RECENZJA: „Jedwab”
-
Dodano: 14:35 2 sierpnia 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Egzotyczna opowieść bez orientalnego wykroju oczu
Przyjęta w Polsce z wielkim poklaskiem kolejna powieść jednego z najpoczytniejszych włoskich pisarzy, Alessandra Baricco, przetłumaczona została na kilkanaście języków. Jak wytłumaczyć tak szerokie zainteresowanie tym schlebiającym najniższym gustom, utrzymanym w konwencji baśni, lecz niekiedy trącającym o pornografię, efekciarskim romansem?
Długo starałam się odpowiedzieć na to pytanie, zgłębić tajemnicę wciąż rosnącej sławy uznanego w całej Europie „Jedwabiu”. Receptą na sukces włoskiego pisarza był otwierający wiele możliwości pomysł: temat dziewiętnastowiecznej, wyizolowanej dotąd Japonii, która dopiero teraz otworzyła się na świat i umożliwiła, póki co na niewielką skalę, wymianę handlową z krajami cywilizacji zachodniej. Nadarzająca się okazja przybliżenia egzotycznej obyczajowości, zwyczajów i estetyki nie została w żaden sposób wykorzystana. Baricco udowadnia tylko, że nie ma bladego pojęcia o kulturze Kraju Wschodzącego Słońca. Nawet wydawca uznał, że okrzyknięta światowym bestsellerem książka, nie potrzebuje żadnej reklamy: na okładce widzimy ponure, monotonne, banalne i, jak sądzę, zniechęcające potencjalnych czytelników zdjęcie autorstwa odpowiedzialnej za szatę graficzną Agnieszki Stando.
Opowieść zaczyna się w roku 1861 w małym miasteczku Lavilledieu w południowo-wschodniej Francji. Główny bohater powieści, Herve Joncour wiedzie wraz ze swoją żoną, Helene, spokojny żywot człowieka poczciwego, zatrudnionego przy produkcji jedwabiu w miejscowej przędzalni. Sytuacja zmienia się, gdy pierwsze epidemie zaczynają niszczyć produkowane w Europie jajeczka jedwabników. Francuscy hodowcy powierzają więc najbardziej odpowiedzialnemu pracownikowi, Herve Joncourowi, misję wyprawy do Japonii, z której ma przemycić do kraju materiał pozwalający na dalsze funkcjonowanie przędzalni. Podczas swojej egzotycznej wyprawy, mężczyzna poznaje japońskiego wodza klanu – Hare Keia i jego piękną, pozbawioną „orientalnego wykroju oczu” przyjaciółkę „o twarzy małej dziewczynki”. Fabuła oscyluje wokół głębokiej fascynacji tajemniczą dziewczyną, rozdarcia między miłością do żony a narastającą tęsknotą za japońską ukochaną. Hereve Joncour podejmuje szereg kolejnych wypraw, dzięki którym bogaci się i przeżywa „zaskakujące” przygody.
Zapowiedziana w ten sposób tematyka powieści, ale też sam tytuł „Jedwab”, sugerowałyby potencjalnemu czytelnikowi pewną delikatność wyrazu, baśniową kompozycję czy przyjemną lekkość stylu, czego również spodziewałam się sięgając po tę właśnie pozycję. Nic bardziej mylnego. Autor stara się nieudolnie opowiedzieć burzliwą historię dziejów głównego bohatera za pomocą niezmąconego zbędnymi ozdobnikami, suchego, siermiężnego i dosadnego języka. Operuje przy tym niezwykle ubogim słownictwem, po raz kolejny nie wykorzystując możliwości, jakie niesie tematyka orientalna, umiejscowienie akcji w odległej, egzotycznej Japonii. Wygląda na to, że Baricco usiłował osiągnąć mistrzowski efekt minimalizmu, a wyszło mu lakoniczne, „nieociosane” streszczenie ckliwej historyjki. Trywialna, „nibyegzotyczna” symbolika zostaje wtłoczona w utarty schemat romansu, opowiedzianego lapidarnym językiem komentatora sportowego. Do tego dochodzą jeszcze „finezyjne” aforyzmy w stylu Paula Coelho, typu: „Życie jak deszcz spływało przed jego oczami: widok pełen spokoju”. Efekt niespójnej całości kompozycyjnej potęgują też powracające kilkakrotnie w książce motywy, które jak echo odzywają się podczas każdej kolejnej podróży Joncoura.
