FILM / „O północy w Paryżu”
-
Dodano: 16:47 8 września 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Film, Karolina Bednarek, recenzja
„O północy w Paryżu”, reż. Woody Allen
Powrót do przeszłości
O Allenie zwykło się mawiać, że to „skończony nowojorczyk”. Tymczasem ani skończony, ani nowojorczyk! Reżyser postanowił zrobić widzom psikusa i akcję swojego najnowszego filmu umieścił w Paryżu, o północy (poprzednio stolica Francji grała w „Wszyscy mówią: kocham cię”). Dlaczego? Sam Allen mówi: „Paryż zawsze był moim wymarzonym miastem! Dawno temu wyjechałem z niego, zamiast zostać” – dla Kulturalnego Torunia pisze Karolina Bednarek.
Widzowie o tym jednak nie myślą podczas filmu. Stąd też przyzwyczajeni do czarno-białego tła Nowego Jorku z trudem przyjmują przesycony kolorami widok Paryża. Tymczasem w nim czas płynie o wiele wolniej, a ludzie – nie tak neurotyczni, jak na Manhattanie – wiedzą, jak celebrować życie.
Konfesję podobną do słów Woody’ego czyni Gil (Owen Wilson) – wzięty autor scenariuszy filmowych i niespełniony pisarz, romantyk ze skłonnościami do podróży sentymentalnych. Gdy ze swoją narzeczoną, Inez (Rachel McAdams), odwiedzają „miasto zakochanych”, ona spotyka dawnych przyjaciół, a on delektuje się winem i urokliwością metropolii. Snuje się po jego uliczkach i nie może wyjść z podziwu nad ich pięknem. A im dłużej się snuje, tym bardziej ten romantyczny Paryż go pochłania… I to bez zbędnej metafory: pewnej nocy, kiedy wraca z kolacji, na drodze staje mu starodawny samochód. Rozbawieni nieznajomi zapraszają Gila do środku, a ten – upojony delikatnie alkoholem – postanawia zaryzykować. Kto by nie zaryzykował? – zdaje się pytać Allen.
Gil na przyjęciu w stylu lat dwudziestych poznaje nikogo innego, jak Francis Scott Fitzgeralda oraz jego szaloną małżonkę, Zeldę Sayre. Choć początkowo nie wierzy w to, co jawi się jego oczom, to stopniowo ta niecodzienna sytuacja zaczyna go wciągać.
Kolejnego wieczoru, w rezydencji Gertrudy Stein (Kathy Bates) poznaje tajemniczą kochankę Picassa, Adrianę (Marion Cotillard). Zauroczony odkrywa, że to dopiero jej pocałunki pozwalają mu zapomnieć o strachu przed śmiercią. To ona wydaje się Gilowi idealną partnerką, animulą.
Wehikuł czasu rozpędza się na dobre. Oboje wyruszają jeszcze głębiej w przeszłość (ciekawy zabieg) – do lat 90. XIX wieku, wymarzonej epoki Adriane. Tam napotkają Paula Cézanne`a i Henri Toulouse-Lautreca, którzy to marzą, by żyć w czasach oświecenia.
W ten właśnie sposób, pod maską fantastyczno-naukowej przygody, odkrywamy sens całego „czasowego” galimatiasu: otóż najprawdopodobniej każdy z nas chciałby żyć… w innych czasach. A względnie – w innym miejscu. Dla sentymentalistów te wyśnione przeszłości są tylko idealistyczną wizją, piękną powłoką bez skaz. Dla tych, którzy żyją w danym czasie, którzy zmagają się z problemami danej epoki i którzy dotykają jej codzienności – dla nich ta wymarzona utopia nie jawi się już tak wspaniale.
Ergo – każdy z nas jest po trosze Alkioneusem, którego rany goją się po dotknięciu miejsca, w którym się urodził. Każdy ma taki czas, miasto, przedmiot, który pomaga mu odnaleźć się w sobie i poskładać na nowo. Dla Gila był to Paryż lat dwudziestych, dla mnie to epoka Skamandrów.
W rzeczywistości nie ma miejsca idealnego. Potwierdzą to ci, którzy w danym miejscu i czasie mieszkają. Konkluzja filmu pokazuje, że wcale nie trzeba przenosić się w przeszłość, by odnaleźć szczęście. Nasz bohater po powrocie do współczesności wpada na uroczą sprzedawczynię staroci i to ona jest zapowiedzią jego szczęścia. I jednocześnie łącznikiem z tym, co dawne.
„O północy w Paryżu” to magiczna podróż w przeszłość. Niezwykle inteligenta i zabawna. „Woody Allen twórcą komedii”? To kolejny mit, który on sam obala. Jeśli dobrze się zastanowimy, każdy z jego obrazów to nie tylko zlepek zabawnych sekwencji, lecz także smutna opowieść o życiu.
Tak jest i tym razem. Allen pod płaszczykiem uroczej historii pokazał tęsknotę człowieka do świata fikcji, wyobrażeń, sentymentów. Pokazał też niemożność pogodzenia kobiet i mężczyzn, konsekwencje błędnego doboru życiowego partnera, no i wspomnianą już sentymentalną wycieczkę w świat wyobraźni.
Bo jakby się tak zastanowić, to… czy Gil naprawdę przenosi się w przeszłość, czy może to tylko jego i nasza podświadomość? Może nawet i detektyw daje się temu ponieść? Może rozwiązaniem nie jest wreszcie ani dobra mapa, ani właściwy szlak, ani też zasobny bagaż? Może w całej tej podróży życia, najważniejsze jest to, żeby odnaleźć swoje miejsce tam, gdzie nas rzucono.
Karolina Natalia Bednarek









