RECENZJA DVD / Senna
-
Dodano: 12:32 27 grudnia 2011
Kategorie: Recenzje
Tagi: Recenzje
Dokument „Senna”, reż. Asif Kaspadia
Człowiek z maszyny
Nie bez powodu film ten otrzymał nagrodę publiczności na festiwalu w Sundance. Dokument o jednym z najwybitniejszych kierowców wyścigowych w historii wciska w fotel. Nie tylko jednak zawrotną prędkością. To historia prawdziwego mistrza. Widzimy go, jak zaczyna karierę i widzimy, jak umiera na oczach milionów widzów. Przed państwem Ayrton Senna.
Pamiętam jak dziś sceny z toru Imola. Weekend podczas pamiętnego Gran Prix był jak zły sen. Najpierw koszmarny wypadek Rubensa Barrichello. Dzień później wstrząsająca śmierć Ratzenbergera z teamu Simtec. Wreszcie niedziela. Na starcie jest nerwowo. Tuz po zapaleniu zielonych świateł rozpędzony bolid uderza w pojazd J. J. Lehto, który nie ruszył z miejsca. Na torze pojawia się samochód bezpieczeństwa.
Po chwili ponownie ruszają. Nie mija kilka minut, jak niebieski bolid Williamsa z Ayrtonem Senną za kierownicą wbija się w betonową ścianę, niczym pocisk w tarczę. Pamiętam każdą klatkę filmu i pamiętam łzy. Nad torem Imola płakał tamtego dnia cały świat. Bo Sennę kochał cały świat.
To wprost niesamowite, że powstał tak doskonały film. Jego siłą jest niezwykle bogaty materiał. Widzimy amatorskie nagrania z pierwszych startów Senny, jego niepublikowane wcześniej wywiady, materiały zza kulis, nagrania z kamery pokładowej, których próżno było szukać podczas relacji na RTL. I nie ma tu żadnego efekciarstwa, żadnego GTA Vice City. Klasyczny, wierny prawdzie dokumenty, podzielony chronologicznie oraz tematycznie. Kariera, miłość, ojczyzna, pasja. Poznajemy wiernych towarzyszy Ayrtona, jak Ron Dennis (przez ponad dwadzieścia lat szef McLarena) czy też jego odwiecznych rywali, z Alainem „Profesorem” Prostem na czele. Z tym ostatnim toczył przez lata zacięty bój, tak jak Lauda z Huntem wcześniej, a Schumacher z Hillem później. Rozmawia też przed kamerę z Barrichello, który wtedy zaczynał karierę, a dziś jest weteranem, wciąż śrubującym rekord startów w F1.
Oglądamy historię prawdziwego diamentu, kierowcy-pistoletu, który gdzieś z torów gokartowych w ogarniętej chaosem Brazylii przybywa do Europy, by po kilku latach być trzykrotnym mistrzem świata i rekordzistą pod względem zwycięstw i Pole Position (wywalczonego w kwalifikacjach 1. miejsca startowego do wyjściu).
Obserwujemy nierówną walkę wojownika cannarinho z systemem. Wciąż powtarza, że chce uciec od polityki kierującej sportem, przywołując czasy, kiedy wyścigi były „tylko wyścigami”. Wielkie wrażenie robią nagrania z zamkniętych spotkań kierowców, gdzie toczą się zażarte dyskusje na temat bezpieczeństwa na torze.
Po trzykrotnym zdobyciu mistrzostwa Senna trafia do Williamsa, który dysponuje najlepszym bolidem – pierwszym w stawce wyposażonym w system pokładowy. FIA wprowadza też zmienia przepisy, które jeszcze sezon wcześniej dawały Williamsowi tak znaczną przewagę. Senna mówi: – Wyścigi wygrywają teraz komputery. Nie ma jednak do końca racji. Williamsem nie udaje mu się zawsze wygrywać, są problemy z autem.
.
Przychodzi pamiętny weekend na Imola. Senna jest niespokojny już od piątkowych treningów. Uparcie tłumaczy mechanikom, że samochód jest niewyważony. Kilkakrotnie wykręca „bączka” na torze, kiedy tylna oś traci na wirażu przyczepność. Z paddocku Williamsa patrzymy na monitor, na którym roztrzaskuje się bolid Ratzenbergera. Senna pyta: – On jechał 320km/h na tym łuku?..
Tumany kurzu opadają, fioletowy bolid Simtec, z oderwaną osłoną silnika zatrzymuje się. A właściwie – to, co z niego zostało. Głowa austriackiego kierowcy bezwładnie opada na bok. Senna wypowiada tylko słowa: – F… i zakrywa oczy. Szkoda, że w filmie nie skomentowano sytuacji z GP Belgii w 1992 roku, w której widząc wypadek na torze zatrzymał bolid, wyskoczył i pobiegł ratować kolegę, Erica Comas. Fragment tego nagrania pokazany jest na napisach końcowych.
Film wspaniale wzbogacają wypowiedzi przyjaciół Ayrtona, rywali, a także jego lekarza.
„Senna” to podróż do ery przed Bennetonem i Schumacherem. Do ery wielkich mistrzów – Nikiego Laudy, Alaina Prousta, Nelson Piqueta, Nigela Mansella i nieistniejących już stajni, jak Tyrrell, Footwork czy Minardi.
Asif Kaspadia stworzył najlepszy sportowy dokument w historii. Polecam wszystkim, także tym bez prawa jazdy, i także tym, którzy Formułę 1 znają od Kubicy. I tym którzy żadne z powyższych, również.
humphrey










Najlepszy sportowy dokument w historii? Nie widziałem tegoż, ale to mocne słowa
Drogi kolego humphrey, autorze tekstu! Sugeruję się przebranżowić, bo do obecnej roboty się nie nadajesz. Powody wg chronologii tekstu:
1. Barrichello, nie Barichello
2. Roland Ratzenberger nie był młody, bo miał 34 lata (tyle co Ayrton) i należeli razem do najstarszych w stawce
3. nie „po chwili ruszają”, tylko po 4 okrążeniach jazdy za Safety car „wznawiają” wyścig.
4. „Nie mija minuta” Otóż mija, bo mija całe okrążenie numer 6, a wypadek miał miejsce na początku siódmego. Mija zatem około półtorej minuty.
5. Samochód się w ścianę nie wbija, tylko o nią uderza i poważnie uszkodzony się od niej odbija, sunąc po poboczu ok 100m
6. Ron Dennis kierował McLarenem przez 28 lat, wiec „prawie 30″ byłoby stosowniejsze niż „ponad 20″
7. Alain Prost (nie Proust)
8. Senna nie był rekordzistą pod względem ilości zwycięstw (był nim wówczas Prost)
9. NAJWIĘKSZY NONSENS: w 1994, gdy Senna przechodził do Williamsa to FIA ZAKAZAŁA a nie wprowadziła kontrolę trakcji! Elektronika dawała Williamsom ogromną przewagę w 92r. i 93r. i wówczas Brazylijczyk stwierdził komputeryzacji nadmiar. Samochód z 94r. jej pozbawiony okazał się niestabilny i nieudany.
10. Ratzenberger nie był Niemcem tylko Austriakiem.
11. Nie Tyrell, tylko Tyrrell
12. „Asif Kaspadia stworzył najlepszy sportowy dokument w historii” subiektywna ocena, dziennikarza niegodna.
Lista błędów długa jak pół artykułu, gratuluję poziomu niekompetencji!
Za literówki i kilka nieścisłości przyjmuję krytykę. Ale mentorski ton sobie daruj, kolego Marcinie. Napisz sam tekst – tu publikować może każdy. Gdy Senna zginął, miałem 10 lat. Nie miałem wówczas ani internetu, ani encyklopedii sportu. Pisząc więc teraz, w święta, pod wpływem emocji, posiłkowałem się notatkami, które pisałem jako dzieciak. I wcale się tego nie wstydzę.
A. Jedno jeszcze. Jestem autorem recenzji tutaj, nie dziennikarzem Stopklatki. Moja ocena może być tylko subiektywna.
Pozdrawiam tak czy inaczej, fajnie że ktoś pamięta, czym była prawdziwa F1.