KSIĄŻKA / Miasto białych kart

  • miasto-bialych-kart (foto)

    Dodano: 14:19 4 sierpnia 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , , ,

    Gdy żądza władzy budzi demony

    Recenzja powstała w ramach zajęć ze specjalizacji  krytycznoliterackiej realizowanej na filologii polskiej na UMK w Toruniu.

    Tych, których wyobrażenia o polityce, pełne są jeszcze szczytnych idei, książka José Saramago „Miasto białych kart” sprowadzi z pewnością na ziemię. Miejmy nadzieję! Resztę prawdopodobnie tylko upewni w domysłach, skonkretyzuje niejasne przypuszczenia. Część czytelników może nawet zmobilizuje do głębszej refleksji, analizy własnych poglądów na temat polityki „w ogóle”– czym ona jest, a czym być powinna? Jakie są, a jakie powinny być jej cele? W jakim kierunku nas prowadzi?

    Możliwe, że autor nie stawiał sobie za cel wywołania rewolucji w naszych poglądach na ten temat, warto jednak skorzystać z jego wnikliwych obserwacji i wyciągnąć z nich własne wnioski. Nieprzekonanych zachęcam, aby odrobinę więcej uwagi poświęcili nadchodzącym i u nas wyborom – z pewnością  dostarczą one wdzięcznego materiału do podobnych analiz.

    „Teatr poważnych wydarzeń”, które José Saramago zdecydował się przedstawić w „Mieście białych kart” to stolica państwa, którego nazwy autor nie podaje. Może to być każde państwo i każda stolica, o tzw. demokratycznym ustroju. Każde, a więc również nasze. Świadomość tego powinna czytelnikom towarzyszyć podczas całej lektury. W tym nieznanym z nazwy państwie odbywają się wybory parlamentarne. Mieszkańcy stolicy „kierowani najczystszym duchem obywatelskim” w osobliwy sposób postanawiają wyrazić „swoją wolną i suwerenną wolę polityczną” – w przerażającej (rząd) większości oddają czyste karty do głosowania. Aluzja wydaje się być jasna – obywatele nie chcą wybierać z „tego” co jest, nie wierzą już w żadna partię, nie widzą sensu wybierania którejkolwiek, gdyż żadna i tak nie spełni ich oczekiwań. Tak mniej więcej można odczytać gest głosowania czystymi kartami. Politycy przyjmują jednak własną wersję – uznają, że jest to „haniebny atak na fundamenty demokracji”, „ładunek głębinowy rzucony przeciw systemowi”. Wobec tego, aby mieszkańców stolicy nauczyć właściwego korzystania z ich praw, a także „ochronić” ich przed nimi samymi, a kraj przed falą „terroryzmu” w niespotykanej dotąd postaci, rząd postanawia wprowadzić stan oblężenia stolicy. Zawieszenie gwarancji konstytucyjnych, ograniczenie wolności słowa i komunikacji, aresztowania, podsłuchy, a także odcięcie stolicy od reszty kraju przy pomocy uzbrojonych oddziałów wojska i policji – to konsekwencje, które dotykają nieszczęsnych wyborców. Nie będzie w tym przesady, jeżeli działania rządu nazwiemy paniką. Bezskutecznie próbuje on wykryć ślady jakiegokolwiek spisku, który choć w części usprawiedliwi tak drastyczne metody zastosowane wobec własnych obywateli. Śledztwo nie przynosi jednak żadnych efektów, a ponadto wszelkie ograniczenia spotykają się z całkowitą obojętnością mieszkańców stolicy. Nie ma protestów, które można by tłumić, demonstracji, ani nawet wzrostu przestępczości, na co liczą politycy – przeciwnie, społeczeństwo zgodnie milczy na temat wyników głosowania i wykazuje się niebywałą wręcz solidarnością. Ostatecznie rząd postanawia opuścić stolicę wraz z policją i pozostawić zamkniętych w niej mieszkańców „samych sobie”. Politycy liczą, że odcięcie od świata oraz bezprawie, jakie zapanuje w mieście bez policji i urzędów, zmuszą mieszkańców do poddania się, przyznania do winy i wydania spiskowców odpowiedzialnych za wyniki głosowania. Pochopne decyzje kierujących się własnym interesem polityków, doprowadzają do nieprzewidzianych, tragicznych skutków. Historia „miasta białych kart” nie kończy się pomyślnie,  ale niestety, w opisanych realiach jest to jedyne możliwe zakończenie. Niestety – gdyż są to również nasze realia.

    Nieformalnie historię oblężonego miasta, podzielić możemy na dwie części. Autor nie akcentuje tego podziału jednoznacznie, jednak zmiana perspektywy mniej więcej w połowie opowieści jest zmianą znaczącą. W części pierwszej rozwój wypadków śledzimy głównie z perspektywy sceny politycznej. Świat polityki – dotąd tajemniczy i niedostępny zwykłym obywatelom – ukazuje się nam w całej okazałości.  Razem z narratorem śledzimy kolejne działania polityków – poznajemy ich punkt widzenia, przyjmowane strategie, plany. Jesteśmy razem z nimi w zamkniętych gabinetach, mamy dostęp do szczegółów nieoficjalnych rozmów, narad, zarządzeń. Początek części drugiej to wprowadzenie osoby głównego bohatera – komisarza policji – dalszy przebieg historii poznajemy z perspektywy prowadzonego przez niego śledztwa w odciętej od świata stolicy. Obserwujemy nie tylko zmianę, jaka zachodzi w osobie samego komisarza, ale dowiadujemy się też więcej o codziennym życiu uwięzionych w mieście obywateli – o tym jak radzą sobie bez policji i urzędów, zdani tylko na siebie.

    Wnikliwa charakterystyka polityki „w ogóle”, jako całości, zawarta w powieści Saramago, jest największym atutem książki. Beż zbędnych analiz i komentarzy, w przejrzysty i konkretny sposób, autor pokazuje po prostu jak jest. Polityka według niego jest skomplikowaną grą, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Politycy grają przede wszystkim przed obywatelami – jednak nie  ta rozgrywka jest najtrudniejsza. W tym bowiem wspierają ich media, dzięki którym bez problemu manipulują faktami, a tym samym ludźmi. O wiele bardziej skomplikowane są rozgrywki między samymi politykami – zarówno między partiami, jak i wewnątrz nich. Gra toczy się o stanowiska, wpływy, pieniądze, a przede wszystkim o władzę. Trudno się wręcz dziwić, że zaangażowani na tak wielu frontach politycy, nie mają już kiedy dbać o interesy swoich wyborców. Ich główne zajęcia to tuszowanie pomyłek, wymyślanie kłamliwych usprawiedliwień, obmyślanie kolejnych strategii – każdy przy tym dba przede wszystkim o własny interes i własne korzyści:

    „Siedząc na krześle, jak wymagał majestat jego stanowiska, prezydent republiki klaskał koniuszkami palców, dając w ten sposób do zrozumienia, jak również poprzez surowy wyraz twarzy, że jest zawiedziony tym, że premier nie odniósł się do niego w swoim przemówieniu, choćby najdrobniejszym słowem. Powinien wiedzieć, z kim się zadaje. Kiedy łomot oklasków jął cichnąć, premier wzniósł prawą rękę i prosząc o ciszę, powiedział, każda żegluga wymaga kapitana, a tym w niebezpiecznej wyprawie, która rzuciła wyzwanie krajowi, jest i będzie premier, lecz na okręcie jest też kompas zdolny poprowadzić go po bezkresnym oceanie poprzez sztormy, więc, moi panowie, ten prowadzący mnie i nawę kompas, […] jest tutaj, u naszego boku, […] zatem tysięczne oklaski i tysięczne podziękowania jego ekscelencji prezydentowi republiki. Owacja była jeszcze gorętsza niż ta pierwsza, […] dopóki premier klaskał w dłonie, dopóki zegar w jego głowie nie powiedział mu, Dość, możesz przestać, on już wygrał.”

    Politycy grają w swoja grę, wykorzystując wszystkie możliwości, jakie dają im zajmowane stanowiska. Kartami w ich rękach są policja, wojsko, media, służby publiczne, sami obywatele, a nawet prawo, gdy zajdzie taka potrzeba. Karierę polityczną, „dobre usytuowanie w oficjalnym systemie wyświadczanych i otrzymywanych przysług”,  mogą zrobić tylko ci, którym nie sprawia trudności „przystosowywanie rzeczywistości do faktów”, „wydawanie wyroku przed przestępstwem”, używania absurdu „do przytłumienia sumień i unicestwienia rozumu”, a więc manipulacja ludźmi i faktami, umiejętność zacierania błędów, czy w końcu, poświęcanie życia innych dla realizacji własnych celów. Dodatkowo, jak się przekonujemy podczas lektury, nie każdy ich ruch jest przemyślany, nie każda decyzja mądra, często „szarpią się jak ryba złapana na haczyk”. Charakterystyka polityki pogłębiona jest jeszcze o jeden aspekt. W drugiej części, gdy razem z komisarzem, „jesteśmy” już w samym mieście, pośród jego mieszkańców, mamy okazje przekonać się, jak mało prawdy dociera do zwykłych obywateli, jak zafałszowane są fakty, które się im przedstawia, jak kłamliwy jest kształtowany przez media pozostające na usługach partii politycznych obraz rzeczywistości. I, niestety, jak łatwo ludzie ulegają i wierzą tym kłamstwom.

    Równie interesująco przedstawia się kreacja obrazu społeczeństwa „miasta białych kart”. Trudno tu mówić o pogłębionej charakterystyce, raczej o szkicu, z którego ostatecznie dowiadujemy się bardzo mało. Jednak ten fakt nie dziwi. Niemożliwe jest stworzenie dokładnej charakterystyki tak dużej społeczności. Pojedyncze głosy tłumu są tylko przykładami możliwych postaw, nie mówią nic o całości. Jest to masa z natury niejednorodna i jako taka nie daje się określić – stąd narrator wypowiada się o niej albo bardzo ogólnie, albo podaje jedynie przykłady jednostkowe. Określa, jak ludziom żyje się w mieście, ale nie może podać jednoznacznego stanowiska obywateli wobec rządu, gdyż takiego stanowiska nie ma. Społeczeństwo bez przywódcy, czy chociaż przedstawiciela, nie tylko nie może wyrazić swojej woli, choćby „przybliżonej”, ale nie może też podjąć żadnego działania. Mieszkańcy są solidarni, ponieważ w chwili zagrożenia ze strony rządu kieruje nimi wewnętrzne zrozumienie i potrzeba takiej postawy. Jednak bez inicjatywy i organizacji nie mogą zrobić nic więcej. Na początku ten spokój, żeby nie powiedzieć bierność, zwycięża polityków, którzy „nie rządzą tylko dają się rządzić”, jednak później to już nie wystarcza. Agresywne działania rządu wymagają konkretnych odpowiedzi, porozumienia i sprzeciwu całego społeczeństwa, otwartej niezgody na nadużycia polityków. Tymczasem wysiłki jednostek, które to rozumieją, giną niezauważone.

    Mimo powagi tematyki, jaką autor zdecydował się podjąć, swoją opowieść snuje on w  niezwykle lekkim, swobodnym stylu – nierzadko ironicznym, często zabarwionym humorem. Częste, bezpośrednie zwroty do czytelnika wytwarzają między nim a narratorem niemal koleżeńską relację – dzięki temu tematyka nie ciąży – szczególnie tym czytelnikom, którzy trudnych tematów unikają właśnie ze względu na napuszony, zawiły styl. Żarty narratora w żadnym wypadku nie ujmują powagi przedstawianym wydarzeniom. Przeciwnie, sprytnie operuje on nastrojami – przechodzi z łatwością od żartów do pełnej powagi, od złośliwej ironii do grozy. Dzięki tym przeskokom czytelnik wciąż trwa w oczekiwaniu, co będzie dalej. Opisy ograniczone do minimum nie spowalniają biegu akcji, dzięki czemu przez cały czas „coś się dzieje”. Ta ostatnia uwaga niestety nie do końca sprawdza się w „części drugiej”, zwłaszcza pod koniec. Pod wpływem wydarzeń, których oczywiście nie zdradzę, atmosfera wyraźnie gęstnieje, zanikają stopniowo żart i ironia, a zastępuje je, nie występujące wcześniej, mało trafione wyliczanie kolejnych czynności głównego bohatera. Prawda, że jest w mieście osamotniony, ale czy jako czytelnicy musimy  towarzyszyć mu podczas snu, żeby wiedzieć, ile razy się przebudzi, podczas porannego prysznica, ubierana się (bo może zabrakło mu już czystej bielizny?) itd? Osobiście, po trzecim „wspólnym” śniadaniu z panem komisarzem, dość miałam tostów z masłem i kawy, a było ich jeszcze kilka. Mniej więcej w tym samym czasie autor przestaje też dbać o bliski kontakt z czytelnikiem. Szybko następujące po sobie wydarzenia przedstawia bez żadnego komentarza, czy chociaż drobnego wyjaśnienia dla swoich „kolegów i koleżanek”. Takie pozostawienie nas „sam na sam” z faktami nie jest przyjemne, jednak można to posunięcie zrozumieć. Chcąc, nie chcąc, zastanawiamy się – dlaczego? Autor zmusza nas, żebyśmy zastanawiając się, nie poprzestali na „podobało mi się, bądź nie”.

    Na osobną uwagę zasługuje jeszcze kilka zabiegów formalnych. Saramago zrezygnował całkowicie z nadawania imion swoim postaciom – zamiast tego używa wyłącznie nazw zawodów, które wykonują, bądź zajmowanych przez nie stanowisk – prezydent, premier, ministrowie, radni, przewodniczący komisji wyborczej, komisarz, agent, lekarz, a także stosuje omówienia typu „żona lekarza”. Sprowadza swoich bohaterów wyłącznie do pełnionych przez nich społecznie ról, posługując się przy tym schematami ludzkich działań i zachowań. Ich funkcją jest właśnie jasne i konkretne unaocznienie czytelnikom praw i zależności obowiązujących w przedstawionym świecie.  Prawdopodobnie z tego samego powodu autor zrezygnował też z podania nazwy państwa czy stolicy, w której rozgrywają się wydarzenia. Przedstawiony świat jest jedynie schematycznym przykładem i dzięki wymienionym zabiegom autor jasno wskazuje, że opowiedziana przez niego historia może zdarzyć się wszędzie. Przedstawia mechanizmy rządzące światem polityki i ostrzega do czego mogą prowadzić.

    Mniej jasny jest dla mnie cel zrezygnowania z tradycyjnego sposobu zapisu dialogów. Autor w żaden sposób nie wyróżnia ich w tekście – wypowiedzi bohaterów przeplatają się między sobą, bądź wplecione są w ciąg narracyjny tak, iż początkowo trudno odróżnić je od głosu samego narratora. Nie pomaga w tym nawet interpunkcja. Zmusza to nas do wytężonej uwagi, jednak spostrzegawczy czytelnik szybko zauważy, iż charakter wypowiedzi często ściśle powiązany jest z osobą mówiącą. I w tym wypadku autor posługuje się schematami, dlatego też możemy się domyślać, która wypowiedź należy np. do polityka partii lewicowej, a która do polityka partii prawicowej.

    Przywołani w „Mieście białych kart” „czytelnicy książek typu policjanci i złodzieje dział śmierć” również znajdą w tej historii coś dla siebie. Już sama osoba komisarza „starej daty”, czy raczej „ery klasycznej” – chodzącego w długim, spiętym pasem płaszczu z podniesionym kołnierzem, tolerującego tylko tradycyjne tosty z masłem i, przede wszystkim, oddanego prawdzie, dla której jest w stanie poświęcić własną karierę i nie tylko. Ale to nie wszystko. Napięcia między politykami, ich wewnętrzne spory i pragnienie władzy za wszelką cenę, w końcu doprowadzają do zbrodni…

    Zainteresowani twórczością José  Saramago spotkają w „Mieście białych kart” bohaterów jego wcześniejszej powieści „Miasta ślepców”, nagrodzonej w 1998 roku Literacką Nagrodą Nobla. Dodajmy, że jej znajomość nie jest konieczna do zrozumienia ich roli w najnowszej powieści, gdyż narrator pokrótce streszcza ich losy, jednak może te wzmianki zainteresują czytelników i zachęcą do sięgnięcia po wcześniejsze wielkie dzieło najsłynniejszego portugalskiego pisarza.

    Reasumując: czytelnicy lubiący książki, które „coś” po sobie zostawiają, z pewnością nie będą  rozczarowani najnowszą powieścią José Saramago. W ciekawej fabule i oryginalnym stylu kryje ona głębokie prawdy o współczesnym świecie. Może już nam znane, może jeszcze nie – warto samemu się przekonać. A czy i jak bardzo one do nas trafiły, wszyscy przekonamy się przy okazji przyszłych  wyborów.

    José Saramago,  Miasto białych kart, przeł. Wojciech Charchalis, Poznań 2009

    Anna Szurek


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz