RECENZJA / Kot w butach
-
Dodano: 17:18 14 stycznia 2012
Kategorie: Recenzje
Tagi: recenzja, Recenzje, Żaneta Dolatowska
„Kot w Butach”, reż. Chris Miller
Rudy jak Garfield, waleczny jak Zorro
„Shrek” jaki jest, każdy widział – i to aż cztery razy. Trudno oczekiwać, żeby DreamWorks w filmie o Kocie w Butach wyszedł poza sprawdzoną formułę, nikomu też chyba na tym za bardzo nie zależy. Liczymy po prostu jeszcze raz na nasz ulubiony cukierek, tyle tylko że w nowym opakowaniu. Jedynym źródłem niepewności jest to, czy tym razem po odwinięciu kolorowego papierka ukaże się naszym oczom pełnowartościowy produkt czy wyrób czekoladopodobny.
Otóż spokojnie można się delektować smakiem. „Kot w Butach” niczym nie zaskoczy, ale też nie znudzi. Można się na nim szczerze ubawić. Widać, że twórcy lubią tę postać, a kontrast między wizerunkiem groźnego latynoskiego rozbójnika i nie licującym z powagą tej profesji zachowaniem godnym małego kotka ciągle może być źródłem kapitalnego komizmu. Film nie jest mętnymi popłuczynami po „Shreku” ani nie posuwa się do autoplagiatu, co często zdarza się w sequelach w myśl źle pojętej reguły, że publiczność najbardziej lubi to, co już widziała.
Oczywiście nie może zabraknąć popisowego numeru Kota w Butach, czyli jego wielkich oczu, pod których spojrzeniem nawet najbardziej zaciętym wrogom miękną serca. Ale poza tym film raczej nie żeruje na poprzednich częściach, wprowadzając całkiem udane nowe wątki i barwne postacie.
Pierwsza część „Shreka” była postmodernistycznym pastiszem naszpikowanym cytatami z popkultury, ale kolejne coraz mniej szarżowały tego typu chwytami. Podobnie „Kot w Butach” – nadal cytuje się tu jeden czy drugi film, ale to tylko okazjonalne żarty, które nie są sposobem na pociągnięcie całej fabuły.
W istocie jest to klasyczna powiastka o różnicy między dobrem i złem i o walce tych pierwiastków w każdym z nas. Morał jest obowiązkowy, ale w stosunku do filmów animowanych mojego dzieciństwa reguły gry zmieniły się o tyle, że z misji stał się pańszczyzną. Wiadomo, że trzeba go gdzieś wcisnąć, ale nikt się już nim nie przejmuje. Podobnie z wywoływaniem emocji.
Całe moje pokolenie opłakiwało śmierć Mufasy z „Króla Lwa” – trudno sobie wyobrazić coś podobnego w epoce „Shreka” i „Madagaskaru”. Choć oglądane dzisiaj bajki Disneya rażą czasem banalnymi schematami fabularnymi i zbyt dosłownym dydaktyzmem, nie można zaprzeczyć, że działały na wyobraźnię dziesięciolatków.
W filmach DreamWorks znacznie ważniejsze jest, żeby zgrabnie rozegrać historyjkę na ekranie. Najbardziej liczy się kunszt CGI, błyskotliwość scenarzysty i jakość dubbingu. Żyjemy w epoce stylu, a nie wartości. I nie ma w tym nic złego, trzeba tylko pamiętać, że te filmy faktycznie nie są dla dzieci. Bynajmniej nie chodzi o to, że najmłodsi mogliby nie zrozumieć tej czy innej aluzji intertesktualnej, ale o to, że dzisiejsze „bajki” nie symulują już rzeczywistości i jej problemów.
Każda baśń powinna uczyć właściwego przeżywania emocji i radzenia sobie z wyzwaniami, jakie niesie życie. I tego trzeba szukać gdzie indziej. O ile filmy Disneya spełniały tę rolę, czerpiąc z kulturowych archetypów, to animacje DreamWorksu bazują na repertuarze motywów popkultury. Dziś nie wypada sobie pozwolić na naiwność i prostotę, chyba że w cudzysłowie.
Żaneta Dolatowska









