RECENZJA: Ondine

  • ondine (foto)

    Dodano: 18:00 9 maja 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , , ,

    - Całe to artystycznie i technicznie spreparowane piękno filmu nie wystarcza jednak, by zamaskować fabularne niedostatki. Przewidywalność wydarzeń jest dojmująca i choćbyśmy zapierali się rękami i nogami, już od samego początku domyślimy się, jakie są koleje losu pięknej bohaterki – o filmie „Ondine” Neila Jordana pisze Katarzyna Stosio z Kulturalnego Torunia.

    Cudzoziemka w morskiej toni

    Zanim jeszcze ?Ondinde?  pojawił się na naszych ekranach, wywołał skandalik obyczajowy. Polska aktorka Alicja Bachleda-Curuś, w kraju niewiele grająca i niekoniecznie doceniania, nagle zostaje zaangażowana przez naczelnego irlandzkiego reżysera, Neila Jordana (swoją drogą żadne to zaskoczenie, Bachleda od dłuższego czasu gra głównie za zachodnią granicą). W akcie drugim aktorka wiąże się ze swoim filmowym partnerem, znanym gwiazdorem, Colinem Farrellem. Nic tak nie rozbudza zbiorowej wyobraźni i nie powoduje tysięcy wpisów na forach internetowych, jak romans rodzimej aktorki z zagranicznym przystojniakiem. A że w finale rodzi im się zdrowy potomek (imiona: Henry Tadeusz, nazwisko: Farrell), opinia publiczna wrze (głównie z zazdrości). Epilog napisze życie. Ładna to historia, jednakowoż dla filmu nie ma ona całkowicie znaczenia, toteż od tego momentu nie wspomnę o niej ani słowem.

    Rybak łowi dziewczynę  w sieć – takie rzeczy nie dzieją się często. Ba!, ryzyko takiego połowu jest wręcz znikome. Ale w filmie Neila Jordana właśnie taka okoliczność ma miejsce i oto rozpoczyna się wielka historia miłosna. Ondine (Bachleda-Curuś), dziewczyna wyłowiona z morza, nie chce nic o sobie mówić. Ale jak domyślą się widzowie, którzy lubią domysły, dziewczyna niekoniecznie pochodzi ze świata fantazji, równie dobrze może to być Europa Wschodnia, Bałkany lub okolice. Poudawajmy jednak, że nic nie przeczuwamy i poddajmy się sennemu rytmowi baśniowej opowieści.

    Rybak Syracuse (Farrell), zwany też Circusem (nie ze względu na szczególne wygimnastykowanie, lecz dzięki skłonnościom do zachowywania się jak klaun i rujnowania życia swojego i bliskich), oferuje wyłowionej dziewczynie miejsce do zamieszkania, wikt i opierunek. Nie ma się co Syracusowi dziwić, że tak ochoczo przygarnia nieznajomą ? sam jest rozwodnikiem, a dziewczyna jest nad wyraz atrakcyjna, mało mówi, a ponadto ma tajemne moce, które rybakowi zapewnią szczęście, jakiego nigdy dotąd nie zaznał.

    Jest i trzecia osoba dramatu. Syracuse ma córkę, która mieszka z matką. Annie jest ciężko chora i potrzebuje przeszczepu. Rezolutna dziewczynka pomimo wielkiego zmęczenia, jakie powoduje jej choroba, na własną rękę postanawia zapoznać się z Ondine ? jak do tej pory zna ją wyłącznie z tatusinych opowieści i nie jest do końca pewna jej istnienia. Im dłużej dziewczynka przebywa z tajemniczą przyjaciółką ojca, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że dziewczyna tak naprawdę jest selkie, kobietą-foką, która przybyła na ojcowski kuter wprost z celtyckiej mitologii. Wszystko wydaje się dążyć do happy endu, ale jak to bywa w połowie filmu, los musi spłatać Syracusowi, Ondine i Annie jeszcze kilka figli zanim będą mogli żyć długo i szczęśliwie. Bajka zostanie pięknie opowiedziana, a następnie zdewastowana przez okrutną rzeczywistość, by móc odbudować się na gruzach.

    Bardzo bym chciała wierzyć w film Jordana i pozwolić reżyserowi dać się uwieść ? do tej pory udawało się to mu niejednokrotnie. Pierwsze sceny ?Ondine? zapowiadają wizualną i dźwiękową ucztę dla widza. Chłodne, tonące w irlandzkiej mgle zdjęcia Chrisa Doyle’a pięknie prezentują irlandzkie krajobrazy z kamienistymi plażami i mosteczkami porośniętymi szmaragdowym zielskiem, zaś muzyka Sigur Ros swoimi łagodnymi wibracjami przenosi nas w baśniowe klimaty. Całe to artystycznie i technicznie spreparowane piękno filmu nie wystarcza jednak, by zamaskować fabularne niedostatki. Przewidywalność wydarzeń jest dojmująca i choćbyśmy zapierali się rękami i nogami, już od samego początku domyślimy się, jakie są koleje losu pięknej Ondine. Reżyser wydaje się nie wierzyć w inteligencję i spostrzegawczość widza, a to jeden z grzechów, które najtrudniej się twórcom filmowym wybacza.

    Jest taki film „Marzyciele czyli potęga wyobraźni”, jeden z nielicznych, które wzruszają mnie obecnie tak samo, jak wzruszały, gdy miałam lat trzynaście. W filmie tym, wyreżyserowanym przez hollywoodzkiego wyrobnika, Richarda Donnera, dwaj chłopcy tworzą alternatywną rzeczywistość, poprzez swoje zabawy wkraczają w świat lepszy i piękniejszy, w którym nie ma przemocy i gniewu. Zakończenie z jednej strony przynosi niezwykłe ukojenie, z drugiej mnoży pytania. Dlaczego przywołuję ten film? Ano dlatego, że w filmie Jordana jest zgoła odwrotnie. W baśniową opowieść włazi z butami brutalna rzeczywistość – źli ludzie, szemrane interesy, choroba i śmierć. Ta cała toporna demitologizacja jest skrajnie przygnębiająca i zdawałoby się, niepotrzebna. Niby reżyser pozostawia nam furtkę dla domysłów i marzeń (dlaczego dziewczyna przynosiła Syracusowi szczęście i w jaki sposób wabiła ryby i skorupiaki?), jednak ta furtka jest zbyt mała dla dorosłego widza. A ja zdecydowanie wolę baśnie, które trwają jeszcze długo po napisach końcowych.

    Katarzyna Stosio


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz