NOWE HORYZONTY / Pewnego razu w Anatolii
-
Dodano: 13:21 17 stycznia 2012
Kategorie: Recenzje
Tagi: CSW, Kino Centrum, recenzja, Recenzje
„Pewnego razu w Anatolii”, reż. Nuri Bilge Ceylan
Turecka niespodzianka
Obraz Ceylana zdobył Grand Prix w Cannes, a krytycy szybko okrzyknęli go „najpiękniejszym filmem festiwalowym”. Nic dziwnego więc, że oczekiwania widzów Nowych Horyzontów sięgały zenitu. Na szczęście „Pewnego razu w Anatolii” to rzeczywiście piękny film.
Wybrednych kinomaniaków zniechęcić może długość tego „filmu drogi”. Obawy to jednak zbędne, bo metraż w tym przypadku działa na korzyść dzieła, będącego dwuipółgodzinną rozkoszą wizualną i emocjonalną.
„Pewnego razu w Anatolii” łączy w sobie wiele innych filmowych gatunków: kryminał, dramat czy kino społeczno-obyczajowe. Akcję oparto na prawdziwej historii. Toczy się ona wokół poszukiwań ciała mężczyzny, którego oprawca w trakcie dokonywania czynu był pijany i… nie pamięta, gdzie dokładnie zakopał zwłoki! Policja, technicy, prokurator, wspomniany morderca i wreszcie lekarz – wszyscy podróżują w celu odnalezienia denata. Czy im się uda?
Poszukiwania są długie i męczące. Z rozwojem fabuły sprawy się komplikują, a pod osłoną nocy nic nie jest… jasne. Okazuje się, że nawet określenie sprawcy nie jest już tak jednoznaczne: nie wiemy, kto tak naprawdę zabił i jaki był prawdziwy motyw zbrodni.
Historia morderstwa schodzi szybko na drugi plan. Na pierwszy wysuwają się relacje między bohaterami. Ich emocje, napięcie psychiczne i ich – tylko z pozoru – nieistotne rozmowy.
Dech w piersiach zapierają fantastyczne zdjęcia ukazujące bezmiar drogi, a kamera często skupia uwagę widza na z pozoru nieistotnych detalach (jabłko toczące się powoli w kierunku strumienia). Urzeka delikatna, tradycyjna turecka ścieżka dźwiękowa. Możemy zaobserwować zderzenie tradycji z nowoczesnością, zwyczajów kultury Wschodu ze znaną nam kulturą Zachodu. Uderzające jest ograniczenie roli kobiet w tureckim społeczeństwie. Na ekranie pojawiają się rzadko, bo film Chylona jest zdecydowanie zmaskulinizowany. Jawią się niczym mary, piękne – choć trochę nierealne, a ich działania ograniczają się do roli służących, żon i matek.
Mimo dużej dawki testosteronu na ekranie – mężczyźni są twardzielami rodem z westernów Sergio Leone (podobieństwo tytułów nie jest tu przypadkowe). Są słabi, zagubieni, ronią łzy, wydaja się rozczarowani życiem i rolami społecznymi, które przyszło im spełniać. Policyjne uniformy ich uwierają, nie potrafią dać sobie rady z maskami, które muszą nakładać. Agresywny oficer to w rzeczywistości wrażliwiec, przerażony brutalnością ludzi. Zdystansowany i zimny prokurator to rozczarowany życiem cynik, który ma w sobie duże pokłady ciepła i humoru (kto porównuje wygląd denata do Clarka Gable’a?). Domniemany morderca nie jest okrutnikiem, jawi się jako „kozioł ofiarny” systemu i okoliczności.
W filmie kodeksy prawne i procedury nijak przystają do rzeczywistości i ludzkich emocji. Ujawnia się tu odwieczny konflikt natury z socjalizacją.
Jedna z początkowych scen. Policjanci rozmawiają o wyższości pełnotłustego jogurtu nad tym odtłuszczonym. Po chwili ujęcie na twarz mordercy, która mówi wszystko. Niby nic, a mimo to – jedna z najbardziej emocjonalnych scen, jakie widziałam w kinie. W tym filmie jest ich więcej.
„Pewnego razu w Anatolii” to film ważny, bo doskonały w swej formie, wymowie, prawdziwości gry aktorskiej oraz niejednoznaczności. Nic tu nie jest oczywiste, na wiele pytań widz sam musi sobie odpowiedzieć. Jak się okazuje nie są to wyłącznie pytania dotyczące kryminalnej filmowej zagadki, ale te dotyczące nas samych. Pytania bolesne, które nurtują i drapią. „Aż do krwi drapią”.
Magdalena Bońkowska
-
17 stycznia, wtorek
18.00 Z daleka widok jest piękny
19.30 Koń turyńskiCZYTAJ RELACJĘ Z PIERWSZEGO DNIA
CZYTAJ RELACJĘ Z DRUGIEGO DNIA
CZYTAJ RELACJĘ Z TRZECIEGO DNIA
CZYTAJ RELACJĘ Z CZWARTEGO DNIA









