RECENZJA / Baby są jakieś inne
-
Dodano: 15:40 18 listopada 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: recenzja
„Baby są jakieś inne”, reż. Marek Koterski
Koterski jest jakiś inny, czyli: Noc świrów
Miauczyński Adaś. Adam. Alter ego i porte parole Marka Koterskiego w jednym. Autor scenariuszy jego filmów i główny ich bohater jednocześnie. Fikcyjna, ale i przejmująco prawdziwa postać. Znów pojawił się na ekranach polskich kin. Tym razem w komedii „Baby są jakieś inne”, nazwanej przez dystrybutora „Seksmisją” naszych czasów. Ale ani tam bab, ani seksu. Polaków nocnych rozmów zaś – w nadmiarze.
Reżyser twierdzi, że to Miauczyński pisze scenariusze filmów. Na ile to zgrywa, na ile oko do widza? Zgrywą była z pewnością kampania reklamowa filmu Koterskiego – najlepszego dziś po Smarzowskim portrecisty Polaków. Reklamy wyłaziły z lodówki i andrutów, w kinach puszczano trzy trailery pod rząd. Efekt? Pełne sale.
Z Koterskim wszyscy chyba mają problem. A zwłaszcza on sam. Wcale nie kryje się z inwazyjnością swoich scenariuszy względem jego samego, ich autoterapeutycznym i wiwisekcyjnym charakterem.
A Polacy lubią podglądać. Sąsiada, teścia, babę z bloku. No to podglądają – u Koterskiego mamy to w pełnym pakiecie. Tym razem przez cały film trzymamy pod lupą dwóch mężczyzn: Pucia (Robert Więckiewicz) i Miauczyńskiego (Adam Woronowicz). Już same personalia wywołują u widza współczucie. Ach, ci biedni mężczyźni w swych wspaniałych maszynach! I tak, jak Dzień świra toczył się (umownie) jednego dnia, tak tu wydarzenia zajmują nam niepełną noc. Pod jej osłoną, w miejscu skazującym na intymność i męskim atrybucie jednocześnie – samochodzie – faceci rozprawiają o życiu i kobietach. Droga zdaje się zawiła, a cel podróży jest tyleż nieznany, co symboliczny. Wycieczka autem staje się przyczynkiem do rozmowy, która będąc próbą demaskacji feministycznego świata, staje się w rzeczywistości wykładnią męskiego mózgu.
Baby, oczywiście, pojawiają się nie tylko w tytule. Do świata bohaterów wchodzą jednak w maskach i pozach. Ustylizowane na kuchty, damulki, mohery, lolity, trzpiotki i… baby po prostu. A noc czuwa nad przebiegiem tej sennej sztuki. Noc wyznacza tu też granice – widzimy tylko tyle, ile pokazuje nam reżyser. Ze strzępków informacji dowiadujemy się o rozwodzie i niezrozumieniu, bohaterowie przerzucają się mniej i bardziej trafnymi spostrzeżeniami względem płci pięknej. Pucio (rodem z piosenki Młynarskiego Jesteśmy na wczasach) się żali, Miauczyński jąkając się argumentuje. I odwrotnie.
Od pierwszej minuty film przybiera formę dygresyjnej przypowieści, i od pierwszej też minuty film sam się tym wykańcza, na oczach pełnej sali widzów. Koterski postanowił bowiem zagrać konwencją i cały obraz oparł na długiej Polaków nocnej rozmowie. Teatralna scena zapewne przyjęłaby taki ciężar, ograna kilkoma sztuczkami wciągnęłaby widzów do gry.
Ale od filmu oczekuje się jednak czegoś więcej. Po kwadransie zaczynamy bowiem rozumieć, że to właśnie tak będzie z tym filmem, że oni… i że, niemniej, rozumiesz bracie, oni tak… Jak u Jarmuscha, tylko że bez papierosów. Koterski serwuje nam podróż pomiędzy dwójką bohaterów, którzy im dłużej jadą, tym końca bardziej nie widać. Zakończenie wybawia z tej pułapki i tych po jednej, i tych po drugiej stronie szklanego ekranu.
Czy Miauczyński się skończył? Nie sądzę. W Domu wariatów, Życiu wewnętrznym, Nic śmiesznego, Ajlawju, Dniu Świra i Wszyscy jesteśmy Chrystusami Koterski nie wyeksploatował jeszcze tej postaci, którą Polacy tak pokochali wiele lat temu. Lubią ją i nie lubią jej jednocześnie. Miauczyński jest śmieszny, zawodząco-miauczący z wszystkimi ułomnościami człowieka ze świata postkomuny. Miauczyński też nie jest śmieszny zarazem, wywołując współczucie jako Polak, któremu wiecznie wiatr w oczy i kotwica w plecy.
Miauczyński jest, jak zwierciadło w starym zakładzie fryzjerskim. Odbijamy się w nim, niczym Dorian Gray. Tylko taki bardziej swój. Swojak. Ze swoimi tradycjami, mesjanizmem, Powstaniem Warszawskim, przywarami, sąsiedzkimi przypadłościami, teczkami i uśmiechem rodem z rodzinnej fotografii. Odbijają się i kobiety, i mężczyźni. I wszyscy w tym odbiciu są jacyś inni. A już zwłaszcza Koterski. I nic nie ma w tym śmiesznego, bo Koterski zawsze humor uprawia tylnymi drzwiami. Tak, że i trochę tej smutnej prawdy o nas samych przemyci.
Mimo to lubię go. I oglądać.
humphrey
fot. Kino Świat










Co za dno ta recenzja. Autor chyba w ogóle nie widział filmu. Zresztą najwyraźniej nei jest nim zainteresowany bo o nim w swojej „recenzji” nie wspomniał. Raczej powtórzył ogólne brednie jakie prawdopodobnie zasłyszał w internecie. Ech, proponuję następnym razem nie wypowiadać się na temat, o którym nie ma się pojęcia.
Nie zgadzam się z przedmówcą, zgrabnie napisana recenzja, jedna z ciekawszych na kt
Wiecie, nie mogę tego pojąć, jak niektórzy potrafią byś bezlitośni.
Recenzja -recenzją – zgrabna i zabawna. Czy czytelnicy nie zdają sobie sprawy, że to, że na portalu są w ogóle recenzje to dobra wola i czas piszących. Każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie w sposób dla niego najwygodniejszy. Dlatego też nie powinnam odnosić się do krytyka,ale na BOGA – miejmy w sobie choć krztynę dobrego smaku i wyrozumiałości.
To nie jest „Kino” ani „Kwartalnik…” tylko portal, społecznościowy.
Co z indywidualizmem? Co z wolnością słowa? Pracowaniem nad stylem?
Czy to internetowa anonimowość dodaje skrzydeł? Nie podaje się maila i nazwiska, więc można obrzucać błotem? O wiele trudniej napisać taki teks niż pięć zdań krytyki. Mającej na celu??????
Niech ta rubryka „komentarz” odniesie się do filmów, nie piszących o nich… bo jak mniemałam tak jest jej funkcja.
Słowo daję, chętnie przeczytam teksty śmiałych komentatorów takich jak pan Robert. Tylko, czy mam prawo, by to oceniać? Czy ktokolwiek ma do tego prawo?
Wnoszę o większą kulturę słowa, kulturę osobistą na KULTURALNYM.