KSIĄŻKA / Rewers
-
Dodano: 18:00 24 maja 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Książki, Literatura, Magdalena Michałek, Recenzje
Rzeczywiście dobra książka
Andrzej Bart, Rewers, W.A.B., Warszawa 2009.
Recenzja powstała w ramach zajęć ze specjalizacji krytycznoliterackiej realizowanej na filologii polskiej na UMK w Toruniu.
Tendencją obecnego rynku czytelniczego jest niepokojące zjawisko, że najlepiej sprzedają się książki kiepskie. Podobna zasada kieruje przyznawaniem licznych nagród. Współczesny wymagający czytelnik ma prawo nastawić się negatywnie do „dzieła”, tylko dlatego, iż zostało ono nagrodzone. Tym większą niespodziankę stanowi Rewers Andrzeja Barta. Dziwi tylko, że tylu nagród doczekał się wyłącznie film. Być może po wielkim szumie medialnym i sukcesie produkcji, książka napisana przez autora według własnego scenariusza zeszła na dalszy plan. Niesłusznie.
Opowieść zapowiada się na samym początku jak kolejna – jedna z wielu – nieciekawa historia przeciętnej kobiety pozbawionej zarówno miłości, jak i ciekawego życia. Jedyne, czego spodziewa się czytający, to to, że prostolinijna bohaterka ewentualnie „zaskoczy” jakąś wyjątkową cechą charakteru. Tymczasem niezachęcający początek myli. Książka intryguje już po kilku stronach, a zainteresowanie nią wzrasta tak bardzo, tak że trudno się od niej oderwać. Powieść, czy też, jak chce autor, nowela filmowa, przedstawia życie trzech kobiet w realiach powojennej Polski. Wśród nich – babki, matki i córki, mieszkających razem – na plan pierwszy wysuwa się życie najmłodszej Sabiny. Jej historia przedstawiona jest z dwóch punków czasowych, sprawiających wrażenie – co autorowi udało się wyśmienicie – opowieści o niemal dwóch odrębnych postaciach. Dwudziestodziewięcioletnia Sabina jest redaktorką w dziale poezji wydawnictwa „Nowiny”. Samotna, swatana nieustannie przez swoją matkę i babcię, podkochuje się w swoim dyrektorze, Barskim.
Na niezwykłe wydarzenie Bart każe swojemu czytelnikowi czekać dość długo. Wracając do domu wśród powojennych rumowisk, bohaterka zostaje napadnięta przez dwóch uliczników. Z niespodziewaną pomocą przychodzi jej przystojny nieznajomy. Jak nietrudno przewidzieć, nowa znajomość przerodzi się w uczucie. Już przy drugiej bytności w jej domu, Bronisław oświadcza się Sabinie i oczywiście jego propozycja spotyka się z przychylnością. Niemal natychmiast dochodzi do tragedii. Bronisław okazuje się funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Próbuje namówić swoją narzeczoną, aby zaczęła składać regularne donosy na swojego dyrektora. Kiedy nie udaje mu się jej przekonać, zaczyna ją straszyć. Wychodzi z niego prawdziwy „ubek”. Okazuje się, że wie o niej wszystko, nawet to, co – jak mniemała – było jej wyłączną tajemnicą. (Sabina regularnie połyka, wydala, czyści i ponownie połyka złotą amerykańską monetę, którą rodzina musi ukrywać przed komunistycznymi władzami).
Roztrzęsiona kobieta podaje „narzeczonemu” truciznę w spirytusie z sokiem malinowym, po czym próbuje zastrzelić się z jego pistoletu. Chwila zawahania ratuje jej życie. Najpierw wzywa ją chora babcia, następnie, kiedy powtarza próbę samobójczą, do domu wraca matka. To ona przekonuje córkę, aby zrezygnowała z tego zamiaru i razem z nią zaciera ślady zbrodni. Ciało Bronisława zostaje rozpuszczone kwasem. Kiedy dwie kobiety zastanawiają się, w jaki sposób pozbyć się kości, do akcji wkracza babcia, przed którą matka z córką próbowały ukryć dramatyczne wydarzenia. Przewidując swoją rychłą śmierć, wpada na pomysł, aby kości Bronisława pochować wraz z nią. („Mnie nie ubędzie, a Pan Bóg wybaczy”). W tym samym czasie w radio zapowiadają rozpoczęcie budowy Pałacu Kultury i Sabina nagle znajduje wyjście z sytuacji. Walizkę ze szczątkami niedoszłego małżonka wrzuca do najgłębszego wykopu. Krótko później wychodzi na jaw, że zaszła z Bronisławem w ciążę. Rodzi syna w dniu śmierci Stalina.
I choć cała opowieść zdaje się być w pełni przekonująca, razi jednak dostrzegany w niej brak logiki. Skoro pracownicy UB dowiedzieli się o monecie od niestroniącego od alkoholu malarza – można założyć, że Arkadiusz domyślił się, jaką skrytkę znalazła jego prostolinijna siostra i podzielił się swoimi przypuszczeniami z nieodpowiednimi ludźmi – dziwi fakt, iż tak łatwo zrezygnowali ze śledztwa, kiedy jeden z nich po prostu zniknął. Wiadomo było przecież, że Bronisław miał zostać mężem Sabiny, wszak miał nim zostać między innymi po to, aby nakłonić ją do współpracy.
Drugi plan czasowy, umiejętnie wplatany w pierwszy, ukazuje Sabinę jako starszą panią, odbierającą syna z lotniska. Marek jest wykładowcą na Columbia University i przylatuje do Warszawy pierwszego listopada, aby odwiedzić groby swoich najbliższych. Zapala znicz pod tablicą upamiętniającą bezimienne ofiary Urzędu Bezpieczeństwa. Jest przekonany, że taki właśnie los spotkał jego ojca. Tymczasem pani Sabina odbywa swoją coroczną pielgrzymkę pod Pałac Kultury, aby tam zapalić świeczkę pod figurą młodzieńca z młotem i kielnią.
Historia jak historia, lecz główną siłę powieści stanowi mistrzowski styl. Autorowi udało się wyrazić całą gamę uczuć i emocji, jakich doświadczają jego bohaterowie. Co ważniejsze, odnosi się wrażenie, że przyszło mu to bez wysiłku. Styl jest prosty, niemal reportażowy, a kompozycja spójna i kunsztowna. Niemal żadne zdanie nie jest tu zbędne, a jednocześnie autor odznacza się niezwykłym wyczuciem, które podpowiada mu, ile należy powiedzieć. Lapidarność narracji podkreśla zalety stylu. Wzrost napięcia, które punkt kulminacyjny osiąga w scenie otrucia Bronisława, został przeprowadzony bardzo zręcznie i nienachalnie. Sceny zacierania śladów zabójstwa pełne są przewrotnego, a jednocześnie subtelnego humoru.
Niestety podobnych zalet trudno doszukać się w filmie. Tu kompozycja nieco kuleje. Fabuła jawi się jako zlep pourywanych wątków. Historia nieszczęśliwej dziewczyny przeplatana realiami czasów, w jakich żyje. Nic oryginalnego. Aluzje polityczne są, moim zdaniem, za mało wyraziste. Bardzo ważny motyw połykanej monety jest słabo uwypuklony. Cenna w książce scena pochodu, kiedy kobiety z działu poezji zmuszone są przebrać się za łyżwiarki, choć żadna z nich nie jeździ na łyżwach, w filmie sprawia wrażenie przypadkowo doklejonej klatki z Rejsu. Widz nudzi się aż do sceny, kiedy Bronisław ujawnia swoje prawdziwe zamiary. To bodaj jedyna dobra scena w filmie i to też tylko do momentu, kiedy czarny charakter umiera w karykaturalnych konwulsjach, a przestraszona morderczyni czule podkłada mu pod głowę poduszkę. To raczej nie zamierzony efekt komiczny.
Natomiast tam, gdzie byłaby wskazana choć szczypta ironii (np. kiedy kobiety biedzą się, co zrobić z ciałem), jej brak jest irytujący. Matka zadowolona z faktu, że syn przez dłuższy czas nie wróci do domu, kwituje to stwierdzeniem: „Powinnyśmy zdążyć”, podczas gdy w powieści ta sama scena przedstawiona jest znacznie lepiej, zgoła kapitalnie: „– O której Arkadek wraca z akademii? – Mama wkłada czaszkę Bronisława do niedużej tekturowej walizki. – Kończy za dwie godziny, ale myślę, że dzisiaj gdzieś przenocuje. – Mądry chłopiec. Nie jest tu potrzebny. – Mama pakuje resztę kości do walizki i przekłada watą ze starej kołdry, aby nie grzechotały.”
