RECENZJA: „Francesca” & „Kobiety bez mężczyzn”

  • kbm (foto)

    Dodano: 13:37 30 czerwca 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , , ,

    „Francesca”, reż. Bobby Păunescu

    Przekonanie o naturze kina jako „świetlnym odlewie rzeczywistości”, wyrażone przez mentora francuskiej Nowej Fali, André Bazina, dekady temu wywołało jeden z najbardziej twórczych fermentów w światowej kinematografii. Mieszanie form filmowych, od werystycznego dokumentu po autorską kreację w domenie fikcji, okazało się wówczas zastrzykiem świeżości. Zdaje się, że podobna tendencja do paradokumentalnej obserwacji świata przedstawionego udziela się współcześnie wielu młodym, europejskim twórcom. Jednak podejmując grę z eksploracją powierzchni, filmowcy stają przed wyzwaniem, z którego być może nawet nie zdają sobie sprawy, jakim jest wychwycenie dramaturgicznej siły tkwiącej w samej rzeczywistości, psychologicznego bogactwa i tego, co w swej pospolitości pozostaje dla nas niewidoczne na co dzień.

    „Francesca” ma być właśnie takim szczerym spojrzeniem na realia współczesnej Rumunii, na społeczny chaos w kraju zbyt śpiesznie goniącym starą Europę. Dla ukazania wszechobecnego krętactwa, kulturowych kompleksów oraz marzeń młodego pokolenia reżyser wprowadza nas w świat Franceski i Miti, pary trzydziestolatków usiłujących zmienić swoje życie. Mimo ich wahań i powszechnych wyobrażeń o Zachodzie jako niebezpiecznej dżungli pełnej dzikusów żądnych rumuńskiej krwi, okazuje się, że prawdziwe niebezpieczeństwo czai się tam, gdzie najmniej można się go spodziewać – w rodzimym kraju, gdzie bohaterowie czują się swojsko jak w domu. Na uwagę zasługuje tu spostrzeżenie, że w zasadzie wszyscy, również sympatyczni bohaterowie, są  jednakowo uwikłani w korumpujący system ciemnych interesów, gdzie każdy pragnie jedynie jakoś sobie poradzić.

    Jest to z pewnością temat aktualny nie tylko w wąskim kontekście rumuńskim, jednak sama waga poruszanych problemów to moim zdaniem zbyt mało, by zrobić kino. Niestety, Păunescu oferuje niewiele ponadto. Bohaterowie, choć sympatyczni w swej zwyczajności, zdają się na tyle mało wyraziści i płytcy, że nie wyzwalają silnych uczuć identyfikacji czy choćby empatii po stronie widza. Do wrażenia papierowej schematyczności postaci przykładają się również zbyt długie i statyczne sceny dialogowe, z których nie wynika nic ponad to, co widz już wie. Chciałoby się powiedzieć, że film został w tym przypadku zdominowany przez literaturę, do tego dialogom brakuje psychologicznej głębi oraz zdolności wybijania odbiorcy z utartych dróg rozumienia. Natomiast paradokumentalna obserwacja świata, będącego scenerią dla tej opowieści, przytłacza ilością ujęć ciągnących się w nieskończoność, z których również nic odkrywczego nie wynika. Ostatecznie, traci na tym dramaturgia filmu, prezentującego historię, jakich wiele, i to nie całkiem składnie.

    Uwielbiam nudę w kinie, o ile jest to nuda à la Sartre: otwierająca na zupełnie inny sposób percepcji świata w całej jego intensywności i absurdalności, wytrącająca z potocznego pojmowania rzeczywistości, zmuszająca do dostrzeżenia nachalnej masy bytu. W takim doświadczeniu „świetlnego odlewu rzeczywistości” jest coś transowego – trudnego i kojącego zarazem. Film jako medium łączące siłę obrazu i wagę czasu jest z natury idealnym wehikułem dla takich jakości. Ale dzieła pokroju „Franceski”, będące przykładami niezrozumienia istoty kina, nudzą nudą zupełnie bezpłodną.

    Joanna Tercjak

    „Kobiety bez mężczyzn” reż. Shirin Neshat

    Shirin Neshat, gość specjalny tegorocznego Tofifestu to pochodząca z Iranu artystka zajmująca się sztukami audiowizualnymi, przede wszystkim fotografią i wideo-artem. W swojej twórczości często zwraca się ku tematowi sytuacji kobiet w islamie. Konkursowe „Kobiety bez mężczyzn” to jej pełnometrażowy debiut. Podjęła się jego realizacji, gdyż jak sama mówi, szybko nudzi się jedną formą wyrazu i pragnie ciągle sięgać po coś nowego, żeby się sprawdzić. Tym razem chciała się przekonać, czy potrafi opowiedzieć widzowi historię.

    Zatem przekonajmy się. Akcja filmu przenosi widza do Iranu roku 1953. Kraj jest na przededniu obalenia demokratycznie wybranego premiera Mossadeka przez Szacha Pahlaviego wspieranego przez siły brytyjskie i amerykańskie. W tym czasie obyczaje były w Iranie nieco swobodniejsze niż obecnie, choć jednocześnie religia bardzo mocno ingerowała w życie jednostek, zwłaszcza kobiet. Film opowiada losy czterech bardzo różniących się od siebie mieszkanek Teheranu. Zbuntowana, zainteresowana polityką Munis jest terroryzowana przez brata, który zabrania jej wychodzić z domu. Jej przyjaciółka Faezeh jest znacznie bardziej potulna i zainteresowana przede wszystkim bratem Munis. Tymczasem stroniąca od ludzi prostytutka Zarin o straszliwie wychudzonym ciele balansuje na granicy wyczerpania i szaleństwa. Jest jeszcze dobiegająca pięćdziesiątki, uzdolniona artystycznie Fakhri, która, znudzona swoją rolą żony pewnego generała, angażuje się w subtelny flirt z dawnym przyjacielem.

    Każda na swój sposób próbuje wywalczyć szansę samostanowienia o sobie, ale jedyną drogą do tego jest ucieczka. Sytuacja materialna Fakhri sprawia, że jej najłatwiej wydostać się spod presji otoczenia. Któregoś dnia odchodzi od męża i kupuje ogród poza miastem. Nie dom z ogrodem, a właśnie ogród, do którego jedynie dodatkiem jest dom. Trafiają tam także Zarin i Faezeh. Rozległy ogród strzeżony przez tajemniczego mężczyznę stanowi jakby przestrzeń z innej rzeczywistości, która kontrastuje z równocześnie prowadzonym wątkiem ulicznych zamieszek i demonstracji politycznych w Teheranie.

    Film jest przesiąknięty poetyką magicznego realizmu. Reżyserka nie buduje klasycznej dramaturgii. „Kobiety bez mężczyzn” są utrzymane w powolnym rytmie, mają charakter kontemplacyjny, ale umiejętne wykorzystanie właściwości obrazu i dźwięku sprawia, że film magnetyzuje widza, nie pozwala mu się nudzić, a niekiedy potrafi trzymać w napięciu. Praca kamery jest raz statyczna, raz dynamiczna, charakteryzuje się dużą wrażliwością na efekty świetlne i barwy. Zdjęcia miasta i natury są majestatycznie piękne. Prosta i nienarzucająca się ścieżka dźwiękowa doskonale podkreśla nastrój filmu. Wizualny i akustyczny perfekcjonizm oraz sugestywność sprawiają, że film zmierza w stronę kreacyjności. Według mnie połączenie scenerii onirycznego ogrodu z aktualnymi realiami historycznymi wypadło jednak nieco sztucznie. Mimo stylistycznej jednorodności widz może doznać czasem wrażenia, że opowiada mu się dwa filmy na przemian. Metafizyczny wymiar przestrzeni ogrodu nie przenika do drugiego wątku dzieła, który nie wykracza za bardzo poza ukazanie aktualnych walk politycznych.

    Podczas pokazu filmu sala była wypełniona po brzegi, a na spotkaniu z reżyserką nie było końca pytaniom widzów. Shirin Neshat na szczęście mogła się wyręczać czasem w odpowiadaniu na nie swoim mężem, Shoją Azarim, który przybył razem z nią do Torunia i który był drugim reżyserem, a także współtwórcą scenariusza „Kobiet bez mężczyzn”. Shirin od razu zdobyła sympatię publiczności, mówiąc, że zawsze chciała przyjechać do Polski. Za powód tego pragnienia podała, może mało dla nas pochlebne, spostrzeżenie, że między historią Iranu a Polski występuje wiele analogii. Reżyserkę pytano o sam film i pracę nad nim, ale dyskusję zdominował temat jego odbioru na całym świecie. Film odniósł znaczny sukces na różnych festiwalach. Okazało się przy tym, że w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych pełnił funkcję dydaktyczną, gdyż dopiero z niego wiele osób w obu krajach dowiedziało się o roli swoich rządów w zaprowadzeniu dyktatury w Iranie. Widzowie byli też ciekawi, czy film jest znany Iranie, co dało Neshat okazję do wypowiedzenia słów, które rzadko padają z ust artysty. Podziękowała mianowicie irańskim piratom, dzięki którym jej film, zakazany w Iranie, mogli obejrzeć jej rodacy i to przed światową premierą. Nielegalne kopie dzieła trafiły nawet na odległą prowincję. Dla wielu ludzi, głownie starszego pokolenia obraz stanowi nostalgiczny powrót do czasów, gdy Iran był znacznie bardziej nowoczesny i kosmopolityczny niż dzisiaj. Młodzi natomiast mają okazję zobaczyć, że kiedyś w ich kraju żyło się inaczej. Jedno z ostatnich pytań brzmiało, czy Shirin Neshat zdecydowałaby się na powrót do Iranu, gdyby miała taką możliwość (od 1996 roku ma bowiem zakaz przyjazdu do kraju). Artystka powiedziała, ze w każdym tkwi chęć bycia w domu, z rodziną, w miejscu, gdzie mówi się tym samym językiem, co inni, i wygląda się jak inni. Ale nie była pewna, czy nie byłoby już dla niej na taki powrót za późno, gdyż stała się już osobą żyjącą międzynarodowo i nie wiadomo, czy odnalazłaby się z powrotem w Iranie nawet, gdyby reżim upadł.

    Żaneta Dolatowska


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz