RECENZJA: 2. dzień JAZZ Od Nowa Festival
-
Dodano: 09:36 2 marca 2010
Gdzie: Od Nowa
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: jazz, Koncerty, Marcel Woźniak, Od Nowa, Recenzje
10. Jazz Od Nowa Festiwal za nami. Ci, którzy choć trochę liznęli tej imprezy są zachwyceni. Cztery dni koncertów, jubileuszowa wystawa, no i oczywiście gwiazdy, a wśród nich m.in. Michał Urbaniak i Jan Ptaszyn Wróblewski. O 2. dniu festiwalu pisze Marcel Woźniak z Kulturalnego Torunia.
Drugi wieczór z jazzem
Już na początku trio Marcina Wasilewskiego przywitano gromkini brawami. W zapowiedzi koncertu Maurycy Męczekalski przypomniał, że muzycy odwiedzili Od Nowę podczas 2 edycji festiwalu, wówczas z Tomaszem Stańko.
Trio w składzie – Wasilewski fortepian, Sławomir Kurkiewicz kontrabas i Michał Miśkiewicz na perkusji zaczęło wieczór od delikatnego “Viniette”. Następnie poszły utwory z albumu “Genuary”. Nie mogło zabraknąć oczywiście repertuaru Tomasza Stańki – znanego trębacza, jak określił go Wasilewski, czym wywołał aplauz widowni. Zagrali “Balladynę”, stary kawałek z lat 70., z tzw. “ciemnego okresu” Stańki i jego podróży do Indii.
Miśkiewicz gęsto wypełniał grę talerzami, budując charakterystyczne napięcie. Przyspieszał na jeden takt, by po chwili znów synkopami łamać rytmy. Sekcja z kontrabasem grała aż miło – sola Kurkiewicza wbijały w siedzenie, jakkolwiek twarde. Sam Wasilewski zaś to pochylał się nad klawiaturą, to tańczył w miejscu. Wykonanie było mistrzowskie, ale – co tam słowa, wystarczyło słuchać publiki, która potrafiła wytrzymać ledwie kilka minut bez nagradzania muzyków oklaskami. Jeśli ktoś sądzi, że jazz opiera się na matematyce i grze w punkt, to Trio Wasilewskiego osiągnęło w tym absolutną wirtuozerię. Miałem wrażenie, że Od Nowa zamieniła się w warszawską kawiarnię z lat 50. albo cofnęła się do pierwszych edycji Jazz Jamboree, którym przewodził idol bikiniarzy, Leopold Tyrmand. Głośnym skandowaniem wywołano trio na bis, po którym nastąpiła krótka przerwa. W jej trakcie można było obejrzeć w Galerii 011 fotosy z poprzednich edycji JazzFestu. Kawał historii!
Gwiazdą wieczoru była Rebecca Bakken, z Norwegii. Muzycy, którzy publicznie przyznali się do popełnienia barszczu i pierogów na obiad, przyjęci zostali przez toruńską publiczność bardzo ciepło. Zaprezentowali głównie utwory z ostatniego albumu Rebeki – “Morning Hours” (2009). Słychać było w śpiewie trochę amerykańskiej maniery (producent albumu współpracuje z Norah Jones czy Manhattan Transfer), niemniej tembr głosu i sceniczna prezencja mimowolnie przywołały mi Tori Amos. Piosenki były niezwykle liryczne, a wokalistka, w opadających niemal do ziemi włosach, śpiewała niezwykle ciepło i spokojnie, choć dało się zauważyć jej niepewność na scenie, pomimo czterech krążków na swoim kącie. Paradoksalnie, wszystkiego winne było świetne brzmienei gitary. Sebastian Nylund grał na przeszywającym mi rdzeń kręgowy starym Telecasterze, który po każdym kawałku zwyczajnie się rozstrajał, powodując tym samym kilkuminutowe przerwy, w czasie których wokalistka wyraźnie nie czuła się najpewniej. Ale kiedy gitara grała! Każdy kto kiedykolwiek słyszał brzmienie tego skonstruowanego w 1951 Fendera, brzmienia tego nie zapomni do końca życia – mięsistych niskich tonów, a jednocześnie ciepłych i niemal widzialnych, górnych dźwięków.
Odegranie nowego albumu norweskiej wokalistki było dla audytorium oczywiście pewnych novum, niemniej poetyckie i – mówiąc przewrotnie – bardzo kobiece utwory, miały w sobie coś magicznego i tajemniczego. Utwór “To be your lover” do chwili pisania tego tekstu zanuciłem 95 razy! Wydawało się, że wykonanie go w trakcie występu będzie najlepszym momentem wieczoru. Jak bardzo się myliłem!Na bis Rebecca zaśpiewała to, na co tak na prawdę wszyscy czekali. Usłyszeliśmy skandynawską naturę w całej krasie – ciepłemu brzmieniu organów i niskiej, brudnej barwie gitary towarzyszł przeszywający śpiew w norweskim języku, przechodzący w pewnym momencie w pisk. Jakże różne oblicza! Nagle znalazłem się w norweskim lesie, rodem z kawałka The Beatles, a mocne podbicie werbla i krautrockowe pętle basu kojarzyły mi się raczej z dokonania zespołów pokroju Isis, może Cinematic Orchestra, aniżeli spokojnej, norweskiej piosenkarki. Muzyka bywa jednak przewrotna, o czym najlepiej świadczyły szpilki wokalistki.
Jeśli ideą JazzFestu jest odpłynięcie w dźwięki, w wypełnionej po brzegi, pogrążonej w półmroku sali, to w ostatni czwartek z pewnością tak się stało. I tak jak w utworze Rebekki Bakken “(…) I don?t need you to save me, I just need to be your lover tonight”, tak też w Od Nowie nie myślałem w kategoriach audiofilskiego katharsis lecz po prostu padłem w objęcia muzyki, która wybrzmieniała tam do późnych godzin.
Marcel Woźniak
Na zdjęciu: Rebekka Bakken / www.rebekkabakken.com




