RECENZJA: „Erynie”

  • krajewski-erynie (foto)

    Dodano: 20:14 15 sierpnia 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , ,

    Nie chcąc psuć czytelnikom niespodzianki, recenzent musi niekiedy powstrzymywać się od prezentowania zawiłej fabuły ocenianej pozycji. Można oczywiście przedstawić całą historię, a następnie porozstawiać przed księgarniami znaki przestrzegające przed kupnem danej książki, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Przeważnie jednak unika się skrajnych rozwiązań. Ciężko więc zdać sprawę z lektury kryminału, którego siła niejako z definicji opierać się powinna na intrydze. Pół biedy, jeżeli jest to intryga dobrze skrojona. „Erynie” Marka Krajewskiego takiej nie posiadają.

    Początek (pomijając zbędną, jakby na siłę dodaną, ramę współczesną) przedstawia się interesująco. Lwów, maj 1939 roku. Bliskość wojny staje się jednym z podstawowych tematów rozmów. Jednakże życie społeczne oderwane od wielkiej polityki rządzi się swoimi prawami. Żydowski aptekarz, Adolf Aschkenazy, znajduje wrzucone do podwórkowej kloaki ciało, którym okazuje się Henio Pytka, mały, zaledwie trzyletni chłopiec. Znaki na ciele, liczne rany kłute, wskazują na mord rytualny. Podejrzenie pada oczywiście na mniejszość żydowską. Sprawę przejmuje komisarz Edward Popielski, który raczej pragnąłby móc spokojnie odejść na emeryturę, jednak pod presją zwierzchnika i opinii publicznej zgadza się poprowadzić śledztwo. Na efekty jego pracy nie trzeba długo czekać, domniemany sprawca zostaje złapany. Policjant, zadowolony z szybkiego ujęcia mordercy, oddaje się w Krakowie seksualnym uciechom, lecz we Lwowie czeka już na niego informacja o kolejnym porwanym dziecku, które, zgodnie z otrzymanym telegrafem, tym razem jest mu dobrze znane.

    Zasadnicza akcja zostaje w tym momencie zawiązana. Odtąd Popielski w obawie o losy wnuka nie cofnie się przed niczym, by ująć prawdziwego zbrodniarza. Jego metody pracy można eufemistycznie nazwać kontrowersyjnymi. Zachowuje się jak w amoku, przesłuchując świadków wpada wielokrotnie w szał. Nie znosi sprzeciwu, nie stosuje się do żadnych reguł. Zdecydowanie nie jest to postać sympatyczna, po pewnym czasie zaczyna wręcz odpychać przedmiotowym traktowaniem napotykanych ludzi i skłonnościami do okrucieństwa – scena torturowania niepełnosprawnego chłopca celem wydobycia informacji od ojca oburza, choć jednocześnie cierpi na koncepcyjne niedopracowanie. Impulsywny komisarz zbyt metodycznie podchodzi do tej sytuacji, podczas gdy we wcześniejszych, podobnych przypadkach, jego inwencja ograniczała się do prostackiego bicia.

