RECENZJA: „Samotny mężczyzna”
-
Dodano: 20:21 22 maja 2010
Kategorie: Filmy, Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
- „Samotnemu mężczyźnie” udaje się obronić patos miłości, a raczej filmowych fantazji na jej temat, jednocześnie dekonstruując schemat melodramatu i tym samym tworząc dzieło prowokujące chyba nawet dla tych, którzy nie wierzą w miłość – o nowym filmie Toma Forda pisze Joanna Tercjak z Kulturalnego Torunia.
(NIE)DYSKRETNY UROK MELODRAMATU
Siłą czołowego niegdyś gatunku filmowego zwanego melodramatem była historia miłości niemożliwej, łamiącej porządek społeczny, podważającej prawa ludzkie i boskie, a tym samym skazanej na porażkę w imię panującej ideologii, co na gruncie polskiego filmoznawstwa skutecznie zdekonstruowała Grażyna Stachówna. Zatem opowieść o wielkiej miłości miałaby działać niczym katalizator, wzburzając fale najbardziej szalonych fantazji miłosnych, a następnie dokonując ich dyskretnej sublimacji, zakończonej przywróceniem ładu w rozumieniu dominującej obyczajowości. W tym kontekście, dekadami pomijane przez „mainstream”, wątki homoseksualne tym bardziej startują ze straconej pozycji, bo nie tylko nie mieszczą się w ogólnie przyjętej „normie”, ale w dodatku zostają zmuszone do realizowania schematu damsko-męskiego romansu, czego nie udało się przełamać nawet Angowi Lee w „Brokeback Mountain”. Czy jednak w świecie wyobraźni zdominowanej przez heteronormę da się opowiadać o miłości homoseksualnej w sposób autentyczny, z uwzględnieniem niuansów rządzących relacją dwóch osób tej samej płci?
Zresztą melodramat to nie tylko siła uczucia przeciwstawionego władzy obowiązującej obyczajowości. Czymże byłby on bez epickich obrazów, romantycznej mgiełki na ekranie, przesłodzonej skali barw i przesadzonych charakterów? Mocno skodyfikowany styl na usługach masowej wyobraźni to również narzędzie budowania i utwierdzania pewnych stereotypowych obrazów miłości oraz ról przypisywanych kochankom. Zatem nasuwa się pytanie, w jaki sposób opowiadać dziś o uczuciach bez popadania w kicz, szablon i fałsz. „Samotny mężczyzna” podejmuje się tego wyzwania poprzez grę z fabularnymi schematami romantycznych opowieści, poetyką melodramatu oraz stereotypem geja.
Osadzając historię w czasach tuż przed rewolucją seksualną, Tom Ford kreśli obraz związku dwóch mężczyzn, bez szwanku funkcjonujących w konserwatywnym społeczeństwie, bo jak powiada główny bohater, są „niewidzialni”. Stuprocentowo męscy, odnoszący sukcesy w życiu zawodowym, utrzymujący zdrowe stosunki z sąsiadami, zamykają swą odmienność we własnych czterech ścianach. Jednak pod płaszczykiem dyktowanego konwenansami milczenia, czai się wzgarda, nieufność i irracjonalny lęk otoczenia. Co ważne, ta „inna” miłość jest uczuciem spełnionym, a jedyną przeszkodą okazuje się zupełnie przypadkowa śmierć. Zaczynając od niej, autor filmu odziera śmierć z symbolicznego wymiaru zemsty bogów czy ludzkiego świata, tradycyjnie kładącej kres zakazanemu uczuciu. Ot, jest to biologiczny fakt, z którym główny bohater może sobie poradzić bądź nie. Biorąc ten moment za punkt wyjścia, opowieść wykracza daleko poza tematykę miłosną, by dotrzeć w rejony zagadnień iście egzystencjalnych. Problemy wolności, wyboru, odwagi i krańcowego absurdu, jakim jest śmierć, zręcznie wplecione w klimat epoki triumfu francuskiego egzystencjalizmu, wypływają niejako mimochodem w świetnie napisanych kwestiach bohaterów, bez zbędnej pompy czy dydaktycznego zacięcia.
Dodatkowo, rezygnując z melodramatycznego rozmachu na rzecz kameralnej historii, rozgrywającej się w ciągu doby z udziałem czwórki bohaterów, twórcom filmu udaje się wykreować ambitny dramat nie tylko dla gejów i aktywistów na rzecz mniejszości. Pełnokrwista kreacja Colina Firtha (skutecznie wspieranego zresztą przez szarżującą Julianne Moore i przekonującego Nicholasa Houlta) tworzy obraz człowieka złamanego, mimowolnie chwytającego się strzępków życia w obliczu śmierci, która zawsze przychodzi nie w porę. Główny bohater to postać wielowymiarowa. Jego orientacja seksualna stanowi znaczący czynnik, będący jednocześnie tylko jednym z licznych elementów układanki. Tym samym udaje się nie tylko uniknąć stereotypu geja jako zwyrodnialca czy „innego”, ale też uczynić z postaci homoseksualisty medium uniwersalnego dramatu ludzkiego losu. Tak rozegrana rola aż prowokuje do wątpliwości pod adresem Akademii, która tegorocznego Oscara w kategorii „najlepszy aktor” przyznała Jeffowi Bridgesowi za „Szalone serce”.
Symbolika „Samotnego mężczyzny” w przewrotny sposób korzysta z utartych metafor, balansując na granicy kiczu, a nawet momentami przekraczając tę cienką linię. Jednak swoisty, dyskretny humor, przebijający raz po raz z monologów protagonisty, z ciętych ripost w dialogach czy też z kontekstu sytuacyjnego, niweluje efekt emocjonalnej sztampy, wprowadzając element egzystencjalistycznego absurdu. Również ulotne momenty przebłysków nadziei lub szczęścia, za pomocą zręcznego tricku technicznego podkreślone nagłym wzrostem temperatury barw na tle dominujących szarości i pasteli, mogą irytować wizualną dosadnością, ale tylko do czasu, gdy zmierzając ku końcowi opowieści kontrast kolorystyczny staje się coraz bardziej subtelny. Wybierając subiektywną perspektywę bohatera dla porządkowania toku narracji, film czyni wybiegi w kierunku wyciskacza łez, by równie szybko powrócić na pozycje emocjonalnego dystansu. Jest w tym pewna konsekwencja i odwaga czerpania pełnymi garściami z dobrodziejstw inwentarza, jakie oferuje kino. Dzięki temu, „Samotnemu mężczyźnie” udaje się obronić patos miłości, a raczej filmowych fantazji na jej temat, jednocześnie dekonstruując schemat melodramatu i tym samym tworząc dzieło prowokujące chyba nawet dla tych, którzy nie wierzą w miłość.
Joanna Tercjak
fot. Gutek Film









