RECENZJA: Indigo Tree – „Lullabies…”

  • Binder1.pdf (foto)

    Dodano: 09:28 15 lutego 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: ,

    - Być może taką płytę nagrałby Syd Barrett, gdyby choroba psychiczna i śmierć dały sobie na wstrzymanie. ?Lullabies Of Love And Death? to dzieło lokujące się gdzieś w okolicach solowej, freakowej twórczości najzdolniejszej osobistości z Pink Floyd. Coraz śmielej młodzi polscy muzycy wychodzą na przeciw zachodniej tradycji z podniesionym czołem, a Indigo Tree idzie zdecydowanie w pierwszej kolumnie – o płycie „Lullabies Of Love And Death” grupy Indigo Tree pisze Rafał Skonieczny z Kulturalnego Torunia

    Dzieci Barreta

    Indigo Tree wzięło się właściwie z nikąd, chociaż jest współtworzone przez znanego z Pustek i hermetycznego obiegu literackiego Filipa Zawadę ? basistę i autora tomów wierszy ze świetnymi okładkami. Drugą połową duetu jest Peve Lety, o którym ? przyznaję ? wcześniej nie słyszałem nic. I oto jak grom z jasnego nieba wpadają ci panowie do eteru wzbudzając z miejsca spore zainteresowanie, wręcz zamieszanie. Bo kto? Jak? Dlaczego?

    Gdy pierwszy raz usłyszałem w radiu singiel ?I Am The Car? z ich debiutanckiego albumu, pomyślałem, że to chyba nowy numer Fleet Foxes. A pomyślałem tak, ponieważ Indigo Tree brzmi bardzo, ale to bardzo niecodziennie jak na polskie (i tak już niczego sobie) warunki. Być może taką płytę nagrałby Syd Barrett, gdyby choroba psychiczna i śmierć dały sobie na wstrzymanie. ?Lullabies Of Love And Death? to dzieło lokujące się gdzieś w okolicach solowej, freakowej twórczości najzdolniejszej osobistości z Pink Floyd. Coraz śmielej młodzi polscy muzycy wychodzą na przeciw zachodniej tradycji z podniesionym czołem, a Indigo Tree idzie zdecydowanie w pierwszej kolumnie. Ich debiut to świetna, bezpretensjonalna i uniwersalna muzyka, która dla mieszkańców Wysp nie będzie tylko ciekawostką z Bloku Wschodniego, a dziełem kładącym na łopatki ich drogie, wymuskane produkty ?alternatywnego? grania.

    Formuła ?Lullabies?? przywodzi na myśl szlachetną metodę ?zrób to sam?, tutaj pociągniętą konsekwentnie w kierunku uzyskania naturalnego, niewymuszonego, acz bardzo precyzyjnego artystycznego efektu. Indigo Tree są bowiem nastawieni na kreowanie mikroświata z dźwięków dziwnych, odrealnionych, wyjętych z ich naturalnego środowiska. Często głosy i gitary dobywają się jakby z odległego zakątka hali hutniczej, dzięki czemu jest wrażenie uczestniczenia w koncercie bez publiczności. Ale są też momenty intymne, gdy Lety pojawia się tuż przy uchu, by obłędnym falsetem a?la schizofreniczna odmiana Neila Younga kołysać do dziwacznego snu. Liczne chropowatości, niedociągnięcia, omsknięcia, niedokładne akordy są częścią tej onirycznej bajki dla dorosłych. I chociaż artyści z powodzeniem operują kategorią absurdu również w warstwie liryki, to jednak słuchając tych kawałków ma się poczucie obcowania z czymś poważnym, jakby zaklinaniem życia (czymkolwiek ono jest) i śmierci we wszelkich jej inkarnacjach. Ponieważ nawet miłość ma tutaj blady uśmiech. Liczne odwołania do amerykańskiej tradycji bardów czynią niekiedy z tych szamańskich ballad naprawdę solidne egzystencjalne piguły. Weźmy choćby srogą pieśń ?Blue My Eyes? w całości opartą o zgrzytliwe akordy gitary, cichy pochód basu i skromne dźwięki wygrywane na organach, nad którymi góruje nieco histeryczny wokal.

    Płyta zawiera 14 bardzo różnych utworów, którym poświęcono jednak dużo uwagi, żeby wyczyścić je ze zbędnych błyskotek i zostawić wyłącznie esencję, nawet jeśli ostatecznie w zębach miałyby znaleźć się same fusy. Muzycy mimo wszystko mają dużo szacunku do instrumentarium i używają go z wyczuciem, elegancją, z powodzeniem robiąc użytek z wszelkich jego ubocznych efektów. Nie ma tu pustych przebiegów. Indigo Tree potrafi w pełni zagospodarować przestrzeń przy użyciu minimalnych środków, lawirując między bluesową dekadencją, radosną podśpiewką, transem i srogą balladowością z wykorzystaniem brzmienia taniego keyboardu najprawdopodobniej marki Thomsonic, jak ma to miejsce w jednej z najlepszych piosenek na płycie ? ?Swell?. Bywa jednak, że zostaje tylko gitara i jaskrawy głos Lety?ego, jak choćby w przejmującej ?Halfway?. I to w zupełności wystarcza. Czuć w tej muzyce swawolę, ale również dyscyplinę, ponieważ tylko dzięki niej można opowiedzieć coś interesującego. A wrocławianie opowiadają naprawdę wciągające historie.

    Przeszłość i teraźniejszość pokazuje, że polska muzyka poszukująca ma swoje stałe miejsce na półeczce w Empiku i potrafi zawładnąć wyobraźnią masowego słuchacza. Nie dziwi więc specjalnie moda na Indigo Tree, które ze swoją wcale nie tak przebojową i łatwą muzyką ląduje w dużym obiegu. Ampersand Records z rozmachem inwestuje w ambitny pop i nawet nieco już archaiczne acz słuszne wydawanie EP-ek w postaci materialnej, jak miało to miejsce choćby ostatnio w przypadku ciekawego warszawskiego składu Shame On You. To jedna z niewielu naszych ambitnych wytwórni, która próbuje równać do światowych standardów. Dzięki niej i przede wszystkim dzięki muzykom obdarzonym pojemnym sercem i wyobraźnią jak Zawada i Lety, jest ? jak śpiewał niegdyś Maleńczuk ? ?very good, a będzie jeszcze bardziej?.

    Indigo Tree, Lullabies of Love and Death, Ampersand Records, 2009

    Rafał Skonieczny


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz