RECENZJA / Attenberg
-
Dodano: 14:59 15 grudnia 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Recenzje
Attenberg, reż. Athina Rachel Tsangari
Granice desperacji
Po sukcesie szokującego „Kła”, Tsangari została okrzyknięta „greckim objawieniem”. Niedawno na ekrany kin studyjnych weszła jej najnowsza produkcja o zagadkowym tytule „Attenberg”. Czy reżyserka sprostała wyzwaniu i wykreowała kolejne dzieło? Niestety, zamiast oczekiwanego progresu – mamy regres.
„Attenberg” intryguje jedynie tytułem, a świadomość innowacyjności jego poprzednika potęguje gamę negatywnych emocji towarzyszących widzowi podczas seansu. Reżyserka (która jest również autorką scenariusza) nie pokazuje w filmie niczego nowego, a wyeksploatowany już w wielu dziełach filmowych motyw poznawania siebie i swojej seksualności, wykorzystuje w sposób banalny i wręcz „obrzydliwy”. Dlaczego tak sądzę?
Ano dlatego, że ukazuje ona główną bohaterkę (Marinę) jako zdesperowaną, bo dwudziestotrzyletnią dziewicę, która marzy tylko o tym, aby w końcu mieć za sobą swój pierwszy raz. Nie chce być dłużej „niedotykalskim dziwolągiem”, za którego ma jej jedyna przyjaciółka – Bella.
Marina żyje w swoim własnym świecie – filmów przyrodniczych Davida Attenborough i piosenek zespołu Suicide. Ludzie ją obrzydzają, a kontakt fizyczny to dla niej ogromna bariera, którą jednak pragnie przełamać. Od momentu jej erotycznego przebudzenia i chęci nadrobienia zaległości – film ocieka golizną i zwierzęcym seksem (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Nie uświadczymy tu atrakcyjnych ciał, czy subtelnej erotyki – w „Attenbergu” nadzy ludzie wydają się pozbawieni godności i osobowości, są brzydcy. Seks jest obrzydliwy, odarty z otoczki namiętności, wręcz śmieszny. „Ludzie to zwierzęta” – wydaje się mówić reżyserka. Uwidacznia się to zarówno podczas scen erotycznych, jak i w przywołaniu w filmie postaci słynnego Attenborough (od którego nazwiska autorka zapożyczyła tytuł). Biologia zawsze wygrywa. Czyżby?
W filmie ten przekaz nie jest wiarygodny. Nie przekonuje postać głównej bohaterki granej przez (świetną w „Kle”) Ariane Labed, która tu jest apatyczna, pozbawiona wyrazu i wydaje się opóźniona w rozwoju (nasuwa mi się tu ciekawa interpretacja: czyżby dziewictwo było źródłem infantylności i zaburzeń psychicznych? Do takich wniosków może dojść widz po seansie filmu). Po raz kolejny reżyserka wykorzystała motyw kazirodczy, który w „Attenbergu” jednak nie przekonuje. Komentarze córki na temat penisa ojca i jej opowieści o snach erotycznych z nim w roli głównej, tu już nie szokują, a przeszkadzają i dają wrażenie wtórności motywów freudowskich.
Mam wrażenie, że „Attenberg” to doskonały przykład filmu, którym reżyserka pragnie zaszokować po sukcesie swojego debiutu – wykorzystując temat ludzkiej seksualności, który zawsze „trafi” na podatny grunt i się sprzeda. W tym przypadku ta próba okazała się katastrofą i przerostem formy nad treścią. Na pewno znajdą się tacy, którzy zarzucą mi niezrozumienie filmu i uznają go za dzieło wybitne. Być może film ten był dla mnie za ambitny, być może to wyższy stopień wtajemniczenia. Niech ktoś mnie przekona, proszę. Bo wciąż nie mogę pozbyć się uczucia rozczarowania i zawiedzionych oczekiwań. W „Attenbergu” ambitna jest jedynie ścieżka dźwiękowa: słuchanie miłych dla ucha i enigmatycznych francuskich pioseneczek pozwala na lekkie złagodzenie goryczy.
B









