RECENZJA / Przed świtem
-
Dodano: 12:50 16 stycznia 2012
Kategorie: Recenzje
Tagi: Magdalena Bońkowska, recenzja, Recenzje
Saga Zmierzch: przed świtem. Część I, reż. Bill London
Zmierzch wampirów
Popularność kolejnej części Sagi Zmierzch według powieści Stephenie Meyer pokazuje, ze szalona moda na wampiryzm nie ustaje. Kina pękają w szwach. Czy warto zobaczyć ten fenomen popkultury? Otóż, warto. Nie ze względu na tematykę, czy aktorów. „Przed świtem” to powrót na ekrany kin komedii w każdej możliwej postaci.
Choć nie jestem fanką książek Stephenie Meyer, po namowie koleżanki przeczytałam wszystkie części „Zmierzchu”. „To najlepsza rozrywka i sposób na odstresowanie” – mówiła.
Nie myliła się. Dawno się tak nie ubawiłam podczas lektury. Pani Meyer dała w niej upust swoim najdziwniejszym fantazjom, zwłaszcza erotycznym, a kulminacja jej niespożytej wyobraźni to właśnie ostatnia część serii. Niestety, pisarstwu Meyer można wytknąć praktycznie wszystkie błędy. Amerykanka zyskała bowiem rozgłos nie dlatego, że zaserwowała światu dobrą literaturę, ale przez to, że dostarczyła mu prostej rozrywki. Podobnie jest z filmem.
Brak mu interesujących, wyrazistych postaci, dobrze prowadzonej fabuły, psychologicznej otoczki. Każdy, kto szuka czegoś głębszego, wychodząc z założenia, że „dobro drzemie wszędzie”, tu tego nie znajdzie. Twórcy zaprzepaścili wszelki potencjał historii: mogli stworzyć opowieść z podwójnym dnem, pobawić się wizerunkiem wampirów, wykreować krwiste postaci – nie zrobili tego. Ich wampiry są wyjątkowo mdłe, nieatrakcyjne. W stworzeniu wiarygodnych kreacji aktorskich nie pomogła także kiepska charakteryzacja. „Nieśmiertelni” w „Zmierzchu” to kukły wypowiadające beznamiętne dialogi i snujące się na ekranie bez celu. Ponadto, uroku nie dodają im widoczne na pierwszy rzut oka soczewki kontaktowe i nadmiar pudru. W „Przed świtem” zawodzi także grono wilkołaków. Tu już lepiej z ekspresją i mimiką (to dosłownie i w przenośni postacie z krwi i kości), jednak ich wiarygodność skutecznie zabiły słabe efekty specjalne, które stworzyły karykatury wilków. Zaskakujące w dobie niesamowitego rozwoju techniki i animacji komputerowej. Czyżby zabrakło funduszy? Czy twórcy aż do tego stopnia nie szanują widza, myśląc, że przełknie wszystko? A może uznali to za minimum, które zaspokoi wizualne potrzeby nastoletniej widowni?
Trójkąt miłosny zawodzi na całej linii. Brak w nim namiętności, całej gamy uczuć, która powinna towarzyszyć tragicznej sytuacji: ona jedna, ich dwóch. Robert Pattinson (Edward) jest mistrzem min z cyklu: bez wyrazu, Kristen Stewart (Bella) opiera swoją grę aktorską na przebrzmiałej już w jej przypadku nieporadności i nieustannym wzdychaniu. Zaś ten trzeci, czyli Taylor Lautner (Jacob), choć zdecydowanie najlepszy w tym „panteonie gwiazd”, ze zbyt dużą częstotliwością pojawia się na ekranie bez koszulki prężąc swoje nienaturalnie umięśnione ciało.
Dlaczego po tak obfitej fali krytyki wciąż uważam, że warto ten film zobaczyć? Otóż, pomimo rozlicznych wad ogląda się go z zaciekawieniem i szerokim „bananowym” uśmiechem, który nie znika z twarzy przez cały seans. „Przed świtem” nie powinien być reklamowany jako horror (o zgrozo, nim na pewno nie jest), czy też romans. Gatunkowo to czysta komedia. Nie sądzę, że było to celowym zamierzeniem twórców, ale uczynili oni z filmu parodię, wykreowali postaci groteskowe. Wizerunki pociągającego, nieziemsko przystojnego wampira, jak i zbuntowanego, pełnego namiętności wilkołaka zostały wyśmiane i zmienione w karykatury.
Jeśli ktoś ma ochotę na niewymagającą rozrywkę i jest ciekaw jak daleko może sięgnąć wyobraźnia reżysera: marsz do kina! Niestrudzeni poszukiwacze podwójnego dna niestety się rozczarują.
Mimo tego, w niedługim czasie na rynku wydawniczym z pewnością ukaże się pozycja interpretująca film z modnej ostatnio perspektywy gender, perspektywy feministycznej, bądź antropologicznej. Publikacja ta na pewno rozejdzie się jak świeże bułeczki.
Magdalena Bońkowska