„Przekroczył granicę koło Metzu, minął Wirtembergię i Bawarię, znalazł się w Austrii, pociągiem dojechał do Wiednia i Budapesztu, a potem dalej, aż do Kijowa. Przejechał konno dwa tysiące kilometrów rosyjskiego stepu, minął Ural, znalazł się na Syberii, po czterdziestu dniach drogi przybył nad jezioro Bajkał, które miejscowa ludność nazywała morzem.” Podkreślenie dystansu, jaki dzieli Francję od znajdującego się gdzieś na końcu świata, „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, zaczarowanego Kraju Kwitnącej Wiśni, miało zapewne wprowadzić czytelnika w atmosferę baśniowej przewidywalności. Baricco, jako muzykolog, tłumaczy, że za pomocą tego efekciarskiego refrenu wnosi do powieści zmysłowość i melodyczność. Czy rzeczywiście mu się udaje? Kiedy indziej wprowadza bowiem pornograficzny (w najprymitywniejszym wydaniu) opis kopulujących ciał, co tworzy przeraźliwy dysonans. To kolejny fragment zupełnie nieprzystający do pozostałych elementów rozchwianej kompozycji.
Czytając powieść, której akcja toczy się w dziewiętnastowiecznej Japonii, pragnęłabym poczuć egzotykę zamkniętego, odległego od europejskiej cywilizacji kraju. Powieść jednak obnaża jedynie miałkość intelektualną pisarza, który bazuje na skostniałych stereotypach. Mimo to najwięcej do życzenia pozostawia sposób kreowania bohaterów powieści. Oto mamy do czynienia z pozbawionymi jakiejkolwiek głębi psychologicznej, bezkształtnymi postaciami, które Baricco pragnął uczynić wyrazistymi, nadając im jakąś egzemplaryczną cechę charakteru. Nad egzotyczną kochanką, o gładkiej, jedwabistej skórze, unosi się tajemnicza aura niezwykłości. Piękna, oddana i kochająca żona – Helene, jest właścicielką najpiękniejszego w okolicy głosu. Atrybutem mieszkającej we Francji, obarczonej ciężarem przeszłości, japońskiej prostytutki, Madame Blanche, są maleńkie pierścionki z niebieskich kwiatów. Główny bohater, Herve Joncour to zdecydowany i odważny podróżnik, który wciąż tęskni za niezrealizowanym marzeniem. Bezkształtni, jednowymiarowi bohaterowie są zupełnie przewidywalni. Miałkie, przezroczyste postaci, których kolejne ruchy śledzimy, ani przez chwilę nas nie zaskakują, są w swojej „niezwykłości” zupełnie niewiarygodne. To błąkające się na kartkach powieści przezroczyste fantomy, które nie są w stanie niczym zainteresować czytelnika. Sytuacja ulega zmianie w długo oczekiwanym momencie kulminacyjnym, do którego nieliczni zapewne będą w stanie dotrwać. Nic nie wskazuje wcześniej, że drugorzędna, zepchnięta na dalszy plan dotychczasowej historii postać wyjdzie z cienia i okaże się tą najistotniejszą w całej opowieści. Nagła zmiana sytuacji, której nie można logicznie wytłumaczyć, w postępującym rozwoju zdarzeń to nic innego jak współczesna, oczywiście niezamierzona przez Baricco, wersja Eurypidesowego „deus ex machina”.
Pod względem literackim, zredagowana przez wydawnictwo Czytelnik książka, w której roi się od błędów stylistycznych i interpunkcyjnych, niczym nie różni się od popularnego cyklu nowel romantycznych znanych popularnie pod nazwą Harlequin. Jednak muszę przyznać, że po całej serii zarzutów, w końcu udało mi się dostrzec tę pozytywną stronę „paraegzotycznej” powieści Alessandro Baricco. Mianowicie jest ona unikalnym źródłem wiedzy na temat hodowli jedwabników w dziewiętnastowiecznej Francji…
Alessandro Baricco, Jedwab, tłum. H. Kralowa, Czytelnik, Warszawa 2009.
Dorota Szafrańska
Recenzja powstała na zajęciach specjalizacji krytycznoliterackiej realizowanej na filologii polskiej na UMK w Toruniu.









