KSIĄŻKA / Robokalipsa

  • robokalipsa (foto)

    Dodano: 18:42 8 listopada 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , ,

    Wojna lekiem na całe zło

    „Robokalipsa”, Daniel H. Wilson

    Badania nad sztuczną inteligencją i inżynieria genetyczna to dwie dyscypliny testujące możliwości kreacyjne człowieka i  źródła lęku przed nieprzewidzianymi konsekwencjami tej działalności. W literaturze i filmie co jakiś czas powraca  motyw potwora Frankensteina wypowiadającego wojnę swemu twórcy. Jest to zarazem okazja do analizy ludzkiej natury i tworzenia nowych definicji człowieczeństwa. Wydaną niedawno powieść Daniela H. Wilsona „Robokalipsa” napisał inżynier robotyki, ale okazuje się że bunt maszyn widziany oczami fachowca nie różni się zasadniczo od innych historii zrodzonych w głowach humanistów.

    Genezy katastrofy autor nie szuka daleko. Akcja toczy się w przyszłości, która jednak niezbyt odbiega od współczesnych standardów. Wszystko jest trochę bardziej zaawansowane technologicznie, ale w zasadzie prototypy wynalazków takich jak inteligentne auta, domy i roboty są w użyciu już dzisiaj. Do tego obrazu należy dołączyć zupełnie już swojski wszechobecny monitoring i sieć satelitarną, pozwalającą utrzymać łączność i zdalnie sterować tymi wszystkimi urządzeniami. Coraz więcej zadań jest przerzucanych z ludzi i automaty, a dążeniu do zapewnienia sobie wygody i bezpieczeństwa homo sapiens sam zaciska sobie pętlę na szyi – pokładając nadmierne zaufanie w maszynach, traci niezależność. Przepis na „robokalipsę” wymaga jeszcze tylko jednego, bardzo zużytego od ciągłego umieszczania w różnych filmach i utworach literackich składnika – superinteligentnego komputera, który wymknie się spod kontroli naukowców i zacznie eksterminować ludzkość za pomocą stworzonej przez nią infrastruktury.

    Żeby opowiedzieć o tej wojnie, autor zdecydował się na konwencję paradokumentalną. Powieść składa się z epizodów spisanych przez jednego z bohaterów, Cormaca Wallace’a na podstawie bazy danych stworzonej przez maszyny. Wilson wykazał się tu jednak dziwną niekonsekwencją. Zapowiadając formę reportażu, nadał poszczególnym rozdziałom całkowicie fabularny charakter, w dodatku zastosował prawie wszędzie narrację pierwszoosobową, w czym nie ma nic dziwnego, kiedy Cormac opowiada o własnych przygodach, ale jest zupełnie chybione, kiedy relacjonuje wydarzenia, przy których nie był obecny. Nie mówiąc już o tym, że nie tylko on, ale przede wszystkim maszyny, z których archiwum korzysta, nie mogłyby mieć dostępu do myśli innych osób. Podobnych niekonsekwencji i wpadek logicznych jest całe mnóstwo, co odbiera czytelnikowi cierpliwość do śledzenia akcji.

    Jednak jeszcze bardziej razi powierzchowność w przedstawianiu postaci i wydarzeń. Powieść jest jakby przesiąknięta wartościami rodem z hollywoodzkich filmów katastroficznych ukazanymi w nieznośnie uproszczony sposób. W trakcie lektury można dojść do wniosku, że istnieją dwa typy ludzi: urodzeni bohaterowie oraz jednostki aspołeczne, które po przejściu błyskawicznej wewnętrznej przemiany też dołączają do grona bohaterów. Jeśli dodać do tego optymistyczną wiarę w ogólnoświatową solidarność, otrzymamy piękną laurkę naszej cywilizacji. Dlatego zaskakujące jest, że w ostatnim rozdziale autor nagle przestaje podtrzymywać te przekonania i pozostawia czytelnika w niepewności co do swojej oceny ludzkiej natury. Przyznaje, że rozkwit miłości bliźniego był zwykłą reakcją obronną na pojawienie się wspólnego wroga i po wojnie być może wszystko wróci do mniej chwalebnej normy. A że Wilson na wszelki wypadek pozostawił sobie otwartą furtkę do dalszego ciągu opowieści, może będzie nam dane przekonać się, czy uzna, że jedna „robokalipsa” wystarczy, by uzdrowić moralnie nasz gatunek.

    Żaneta Dolatowska


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz