RECENZJA: „First of All, Felicia”

  • tofi-pomarancza-2010 (foto)

    Dodano: 15:02 1 lipca 2010

    wydarznie pod patronatem kulturalnytorun.pl



    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , , , ,

    „First of All, Felicia”, reż. Melissa De Raaf, Razvan Radulescu

    Kino jest wszystkim, pełnią świata i czystą magią, jak przekonywał jeden z najwybitniejszych polskich krytyków filmowych, Zygmunt Kałużyński. Przypuszczam, że ten sam człowiek odrzuciłby „First of All, Felicia” jako przykład zbyt dosłownej reprezentacji świata i zawłaszczenia istoty sztuki filmowej przez czystą literaturę. A jednak, gdy dać mu szansę, ten film posiada w sobie pewne bogactwo, skryte pod powierzchnią trudno przyswajalnej, a zarazem pozornie banalnej formy.

    Rzecz dzieje się w realiach współczesnej Rumunii, w dzień powrotu tytułowej bohaterki do Holandii, gdzie żyje od dwudziestu lat. Przyziemny zbieg okoliczności sprawia, że Felicji ucieka samolot. Jest to punkt wyjścia dla badania relacji między bliskimi osobami, które dzieli znaczna odległość, zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Temat komunikacji w obrębie rodziny oraz pytania o dom, jego prawdziwe miejsce i znaczenie, daleko wykraczają poza kontekst geograficzny. Na spotkaniu po projekcji De Raaf słusznie spostrzegła, że choć akcja filmu rozgrywa się na osi Bukareszt – Amsterdam, to te same problemy mogą okazać się równie aktualne w sytuacji, gdy z rodzinnego domu przeprowadzimy się na sąsiednią ulicę.

    W wymiarze formalnym film może irytować posuniętą do granic nudy, szczegółową obserwacją postaci i otaczającego ich świata, dodatkowo opatrzoną sporą ilością długich scen dialogowych, w których niby nic się nie dzieje. Jednak uważna percepcja, poprzedzona pewną uległością wobec takiej konwencji, pozwala wydobyć wiele niuansów, tkwiących w subtelnym potraktowaniu obrazu, zmienności światła, przepływu czasu i w końcu powściągliwej, acz przekonującej gry aktorskiej. Chociaż początkowo „First of All, Felicia” może przywoływać skojarzenia z estetyką polskiej telenoweli, to z czasem trudno odmówić filmowi takich jakości, jak gęstość znaczeń i autentyczność przesłania. Razvan Radulescu, o którym krąży anegdota, że jego DNA tkwi we wszystkich znanych rumuńskich scenariuszach, wykazuje się bardzo formalistycznym, kierowanym pewną logiką podejściem do dramaturgii. Porównania „First of All, Felicia” do sztuki teatralnej zbija wyjaśnieniem, że chodzi tu raczej o konstrukcję opery – od banalnych kawałków o świecie przedstawionym po eksplozję uczuć w postaci arii. O dziwo, to chłodne, wykoncypowane założenie przekłada się w filmie na przejmujące ujęcie barier na drodze do porozumienia oraz emocji towarzyszących temu doświadczeniu.

    Duet reżyserski, wbrew rzucającym się w oczy różnicom (płci, pochodzenia, wieku i zaplecza artystycznego), okazał się wyjątkowo zgodny, przez co ich wspólny debiut nosi cechy spójności i wręcz matematycznej konsekwencji. Być może ze względu na tak podobne podejście do kwestii formalnych ze strony obojga autorów, film przybrał postać na tyle minimalistyczną w zakresie estetyki, iż większość widzów w pewnym momencie projekcji, jeśli nie do ostatniej sceny, zastanawia się, czy nie wyjść z kina. Mimo to, jest w tej opowieści coś na tyle intrygującego, by śledzić ją do końca. I opłaca się wytrwać, bo głęboka, autentyczna refleksja ukryta w „First of All, Felicia” zaczyna kiełkować późno, może nawet dopiero po napisach końcowych, przynosząc jednak obfity plon.

    Joanna Tercjak


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz