KSIĄŻKA / Spotkanie
-
Dodano: 18:25 14 sierpnia 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Anna Wiącek, Książki, Lithuania, Recenzje
O moim spotkaniu z Kundery „Spotkaniem”…
M. Kundera, Spotkanie, tłum. M. Bieńczyk, Warszawa 2009.
Recenzja powstała w ramach zajęć ze specjalizacji krytycznoliterackiej realizowanej na filologii polskiej na UMK w Toruniu.
Książka, którą czeski pisarz oddaje do rąk czytelnika, jest spotkaniem ze wszelkimi namiętnościami każdego, kto śmie zwać się mianem intelektualisty. Jako że i ja do tego miana chciałabym pretendować, nie pozostaje mi nic innego jak sięgnąć po tę pozycję i wybrać się na spotkanie właśnie. Pierwsza kartka – Francis Bacon (malarz, nie filozof). Interpretacja jego obrazów i próba zestawienia płócien malarza z dramatami Becketta. Nieśmiało ciśnie mi się na usta pytanie: dlaczego akurat Beckett?
Odnoszę wrażenie, że autor „Żartu” dostrzega analogię między tymi twórcami tylko dlatego, że obaj tworzą w chwili upadku uprawianych przez siebie sztuk. Stwierdzenie to tyleż urokliwe, co puste. Nie przekonuje mnie ta argumentacja, ale słowa są ładnie dobrane, ubrane w czuły płaszczyk metafor. Dalsza część szkicu, zatytułowanego „Brutalny gest malarza: O Francisie Baconie” jest niezmiennie poświęcona interpretacji obrazów Bacona, jednak najbardziej zaskakujące jest to, że czytelnikowi nie jest dane wiedzieć, który konkretnie z szeregu płócien autor w danej chwili ma na myśli. W końcowej części padają tylko dwa tytuły („Postać przy miednicy” z 1976 i „Tryptyk” z 1973), które zdaje się mają być potwierdzeniem tez Kundery. Jednak całość szkicu jest mało przekonująca, zgoła, moim zdaniem, nieudolna. Kundera zakłada w niej, że skoro Bacon jest niewierzący, to na pojęcie świętokradztwa nie ma miejsca w jego twórczości. Zastanawiam się, czy nie jest to zbyt daleko idące uproszczenie. Czy rzeczywiście trzeba było aż odkrywczości Kundery, aby pojąć istotę sztuki Bacona? Eseista ma za nic wszelkie ustalenia krytyków, teoretyków, nie podejmuje z nimi żadnej polemiki, za to kwituje je jednym zdaniem: „Sztuka naszej połowy tego wieku jest zanieczyszczona teoretyczną paplaniną”.
Muszę przyznać, iż jako wstępująca zaledwie w szeregi intelektualistów i przyzwyczajona przy tym przez lekturę m.in. esejów Zbigniewa Herberta, gdzie jeden obraz prowokuje obszerny poetycki opis, jest przyczynkiem do szeregu pasjonujących dygresji i opowieści, gdzie w finezyjny sposób przedstawia się nie tylko swój punkt widzenia na sztukę, lecz także całą historię, zakorzenienie, umieszczenie dzieła w czasie, w kontekście, oczekiwałam czegoś podobnego i tutaj, ale – jak mawiał inny klasyk – „Im bardziej Miś zaglądał do słoika, tym bardziej miodu tam nie było”.
„Powieść i prokreacja” to następny esej, który zdecydowanie negatywnie wpływa na odbiór całości Spotkania i sprawia, że po raz kolejny rodzi się we mnie ochota zaprzestania lektury. Rzecz traktuje tym razem o powieści, ale nie o takiej tam zwykłej powieści, lecz o powieści, by zacytować Kunderę, „która brzydzi się prokreacją”. Autor „Nieznośnej lekkości bytu” stawia tezę, że bohaterowie wielkich powieści są bezdzietni. Dlaczego? Eseista uważa, że nie jest to zależne od samego zamysłu autora, lecz od (nazwane znów za pomocą kilku nieźle dobranych metafor „ducha sztuki powieści (lub jej podświadomości)”. Kanwą rozważań o kondycji nowożytnej powieści staje się „Sto lat samotności” Márqueza oraz przedstawiona przezeń historia rodziny Buendiów, której członkowie niewątpliwie bezdzietni jednak nie byli. Kundera znów sili się na interpretację, antropologiczną rzec można, tegoż zjawiska, dochodząc do wniosku, że „Powieść w chwili swojego powstawania ustanowiła człowieka jedynym prawdziwym podmiotem, podstawą wszystkiego”. Okazuje się jednak, że taka koncepcja wraz z rozwojem literatury staje się tylko złudzeniem, marzeniem kilku europejskich stuleci, co zdaje się potwierdzać powieść Márqueza. Nie jest to myśl zgoła pozbawiona sensu, ale zastanawia mnie fakt, czy rzeczywiście takimi narzędziami jak bezpotomność bohaterów literatura „broni się” przed odarciem z indywidualizmu. Teza, moim zdaniem, jest naciągana – nawet jeśli tylko metaforyczna i pomyślana w ten sposób, by stanowić powód do dalszej, głębszej refleksji nad kondycją tego gatunku, bo przecież era powieści jeszcze się nie skończyła…
Literatura i malarstwo nie wyczerpują tematyki zbioru esejów Miliana Kundery. Na przedostatniej stronie pisze on: „Wojna o pamięć szaleje wyłącznie między pokonanymi. Zwycięzca jest daleko i jest nieoskarżany”. O jakiego rodzaju pamięć walka się toczy?
O pamięć historyczną, literacką, osobistą. Walka toczy się w nas samych. Kundera stara się ocalić swoje namiętności: filmy Felliniego, literaturę Martyniki. W tym spotkaniu po swoich starych miłościach autor za przewodników daje nam takie postaci jak: Mozart, Beethoven, Dostojewski, Malaparte. Zbiór jest literacką próbą uchwycenia i zapisania wspomnień autora, jego reminiscencji ze świata intelektualnych doznań. Odnajdujemy tu zatem jego refleksje nasuwające się pod wpływem lektur, skojarzenia, jakie wywołuje melodia, zapisy dialogów przeprowadzonych dawno temu, dialogów znaczących, kluczowych, zapadających tak głęboko w pamięci, że po latach z najwyższą swobodą Kundera sięga doń jako pretekstu i odwołania do późniejszych już kontemplacji. Myśli te są ze sobą tematycznie związane i pomieszczone w poetycko zatytułowanych rozdziałach.
Kiedy książka została wydana, krytyka przyjęła ją z powściągliwym, ale jednak uznaniem. Dzieło ma charakter ponadczasowy, wielokulturowy, uniwersalny, posiada artystyczny język – pisano. A moim zdaniem, są to słowa „wytrychy”, którymi dość często, zbyt łatwo żongluje się, przeprowadzając analizy literatury i sztuki współczesnej.
Kunderze trzeba co prawda oddać, że za wszelką cenę stara się nie zmęczyć czytelnika zbytnim opowiadaniem o sobie, bagatelizuje swoją rolę – kiedy nawet pisze o tym, czego dokonał, postrzega siebie nie jako sprawcę, lecz jako szczęściarza, kogoś, komu udało się spotkać na swojej intelektualnej ścieżce tak znamienitych twórców. Stara się być szczery, nie ubarwia, nie dodaje. Szczerość i otwartość, jaka cechuje autora w wypowiadaniu własnego zdania, jest wielkim walorem książki – w tym wypadku pozwalają mu na to i wiek, i doświadczenie. Wydaje mi się jednak, że wymienienie kilku nazwisk, kilku tytułów, wspomnienie Europy lat 50.-70. to zdecydowanie za mało, by utwór nazwać „prawdziwą ucztą miłośników literatury”. W porównaniu z innymi znanymi mi eseistami, takimi jak Stempowski, wspomniany wcześniej Herbert czy Hertz, postać Kundery blednie, niknie, staje się jakby niezauważalna. Zbiór esejów staje się nieznośnie lekki… Lekki w odbiorze.
Anna Wiącek









