KONCERT / Dream Theater – orkiestra bez dyrygenta
-
Dodano: 15:07 31 sierpnia 2011
Kategorie: Recenzje
Dream Theater w Spodku / Katowice
Orkiestra bez batuty
O koncercie „Dream Theater” w katowickim Spodku można pisać dwojako. Świetne brzmienia, wysoka forma muzyków – zwłaszcza wokalisty. Niezwykłe skupienie na twarzach i przemyślany set, w którym nie zabrakło numerów z żadnego longplaya, a nawet sola na perkusji. Wykonał je nowy gracz w drużynie Dream Theater – Mike Mangini. Muzyk poprawny.
Ale najpierw o Amplifier, które rozgrzewało czekającą w hali publikę. Tym razem nie trio, a kwartet z Manchesteru zagrał krótko i mocno (skład zasilił drugi gitarzysta). Śmiało porównuję ich do poprzednich, grających w Polsce supportów (Riverside, Symphony X, Opeth) – bo uczciwie trzeba oddać, że Sel Balamir & Co. zaserwowali mocnego seta. Głównie promowali nowy, trzeci już album, na którym pobrzmiewały echa Zeppów, Rusha, a nawet Queensryche, doprawione jeszcze mrokiem Ozziego i melodiami Floydów. Niemożliwe? Polecam dwupłytowe wydawnictwo „The Octopuss”.
Przyszła pora na gwiazdy. Przed pojawieniem się Dreamów było wiele obaw. Jak zaprezentuje się zespół, który kilka miesięcy temu stracił Mike’a Portnoya?
Większość z tych obaw muzykom udało się rozwiać, jedną zaś – potwierdzili.
Po sieci od wielu dni krążyły set-listy z koncertów w Londynie czy Wiedniu – i internauci rzeczywiście nie pomylili się. DT gGrali aż miło: długie, epickie „The Count of Tuscany”, fenomenalne „Endless Sacrifice”, nie często grane live „The Great Debate”, czy instrumentalny monument – „YTSE Jam” (ukłon w stronę Rusha, a czytane wspak – pierwsza nazwa zespołu).
Po muzykach widać było wielkie skupienie. Powód był bardzo prosty. Choć znani są powszechnie, jako wirtuozi, instrumentaliści, pamiętać należy, że od kilku miesięcy w składzie występuje Mike Mangini. Perkusista, który zastąpił Mike’a Portnoya – mózg zespołu, jednego z jego założycieli, kompozytora i wokalistę, autora tekstów i wydań DVD, showmana. Lidera.
Tym razem więc nie tylko odgrywali swoje, ale co rusz spoglądali w kierunku pałkera, który – choć kilku wpadek się nie ustrzegł – z koncertu wyszedł obronną ręką. Grał niewątpliwie prościej, ale choć jest rekordzistą Guinessa w wielu perkusyjnych konkurencjach, a prestiżowe magazyny obwołały go niedawno najlepszym na świecie – prawdziwą sztuką mimo tego było odegranie przezeń dwugodzinnego materiału. To muzyka najwyższej próby, nuty, których deszyfracja trudniejsza jest, niż złamanie Enigmy.
W wielkiej formie był James LaBrie. Pochodzący z Kanady wokalista nie odpuszczał żadnej frazy, dopiero w granym na bis „Learning to live” nie wyciągnął słynnego już fis w kulminacyjnym momencie. Po chwili pobiegł do reżysera dźwięku próbując coś mu wyperswadować. Akustyk musiał zapewne odrzec: – But dear James, my time machine doesn’t work, yet. Na co ten wrócił na scenę.
Brzmienie zmiażdżyło nawet melomanów w ostatnich rzędach, jak mówią zgodnie fani na forum polskiego fanklubu. Set – zadowolił wszystkich. Czego więc zabrakło?
Zabrakło otóż lidera. Dream Theater to przedziwny twór, na którego koncerty przychodzą przede wszystkim fani, a wśród słuchaczy – najwięcej jest tych, którzy sami łapali w życiu za gitarę czy klawikord. Tym sposobem oczywistą koleją rzeczy było, że liderem formacji został Mike Portnoy. Szalony perkusista, który – jak sam powtarzał – zawsze robił wszystko dla fanów. Po to, by Dream Theater było dla nich takim zespołem, jakiego fanem zawsze sam chciał być. Stąd polskie akcenty (t-shirt reprezentacji na koncercie), set-listy opracowywane osobno nie tylko na każdy kolejny kraj, ale miasto w tym kraju – tak, by nic nigdy się nie powtarzało. Stąd blogi, nagrania zza kulis, maskotki, wychodzenie do publiczności, szalone tricki z pałkami, produkowanie wszystkich „making of”, a na koniec – fenomenalna gra. Ten człowiek ciągnął cały majdan przez ponad dwie dekady. I nagle go zabrakło. Jako fanka od blisko dekady nakreślę wagę informacji o odejściu Portnoya. Był to news porównywalny do tego o śmierci Michaela Jacksona. Tu – nie w kategoriach życia i śmierci, ale tych estetycznych, muzycznych.
Zabrakło człowieka, który z instrumentalnego koncertu robił muzyczne show, równoważąc kamienną twarz basisty, udziwnienia klawiszowca, solówki gitarzysty i wyniosłość wokalisty. W Katowicach LaBrie silił się na dialog z publicznością, ale czego można oczekiwać od śpiewaka o wykształceniu operowym, który nigdy przed publiką się nie obnażył? Nie otworzył się na nią? Petrucci rzucał kostki, przed i po koncercie co chwila dodawał wpisy na Twitterze (czego nigdy wcześniej nie robił). Mangini energicznie machał głową zza swojego monstrualnego zestawu.
Pozostaje czekać na wrześniową premierę nowego albumu, które przedsmak dali także w Katowicach. Podsumowując: świetny koncert – brzmienie, utwory.
Wspaniała orkiestra bez dyrygenta.
KB
Kulturalny Toruń nawiązał współpracę z Wydawnictwem Rock Serwis, organizatorem koncertu.










!Wspaniale!