RECENZJA: „O chorowaniu”
-
Dodano: 20:45 3 sierpnia 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Hanna Trubicka, Książki, Recenzje
- Esej „O chorowaniu” bez większych wątpliwości można wpisać w dostojną tradycję angielskiej krytyki i eseistyki, którą wyznaczają tak różne nazwiska jak Eliot, Orwell, Berlin. Jednocześnie – po raz pierwszy wydany niemalże 100 lat temu – tekst pozostaje aktualny i świeży również dziś – o dziele Virginii Woolf pisze Hanna Trubicka z Kulturalnego Torunia.
O chorowaniuCzemu decyduję się skromnie polecić Czytelnikowi, który zagląda właśnie na portal Kulturalny Toruń – być może w poszukiwaniu pomocy w wyborze wakacyjnej lektury – esej Virginii Woolf, wydany nie tak dawno przez Wydawnictwo Czarne (w serii o wdzięcznej nazwie PRZEZ RZEKĘ)? Z kilku powodów. Eseistyczny dorobek angielskiej pisarki pozostaje wciąż w cieniu twórczości prozatorskiej. O tym, że dzieje się tak z wyraźną krzywdą dla niego daje pewne wyobrażenie już ten – bardzo niewielki objętościowo – esej, zatytułowany „O chorowaniu”. Bez większych wątpliwości można go wpisać w dostojną dziś tradycję angielskiej krytyki i eseistyki, którą wyznaczają tak różne nazwiska jak Eliot, Orwell, Berlin. Jednocześnie – po raz pierwszy wydany niemalże 100 lat temu – tekst pozostaje aktualny i świeży również dziś, poniekąd dzięki temu, że stanowi tej właśnie tradycji równoczesne wypełnienie i – paradoksalnie – zaprzeczenie.
„Czarne” przywraca bowiem niebanalny tekst, którego – ironiczny, zbudowany na wzór tradycyjnych, traktujących o „czymś”, wyrobów piśmienniczych – tytuł nie powinien nas zwieść. Esej Woolf wzbudzał w swoim czasie kontrowersje tym właśnie, co dziś czyni go nowoczesnym. Co może łączyć chorobę, lekturę Szekspira, kontemplację chmur, „bryk opowieści o życiu dwu nieznanych dam z epoki wiktoriańskiej”, jak czytamy w erudycyjnym, obszernym – obszerniejszym nawet niż sam tekst – wstępie autorstwa Hermione Lee, znawczyni twórczości Woolf? Okazuje się, że poetycka wrażliwość pisarki spaja w całość te wątki, jak i wiele innych…Prowokująca teza pisarki, zawarta w pytaniu: „Dlaczego choroba nie stała się wielkim tematem literatury, jak miłość, zazdrość czy wojna?”, jest bowiem tylko punktem wyjścia do rozważań daleko poza tak sformułowany problem wykraczających. Tym bardziej, że teza ta dziś już zupełnie nie ma nic wspólnego z faktami z rzeczywistości literackiej, nie miała też raczej z nimi wiele wspólnego w latach 20. XX wieku. Choroba jako temat literacki funkcjonuje przecież na równi z innymi. Ale też nie o – scjentystycznie zorientowaną – ścisłość historycznoliteracką przecież tu chodzi, ale o poruszenie naszych wiecznie usypiających umysłów. W jaki sposób?
Otóż przedmiotem tego skromnego wydawałoby się eseju jest bowiem nie tyle coś, co mogłoby stanowić temat niejednej konferencji literaturoznawczej – a więc jakieś, powiedzmy, „zagadnienie choroby w literaturze”, jakiś „problem choroby w kulturze” etc. Nie, jest nim raczej problem artykulacji doświadczenia świata w jego wieloaspektowości, wielowymiarowości, nieprzenikalności – świata jako czegoś co wymyka się zobiektywizowanemu opisowi. Choroba okazuje się u Woolf metaforą tego doświadczenia, postawieniem człowieka w konfrontacji ze światem. Literatura zaś jest tej sytuacji najgłębszym wyrazem. Tym samym prawdziwy „odbiór” świata i odbiór literatury – który tożsamy jest tu z krytycyzmem, nonkonformizmem i filozoficzną, trochę jakby dziecięcą, postawą „wiecznego zdziwienia” rzeczywistością – zlewają się w jedno.
Esej Woolf nie poprzestaje jednak na samym zdiagnozowaniu pewnego „braku”, pewnej luki w naszym myśleniu o literaturze i życiu. Ambicje Angielki sięgają dalej – tekst jest na ten brak jednocześnie czynną odpowiedzią, stanowi próbę zapełnienia białego pola. Tu objawia się jego największy artyzm, ale też źródło nieporozumień w jego recepcji. Jest to nie tyle – czy też nie tylko – esej, ale i proza poetycka, poezją do cna nasycona, poetyckimi środkami operująca, na poetyckich prawach wysuwająca swoje twierdzenia. Przez swobodę obrazowania, płynność i wartkość narracji (która płynie, znaną z powieści Woolf, techniką strumienia świadomości) „O chorowaniu” przypomina nawet opowieść mówioną, stylizowaną może nieco na spowiedź „na łożu śmierci”. Bo z tej właśnie, horyzontalnej, programowo zwróconej przeciwko „armii wyprostowanych”, pozycji pisarka pisze, czy też „mówi”. Jakie są konsekwencje takiego stylu? Sądzę, że wielowątkowy, wielotematyczny, liryczny nurt refleksji Woolf tylko pozornie osuwa się w chaos. W istocie poczucie obcowania z „pełnokrwistym” jednak esejem – poczucie, którego nie sposób nie wyzbyć – rodzi się tutaj na kanwie łączliwości poszczególnych wątków, które płynnie przechodzą jedno w drugie, tworząc wartki nurt idei i metafor, układających się w linearny ciąg. A może jest dokładnie przeciwnie i rzeczywiście – jak chciał Thomas Eliot – jest to niespójna, nieuporządkowana w żaden sposób gonitwa myśli, rzeka luźnych, oderwanych słów, których nie łączy nic poza idiosynkratyczną wyobraźnią autorki? Ocenę pozostawiam Czytelnikowi, zachęcając jednocześnie do lektury.
Hanna TrubickaVirgina Woolf, O chorowaniu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.









