównej. Skala okrucieństwa i eskalacja przemocy posunięta poza granice dobrego smaku. Lateks, gwałty, ucinanie genitaliów. Jednym słowem, kasztanowe noce, to przy tym bajka.

    Tytułowy poziom dwudziesty szósty

    to ostatni wskaźnik na skali przemocy, jaką posługują się wydziały kryminalne w świecie bohaterów Anthony’ego E. Zuikera. Poziomem tym określa się stopień okrucieństwa i zbrodniczości danego zwyrodnialca. Sqweegel mieści się o jeden stopień poza wszelką normą.

    W ślad za nim podąża Riggins (jego filmowym wcieleniem jest znany aktor serialowy Michael Ironside), który nie poradzi sobie jednak bez Steve‘a Darka. A Dark taki jest, jak się nazywa. Sqweegel wymordował mu niegdyś całą rodzinę (casus Punishera) i ten postanowił rzucić brudną robotę, zacząć życie od nowa. Jego spokój mąci jednak przybycie Rigginsa. Jeśli nie zwerbuje dawnego kompana, sam straci życie z rąk Mrocznej Gwardii – najtajniejszych jednostek specjalnych w USA. Sprawa jest najwyższej wagi, chodzi o losy najwyższych figur z Białego Domu.

    Riggins i Dark rozpoczynają morderczą rozgrywkę

    z najgenialniejszym złoczyńcą w historii. Nie dorównuje mu ani Ted Bundy, ani Hannibal Lecter (czyżby?). Sqweegel nie tylko jest bystry i nieuchwytny. Nie ma też odcisków palców ani nie zostawia najmniejszych śladów. Nosi lateksowy kombinezon i porusza się, jak insekt. Od 30 lat oficjalnie nie istnieje. Dowodem jego bytności są co najwyżej dziesiątki ofiar, których pozbawia życia w wyjątkowo bezduszny i okrutny sposób. Bohater ten ma w sobie coś pociągającego. Jego nieczłowieczeństwo intryguje, skłania do rozważań pod tytułem „jak to możliwe, by ktoś był tak okrutny?!”.

    Atmosfera w filmie szybko zaczyna się robić duszna. Szybko zaczyna przypominać też filmy w rodzaju Fear.com. O ile bowiem akcję Zuiker buduje całkiem zgrabnie, o tyle budowanie postaci przychodzi mu z wyraźnym trudnem. Za wszelką cenę stara się zachować ducha klasycznych wydawnictw o podobnej tematyce („jest detektyw – musi być flaszka”), ale gubi się w banalnych i nietrafnych przymiotach bohaterów. Najwidoczniej autora postawiono w mało komfortowej sytuacji: miał zachować pozory wysokiego, kryminalnego stylu jako płaszczyka dla kapiącej sadyzmem i efekciarstwem historii. W… efekcie tego na niespełna czterystu stronach otrzymujemy mało spójną historię mało wiarygodnych bohaterów. Gdzie psychologiczna głębia, gdzie kryminalne genesis? Pokutują przy tym pewne gatunkowe kalki, jak maska, szycie kostiumu (patrz: Milczenie owiec). Jakimże fałszem trąci wobec tego okrucieństwo mordercy. Autor narusza tabu, na jakie osobiście jako czytelnik nie godzę się. O ile bowiem okrucieństwo z pokaźnej historii ludzkości nigdy do końca nie zostanie opisana, o tyle są tysiące sposobów na jej pokazanie – czy to w książce („Tarantulla”, Thierry Jonquet), czy to w filmie (choćby „Róża” Smarzowskiego).

    A tu? Tu kawa na ławę.

    Czy może raczej – „sztachetą po jajach” lub „brzytwą po gałach” (cytat za książką Pasiaste dziury). Otrzymujemy potok tryskającej krwi i pękającej skóry. Granie na granicy perwersji. Nie uświadczymy psychologicznej gry, jak pomiędzy Lecterem, a agentką Starling. Chociaż zdaję sobie sprawę, że do sztuki masowej nie można przykładać miar i jednostek przypisanych sztuce wysokiej, to mam jednak nieodparte przeświadczenie, że postacie genialnych zbrodniarzy zawsze pisane były utworom wysokich lotów. Jak powieści Thomasa Harrisa.

    Może jestem staroświecki, ale pod żadnym pozorem nie zgadzam się na czytanie o maltretowaniu kobiet w ciąży. Zwłaszcza w tego typu powieści, pisanej dla szerokich mas. Zasada decorum ewidentnie poszła w odstawkę. A mogło być tak pięknie i mogło być tak strasznie.

    Niefortunnie jednocześnie przychodzi mi recenzować multimedialność książki. Gdyby jeszcze była dobra..? Cóż. Od setek lat czytywano belestrysykę, dramaty i powieści bez wygenerowanej czy wyreżyserowanej wizualizacji treści tychże utworów.

    .

    Teatralne adaptacje bywały mniej lub bardziej trafione. Filmowe ekranizacje dopełniały lub nie dorównywały oryginałom. Tu tymczasem film staje się integralną częścią książki. Z ontologicznego punktu widzenia w moim odczuciu burzy to więc proces czytelniczy w klasycznym tej czynności rozumieniu. Oto bowiem nasze wyobrażenia materializują się na ekranie. Z jednej strony – wciągają w grę, w jakie też współczesne pokolenie digital uwielbia być wciągane. Z drugiej…

    Książka przestaje być książką, a staje się sitcomem

    Czyż nie jest wpisane w lekturę przeżywanie wraz z postaciami? Wyobrażanie, czytanie głośno w myślach? Za bohaterów „Trylogii” Henryka Sienkiewicza w XIX wieku ludzie zamawiali msze w kościołach, ponieważ ci byli tak autentyczni i tak wiarygodni, choć nikt Podbipięty i spółki na oczy nie widział. Sam również pętelkę na siekierę wszywaną przez Raskolnikova mam przed oczami do dziś, tak jak mam przed nimi nóż przekręcany w sercu Józefa K.

    Jestem w pełni świadom nowych technologii i tego, że postęp także w tej dziedzinie jest nieunikniony. Seriale internetowe, virale. Dowodem na to jest jedno z polskich miast, gdzie dyrekcja szkoły wyposażyła wszystkich uczniów w tablety, by ci mogli na nich odczytywać opowiadania i powieści. Nie będą nosić ciężkich plecaków – unikną skoliozy, świetnie. Ale co z sensorycznością? Tradycją czerpania papieru, kaligrafii, wreszcie – druku? Czy książki nie miały być ostatnim przyczółkiem humanizmu? Miały, a mimo tego i one stały się komercyjnym produktem. Wskaźniki czytelnictwa skoczą…

    Level 26 wbrew nazwie nie zabiera nas na wyższy poziom. Wręcz przeciwnie. Działa, jak kolejne, wyskakujące w monitorze okno. Mimo to, zagrajcie i przekonajcie się na własnej skórze. Może ktoś będzie chciał więcej.

    humphrey

    Zapraszamy także do lektury wcześniej recenzji („Wyższy poziom czytania”) – jakże różnej od tej, autorstwa Katarzyny Woźniak.


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz