KSIĄŻKA / Szkice glanem
-
Dodano: 13:06 3 sierpnia 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Książki, Literatura, Monika Rogalska, Recenzje
Desperackie pogo
Piotr Milewski, Szkice glanem, Opole 2009
Recenzja powstała w ramach zajęć ze specjalizacji krytycznoliterackiej realizowanej na filologii polskiej na UMK w Toruniu.
Pewnego poniedziałkowego poranka koleżanka ze studenckiej ławy z dumą oznajmiła mi, iż wygrała w konkursie Radia Zet książkę o jakże wdzięcznym tytule „Szkice glanem”. Ponieważ nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek dostąpiła zaszczytu lektury utworu napisanego glanem, sięgnęłam po niego ochoczo, pełna nadziei co do literackich doznań sugerowanych tą jakże awangardową techniką zapisu.
Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, iż tytuł w pełni odpowiada treści. Co prawda, nie znajduje on uzasadnienia bezpośrednio w tekście, ale doskonale oddaje nastrój całego utworu, rzekłabym wręcz – tworu, gdyż pozycja ta to zbiór nachodzących na siebie, kompletnie niedopasowanych elementów, które swą szpetotą kalają gust nawet najmniej wymagających czytelników.
Zacznijmy od tego, że według informacji znajdujących się na czwartej stroni okładki utwór ten to „zbiór satyr i makabresek utrzymanych w klimacie Monty Pythona, nawiązujących do literackich zabaw dada, polskiego futuryzmu i rosyjskiego Oberiu.”. Autor tej „recenzji”, pozostający zapewne na usługach wydawnictwa promującego „Szkice glanem” nie ma najmniejszego pojęcia, czym jest satyra, nie wspominając już o makabresce. Nie posiada on również elementarnej wiedzy w zakresie awangardowych nurtów, jakimi są wymienione tu przez niego futuryzm i dadaizm, a formację Oberiu zna co najwyżej z Wikipedii. Porównanie Milewskiego do Tuwima zaś, którego dopuszcza się pani Izabela Mikrut w swej recenzji internetowej, zakrawa już nie tyle na profanację, ile na prowokację – pani Izabela z zawodu jest humorologiem (informacja zaczerpnięta z notki biograficznej). Jedyne, z czym można się zgodzić w przypadku recenzowanej tu pozycji, to opinia Aleksandra Boratyńskiego, którą pozwolę sobie zacytować w całości i z najwyższą przyjemnością: „Co to k… jest?”.
Więc właśnie. Co to jest? Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, zaraz po przekartkowaniu, że jest to zbiór felietonów. Tymczasem felietony przypomina to jedynie graficznie: tekst pocięty jest na zatytułowane części. Podobnie na potępienie zasługuje niefortunne odwołanie się do nazwy gatunku w tytule. Najprawdopodobniej autorowi chodziło w tym wypadku o uczynienie aluzji do Sienkiewiczowskich „Szkiców węglem”, szkoda tylko, że tak naprawdę li i jedynie w celu pochwalenia się, że o takich słyszał, bowiem związku z omawianą tu pozycją, poza parafrazą tytułu rzecz jasna, nie ma to żadnego. Bohaterem i jednocześnie narratorem tych tekstów jest sam Milewski, nie do końca spełniony dziennikarz, będący korespondentem polskich mediów w Nowym Jorku, emerytowany punkowiec z anarchistycznym bagażem doświadczeń (niech nas nie dziwi zatem fakt, że z sentymentu szkicuje glanem). Niezwykle interesujące wydaje się być zjawisko uprzedniego opublikowania tych tekstów (o zgrozo!) w dodatku „Weekend” nowojorskiego „Nowego Dziennika” („dzieło” powstało bowiem na emigracji, zapewne w przerwach pomiędzy jedną korespondencja dla „Dzień dobry TVN” a drugą…).