Najbarwniejszą postacią jest babcia (w obu wersjach). Po jej nietypowej propozycji pochowania kości zaangażowanego partyjniaka wraz z jej ciałem, pani Irena protestuje: „–Jeszcze by tego brakowało. A nie pomyślałaś, co by na to powiedział twój mąż, a mój ojciec?” Na co babcia odpowiada po prostu: „– W zasadzie zgodny był z niego człowiek…” Niestety i tego brakuje w filmie. Matka kwituje to mówiąc: „No, cudowny pomysł” – nie wiadomo do końca, czy ironicznie, czy z rezygnacją. Na to nakłada się ledwo słyszalny komunikat radiowy o rozpoczęciu budowy Pałacu Kultury. Tu kolejny lapsus. Sabina starannie zakopuje walizkę w piachu, a pilnujący budowy żołnierz tylko grozi jej palcem (wydaje się, że w ówczesnej rzeczywistości raczej by się zainteresował, co też obywatelka tam robi?). Jednocześnie jednak solidarność i odwaga trzech kobiet z rodziny, ukazana w działaniu, nie w słowach, mimowolnie wzrusza. Niestety również wyłącznie w książce.
Przeskoki w czasie, od perspektywy młodej Sabiny do pani Sabiny jadącej taksówką na lotnisko i czekającej na samolot, są w powieści bardzo dobrze skomponowane. Za jeden z przykładów może posłużyć wątek z generałową, sąsiadką Sabiny. W jednym fragmencie Sabina-staruszka spotyka ją wychodząc z windy. Kobieta zaczepia ją, chcąc zadać pytanie. Następna scena mówi, jak młoda jeszcze generałowa widzi przez wizjer swoje sąsiadki ciągnące po schodach bezwładne męskie ciało. Pięćdziesiąt lat później – kolejny przeskok – pyta w końcu Sabinę o owego mężczyznę. Tu wspomina, że to w tę właśnie noc jej mąż został aresztowany. W końcu, kiedy czytelnik śledzi właściwą akcję wciągania zwłok do malarskiej pracowni brata Sabiny, autor przedstawia również czytelnikowi aresztowanie sąsiada generała.
Przy okazji tych scen warto wspomnieć o jeszcze jednej zalecie książki Barta – subtelności aluzji i fragmentarycznych zapowiedzi. Kiedy sąsiadka widzi matkę z córką wlokące ciało, po lekko ponurym nastroju narracji (mogącym odzwierciedlać zarówno polityczne realia PRL’u, jak i zapowiadać wiszącą w powietrzu tragedię) poznać, że chodzi o zwłoki i nie zmyli nikogo tłumaczenie Sabiny, że jej brat Arkadiusz tej nocy za dużo wypił. Takich subtelności jest w książce niezliczona liczba. Chociażby uwaga, jaką taksówkarz kieruje do Sabiny-staruszki: „– Pani profesor to chyba spokojne życie wiodła? Zgadłem? Bo ja dobrym psychologiem jestem…” I jej spokojna odpowiedź: „– Ma pan rację, nic ciekawego mi się nie przydarzyło.” Tego niestety brakuje w filmie. Podobnie jak i pogłębionego wizerunku starej kobiety. Powieściowa pani Sabina, przeszedłszy przez życie ze swoim krwawym brzemieniem, przeżywszy – czego dopowiadać nie trzeba – system, jego upadek i idącą za tym zmianę, stała się z nieco zagubionej i zakompleksionej dwudziestokilkulatki głęboko mądrą, słuchającą uważnie ludzi kobietą. Metamorfoza ta jest tym bardziej uwypuklona, gdyż bardzo mądrze zostały czytelnikowi oszczędzone fazy przejściowe.Czy dlatego Bart przepisał swój scenariusz w formie książki, bo film odniósł sukces, czy też uznał, że po prostu należy wyjaśnić jego niedomówienia? Jedyną bowiem niewątpliwą wadą filmu to, że brakuje w nim prawie wszystkiego tego, co stanowi o klimacie i wartości książki, w efekcie czego sprowadzony do prezentacji fabuły film jest po prostu nudny.
Szkoda, że i z książką idealnie nie mogło być do samego końca. Nienarzucający się do tej pory narrator, zupełnie niepotrzebnie psuje cały efekt ostatnim zdaniem: „Autorowi tych słów chce się wierzyć, że ma ona w uszach słuchawki i z całą mocą (bo przecież nie ma już najlepszego słuchu) Nina Simone śpiewa dla niej swoje O Lord, please don’t let me be misunderstund”. Można by się również spierać, czy wyobrażenie kobiety słuchającej tych słów nie jest już zbyt ckliwym zakończeniem. W całej historii doza wzruszenia była idealnie wyważona i raczej nie trzeba go już potęgować. To, oczywiście, kwestia gustu… Najważniejsze jest jednak to, że z takim zakończeniem czy bez niego historia Sabiny i tak daje nam dużo do myślenia.Magdalena Michałek









