RECENZJA: Kyst – “Cotton Touch”

  • OkladkaKyst (foto)

    Dodano: 06:00 4 lutego 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi:

    - ?Cotton Touch? urzeka przede wszystkim nastrojem z jednej i rozmachem z drugiej strony. Liryczne partie wygrywane na gitarach i cymbałkach przechodzą zupełnie swobodnie w rozedrgane synkopowe pasaże zaczerpnięte z free jazzu (choć w mocno naiwnym ich rozumieniu) oraz countrowe przejażdżki rodem z bajkowego Calexico –    pisze Rafał Skonieczny z Kulturalnego Torunia o debiutanckiej płycie zespołu Kyst

    Summer Adventure w pobliżu Helu

    Kyst istnieje ledwie dwa lata i w tym krótkim czasie udało mu się wypracować dojrzałą formułę, która z jednej strony śmiało czerpie z dorobku amerykańskich muzyków z kręgu americany czy avant-popu, z drugiej tchnie słowiańską energią ożenioną z trójmiejskim liryzmem. Nie bez znaczenia jest fakt, że opiekę techniczną roztoczył nad zespołem jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich muzyków ostatniej dekady ? Maciej Cieślak. Intymne, niemal nabożne podejście do materii analogowego dźwięku, czyni Adama Byczkowskiego i Tobiasza Bilińskiego kontynuatorami krętej drogi wydeptanej przez nieustannie poszukującą Ściankę. Nie zamierzam rozwodzić się nad duchowymi mentorami muzyki zawartej na debiutanckim albumie Kyst, ponieważ portale komentujące młodych artystów, zdążyły przemielić w jego kontekście dziesiątki nazw zachodnich zespołów, ignorując osobisty wymiar ?Cotton Touch?. Słuchacz obeznany z twórczością Microphones, Mount Eerie, post-rockowymi perełkami Jima O?Rourka, czy ostatnimi wydawnictwami legendernej wytwórni 4AD (odsyłam do znakomitej składanki ?Dark Was The Nigt?), z łatwością rozpozna wpływy i inspiracje. To, co najciekawsze i najbardziej wartościowe, zawiera się jednak w zaraźliwym temperamencie zespołu. W tych jedenastu pozornie prostych kompozycjach słychać ogromne zaangażowanie, artystyczną dojrzałość i najzwyklejszą w świecie szczerość, której brakuje większości wyrachowanym zespołom promowanym przez Program Trzeci Polskiego Radia.

    ?Cotton Touch? urzeka przede wszystkim nastrojem z jednej i rozmachem z drugiej strony. Liryczne partie wygrywane na gitarach i cymbałkach przechodzą zupełnie swobodnie w rozedrgane synkopowe pasaże zaczerpnięte z free jazzu (choć w mocno naiwnym ich rozumieniu) oraz countrowe przejażdżki rodem z bajkowego Calexico. I od razu słychać, że to nie jest zwyczajny zbiór piosenek, tylko zwarta opowieść rozpisana na króciótkie pieczołowicie zaaranżowane i zagrane rozdziały. Otwierający płytę, zaskakujący kontrolowaną progresją ?Climb Over? przywodzi na myśl filmowe impresje Cave?a  i Ellisa. Gitara, melodica, wilonczela, wreszcie pulsująca sekcja rytmiczna rozpoczynją muzyczną przygodę, podróż do osobistej nadmorskiej krainy, którą przy odrobinie dobrej woli można sobie wyświetlić na czarnym ekranie przymkniętych oczu. Z kolei już ?Complain/Cheer? sypie dźwiękami jak maszyna do wystrzeliwania piłek tenisowych, by następnie przejść w transowy rytm wystukiwany na obręczy werbla. Takie zabiegi nie robią może już większego wrażenia, lecz Kyst nadrabia pięknymi melodiami, które falują gdzieś ponad tym całym rozgardiaszem. Godne uznania są chłopięce, nieskalane mutacją (czasami uroczo łamiące się) głosy młodych wokalistów. Świetne są chwile, gdy pojedyńczy głos zostaje nagle skontrowany przez głos pomocniczy wydobywający się z odległości, jak ma to miejsce chyba w jednym z najbardziej przejmujących kawałków na płycie ? ?When The  Rain Starts?. I zdziwią się na pewno ci, którzy mieli okazję wcześniej widzieć Kyst na żywo, że znakomita większość z tych numerów, to są melodie, które zostają w głowie, które później nuci się bezwiednie spacerując po przedmieściach.

    Jeśli istotą radiowego hitu jest krótki czas jego trwania, to ?How I Want? powinien zawędrować na szczyty list przebojów. I to amerykańskich, szczególnie z powodu pojawiającego się w tej niespełna dwuminutowej piosence uroczego slidu. Nie inaczej powinno być z ?Bicycles?, który zgodnie z tytułem, beztrosko pędzi tym razem gdzieś po nadbałtyckich piachach. Niemal czuć to powietrze. Naprawdę w pewnej chwili przez głowę przechodzi myśl, że ta muzyka mogła powstać tylko w Polsce, tylko gdzieś w pobliżu Helu.

    Czego jednak by nie powiedzieć, Kyst ostatecznie zdobył moje plebejskie serce patentem Jima O?Rourka ? genialnego stylisty, ikony postmodernistycznego przemycania awangardy w popowych  szatach ? polegającym na radosnym detonowaniu partii czy to dęciaków, czy innej zmasowanej grupy instrumentów w tych momentach, w których się najmniej tego spodziewamy. W ten sposób pozornie liryczna piosnka ?Summer Adventure? zmienia się w opus, niemal hymn dedykowany słońcu, wodzie i wilgoci rozniecanej w powietrzu przez radosne ciała bywalców kąpielisk. Końcówka tej pieśni, jakby wyjęta z ?Dni Wiatru? Ścianki, przenosi totalnie już do innego świata.

    Na pewno duży wpływ na romantyczny charakter tej muzyki mieli goście zaproszeni do udziału w sesjach nagraniowych. Marzycielska trąbka Tomasza Ziętka, znanego z Pink Freud, szalenie dekadencka wiolonczela Karoliny Rec, która współtworzy nowy projekt Cieślaka, zwany Cieślak i Księżniczki, czy choćby partie perkusyjne jednego z najbardziej nieposkromionych i utalentowanych muzyków na naszej narodowej scenie ? Macia Morettiego (ex-Starzy Singers, obecnie Paris Tetris, Shofar) ? to nie lada bonus. Miksem zajął się już sam Cieślak, zaś masteringiem Marcin Cichy, czyli jedna druga wrocławskiego zespołu Skalpel. Szcześliwie udział uznanych nazwisk nie ograniczył się jedynie do ozdoby okładki płyty, ale przełożył się na profesjonalne, ciepłe, intymne, iście ?bawełniane? brzmienie debiutu Kyst. Debiutu, który jest małą perełką nowej muzyki rodzącej się w Polsce i śmiało wypinającej się na ekspansyjne zapędy Zachodu.

    Kyst, Cotton Touch, Gingerbread Records, 2010

    Rafał Skonieczny