Autor na 173 stronach kreuje wizję zdeformowanej rzeczywistości poprzez posługiwanie się szeroko pojętym absurdem. Tematycznie nie wiąże się to ze sobą w żaden sposób, jedynym punktem odniesienia pozostaje przewijające się w zdecydowanej większości uczestnictwo w akcji samego Milewskiego – (de)konstruowany przez niego świat oglądamy przeważnie z jego perspektywy. Wyraźnie widać, że inspiracje czerpał z nieprzebranego źródła rodzimej awangardy (zauważalne są tutaj wpływy chociażby takich postaci jak Witkiewicz, Białoszewski czy Themerson)i to mu się chwali, jednak nie zmienia to faktu, iż są to tylko zupełnie nieudane próby powielenia ich pomysłów, co najgorsze – przez samego Milewskiego i poszczególnych jego krytyków uznawane za nowatorskie. Spróbujmy zatem przyjrzeć się bliżej tym „literackim” wygibasom.
Cykl tych krótkich form otwiera tekst „O felietonie antyalkoholowym”, który jest zapisem eksperymentu, jaki przeprowadził na sobie nasz dziennikarz w celu ukazania zgubnych skutków stanu potocznie określanego mianem „wskazującego na spożycie”. Oto autor, zaopatrzywszy się we wszelkie dostępne na rynku trunki, zasiada przy włączonym komputerze i podczas konsumpcji dokonuje próby analizy swego stanu, przy jednoczesnym skupieniu się na przeszkodach, jakie ów ze sobą niesie. Do jego mieszkania licznie przybywają coraz to bardziej zainteresowani badaniem ochotnicy, którzy nie dość, że w pijackim amoku okradają go z wszelkich możliwych cennych przedmiotów, to jeszcze prawie doprowadzają do rozwodu z żoną. A wszystko to tylko i wyłącznie po to, by Milewski po tygodniu libacji mógł stwierdzić, że „alkohol utrudnia wykonywanie zawodu, bo nie można trafić w odpowiednie klawisze”… Jak widać odkrywcze to niezwykle i pełne polotu, bezapelacyjnie Milewskiemu należą się za to oryginalne spostrzeżenie złote laury.
Ale to jeszcze nie wszystko. W części „O diable” stwarza on z początku całkiem interesującą i wskazującą na umiejętność kreatywnego myślenia sytuację – do Nowego Jorku przybywa diabeł, który znudzony „piekielnymi wyziewami” postanawia zostać konsultantem w Centrum Polsko-Słowiańskim. Zjawisku temu postanawia przyjrzeć się bliżej detektyw-Milewski, dla którego wywiad z „księciem ciemności” stanowi szczyt osiągnięć dziennikarskich. Ich rozmowa niestety oscyluje wokół najbanalniejszych z banalnych wyobrażeń na temat piekła, co automatycznie psuje całą atmosferę nawet nieźle zapowiadającego się utworu (dodajmy, że koncept Milewskiego nie jest w choćby najmniejszym stopniu nowatorski – wystarczy przywołać diabły Leszka Kołakowskiego, C. S. Lewisa i André Frossarda, które prowadziły tych autorów do znacznie bardziej niż ma to miejsce u autora „Szkiców glanem” wnikliwych rozważań i analiz). Apogeum banału Milewski osiąga jak zwykle na końcu, stawiając jakże intrygującą kropkę nad „i” : „Greenpoint zawsze pozostanie miejscem, gdzie diabeł mówi dobranoc”. Po takiej konkluzji biednemu czytelnikowi nie pozostaje nic innego, jak zastanowić się nad innym, zdecydowanie bardziej pożytecznym wykorzystaniem tej pozycji, gdyż do czytania ona się z pewnością nie nadaje…
Jednak naprawdę jeszcze nie to jest najgorsze. Najciekawsze zaczyna się w momencie, kiedy to nasz bohater, wzorem Białoszewskiego, postanawia „potocznie potworzyć” i zaczyna wkraczać na płaszczyznę operacji językowych. Owocuje to chociażby takim neologizmem jak „fakjurki”: „tradycyjne obuwie używane przez tancerki fakjuski w ludowym tańcu polskim zwanym fakjuser”. To lingwistyczne wyzwolenie, poza poszerzaniem zasobów języka polskiego, pozwala mu także na wykreowanie postaci „Barabuli”, któremu to „fika powieka tajną transmisją”, z zawodu będącego „kotopimponem” trudniącym się „kotopimponowaniem”. Z kolei we fragmencie „O grzybkach” dezorganizacji językowej
o dziwo ulega cała wypowiedź: „Kojarz jądra! Jądra kojarz!… Dobra… Teraz kapelusz na trzon, grzybnia do pochwy… I grzybiej, grzybiej, podstawczaku. Kojarzę jądra, rozwijam grzybnię i właśnie zamierzam wydzielić enzymy trawienne, gdy pochyla się nade mną jakiś wiotki, w spiczastym kapelindrze bez rondla”. I wszystko byłoby w porządku, gdyby to miało jakikolwiek sens, tymczasem powyższy fragment pozostawia pod tym względem wiele do życzenia – z „kojarzenia jąder” i „grzybienia” nic nie wynika, i choćbyśmy nie wiem jak wytężali wyobraźnię – intencji autora nie odczytamy.Jednak bezapelacyjnie z całego wachlarza Milewskiego poczynań językowych na największą uwagę zasługują jego pseudolingwistyczne wiersze, dajmy na to taki „O Masłowskiej” (!!). Nie dość, że podtytuł wprost informuje nas, iż są to oświadczyny, to jeszcze, obok totalnie nieudolnych językowych konstrukcji, całkowicie zmienia nasze wyobrażenie na temat świata przedstawionego w „Wojnie polsko-ruskiej”… Oto nasz pisarz postanawia sobie na użytek własny przenieść jej akcję z Gdańska do Sopotu: „Obosieczny łysoń fakuje bez przerwy / Drzymali sopocki fajszterant / Śluzówka linieje na widok uff wsteczny / Czyś bzdryg? Czy wzdryg? Czy tabakiera?”. Jeśli zaś czytelnik w jakikolwiek sposób poczuje się urażony nieczytelnością estetycznego przekazu autora-podmiotu, wystarczy, że przewróci parę stron i zaczyta się w liryku „O dziadzim lecie”, przede wszystkim zaś przyswoi sobie podtytuł, który rozwieje jego wszelkie wątpliwości i z pewnością stan urażenia zniesie: „Poemat. A może antypoemat? Jak komu wygodnie. Mnie to wali.”
Te przykłady można by mnożyć w nieskończoność, niemniej jednak wydaje mi się, że wyżej zaprezentowany wybór mówi sama za siebie. W żadnym wypadku nie jest to pozycja godna polecenia, nadaje się co najwyżej na materiał dowodowy na lekcję języka polskiego poświęconą zjawisku na potęgę rozprzestrzeniającej się grafomanii. Zapewne znajdzie ona tymczasowe uznanie wśród nastoletniej młodzieży lubującej się w militarnym obuwiu, być może to właśnie do tej grupy jest adresowana? Na szczęście nie zmienia to faktu, że każdy szanujący się czytelnik, choćby nie wiem jak zafascynowany tytułem-pułapką bardzo szybko połapie się, że go tu literacko robią w przysłowiowe bambuko i dla Szkiców glanem znajdzie inne, użyteczniejsze przeznaczenie.
Tymczasem pan Milewski niech poszuka sobie innych zastosowań glanów, z doświadczenia pamiętam, że całkiem wygodnie się w nich chodzi, kostka jest doskonale usztywniona i mało podatna na skręcenia, być może to jest jakaś myśl? W każdym razie jeśli jednak nadal będzie obstawał przy opcji awaryjnej, niech sobie nimi nadal „strąca galaktydy we wszące trę torty szwarnych ciur”, tylko niech nam wyświadczy tę przyjemność i powstrzyma się przed drukowaniem będących efektami owego strącania płodów swego pióra.
Monika Rogalska










Brawo Pani Moniko! Jest i pasja, i teza. Tylko za dużo słów, które nic nie wnoszą. To samo można powiedzieć trzy razy szybciej i dosadniej. Ale przyznaję i pocieszam: sam takie recenzje pisałem jak byłem w Pani wieku.
Piotr Milewski