    Choć Popielski jest nową postacią, po raz pierwszy wprowadzoną w poprzedniej książce Krajewskiego, „Głowie Minotaura”, gdzie lwowski policjant prowadził śledztwo wspólnie z bohaterem wszystkich dotychczasowych kryminałów autora, Eberhardtem Mockiem. Charakterologicznie wiele się jednak od niego nie różni. Podobnie jak poprzednik, jest pedantycznym elegantem gustującym w markowych ubraniach, smakoszem, samotnikiem. Tak jak Mock (i jego twórca, bądź co bądź, filolog klasyczny z wykształcenia) gustuje w łacinie: począwszy od ozdobionej sentencją wizytówki, poprzez lekturę poezji antycznej w oryginale, a na wysokiej znajomości gramatyki skończywszy. Cechą charakterystyczną lwowskiego komisarza jest doskwierająca mu choroba, epilepsja, która znacząco wpłynęła na jego tryb życia, w tym godziny pracy. Popielski śledztwo prowadzi głównie nocami, dezorganizując w pewnym stopniu policyjne struktury, jednakże z uwagi na jego efektywność zostało to zaakceptowane. Choroba wyzwala w policjancie zdolności profetyczne, co dziwi w zestawieniu z dominacją elementów stricte realistycznych w świecie przedstawionym. Wizje, których komisarz doświadcza, wykorzystuje w dochodzeniu. Nie jest nam dane dowiedzieć się więcej ani o sposobach wykorzystania tej umiejętności w przeszłości, ani o mechanizmie jej działania. Tymczasem w aktualnej sprawie nie przydaje się, nie wpływa na przebieg akcji, pamięć o niej wyraża się tylko w potwierdzaniu prawdziwości widzianych podczas ataku obrazów, pozostaje więc ona jedynie ekstrawagancką ciekawostką.

    Powstrzymując się od ujawniania zbyt wielu szczegółów dotyczących intrygi wypada stwierdzić najogólniej, że razi nadmiernym skomplikowaniem, przez co może zostać odebrana jako nieprawdopodobna. Dobry kryminał powinien charakteryzować się pewną prostotą (w pozytywnym sensie tego słowa) i Krajewski w swoich pierwszych książkach ten postulat spełniał. Tymczasem motywacja postępowania Heroda, gdyż tak komisarz Popielski nazywa tajemniczego mordercę, nie broni się, swój cel mógł on osiągnąć zdecydowanie łatwiej, przy użyciu innych środków.

    Przeniesienie akcji z Wrocławia do Lwowa nie wypadło korzystnie. Kreacja miasta jest co najwyżej poprawna. Oczywiście nie można odmówić autorowi sumienności, należy docenić  dbałość o szczegóły (chociażby nazwiska profesorów uniwersyteckich). Lecz poza tym tak naprawdę mamy do czynienia z katalogiem nazw ulic, które niewiele się od siebie w sposobie przedstawienia różnią. Brakuje lokalnej atmosfery, kolorytu, tak naprawdę gdyby wymienić kilka elementów mogłoby to być dowolne inne miasto. Trochę szkoda zmarnowanej okazji ponieważ, co widać po obrazie Wrocławia z poprzednich książek, autor jak chce, to potrafi.

    Tytułowe Erynie to wywodzące się z mitologii greckiej boginie zemsty. Ich imionami Krajewski nazwał trzy główne części utworu (poza prologiem i epilogiem). Znajomość etymologii  imion (Alekto – „niestrudzona”, Tyzyfone – „wymierzająca karę, mścicielka”, Megajra – „wroga, zawistna”) pozwala odnieść ich znaczenia do postaci występujących w utworze. Przede wszystkim oczywiście określają one Popielskiego, dla którego zemsta, osobista krucjata, staje się od pewnego momentu najistotniejsza. Trzy boginie patronują kolejnym punktom zwrotnym prezentowanej historii, które w pewien sposób zmieniają (zazwyczaj na jeszcze gorsze) zachowanie i podejście lwowskiego policjanta. Znajdą się jednak także i inni bohaterowie, którym można by przypisać powyższe cechy.

    Sądząc po zakończeniu książki, to już nasze ostatnie spotkanie z komisarzem. Zgodnie z informacjami zawartymi w epilogu, resztę życia po tragicznych wypadkach maja 1939 miał już szczelnie wypełnioną. Najprawdopodobniej Krajewski zdawał sobie sprawę z wtórności swojego bohatera i wykorzystał go jako postać przejściową, tymczasową. Miejmy nadzieję, że w następnej książce na scenę wkroczy już ktoś oryginalniejszy.

    Artur Jabłoński

    Marek Krajewski, Erynie, Znak, 2010.


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz