RECENZJA / Sherlock Holmes: Gra cieni
-
Dodano: 22:47 9 stycznia 2012
Kategorie: Recenzje
Tagi: Filmy, recenzja, Recenzje, Żaneta Dolatowska
„Sherlock Holmes: Gra cieni”, reż. Guy Ritchie
Detektyw z gościnnymi występami na kontynencie
Zgodnie z odwiecznym prawem sequeli, po nowej odsłonie „Sherlocka Holmes’a” należy się spodziewać tego samego, co było w pierwszej. I dostajemy to: zagadki, zasadzki, śledztwa, pościgi, ucieczki, wybuchy. A wszystko to poszatkowane szybkim montażem do wtóru żywiołowej muzyki Hansa Zimmera – pisze Żaneta Dolatowska.
W tym nadmiarze akcji wydaje się jednak brakować tego, co w realizacji filmu jest najtańsze, a dla widza chyba nawet atrakcyjniejsze: wiecznej wojny podjazdowej na słowa między Holmesem a Watsonem (wszystkie najlepsze puenty zużyto już w trailerze i nie ma co czekać na więcej w sali kinowej) i ścierania się tych dwóch różnych charakterów. W „Grze cieni” nie ma już czasu na subtelności. Profesor Moriarty nie próżnuje i bohaterowie uganiają się za nim po całej Europie.
Nie mogło minąć więcej niż parę miesięcy od pokonania lorda Blackwooda, ale coś jest nie tak – wydaje się, że czasy się zmieniły. Holmes i Watson nie muszą już łapać dorożki na rogu Baker Street, bo jeżdżą automobilem. Co prawda Londyn jest równie brudny i nędzny co przedtem, a i Paryż nie prezentuje się lepiej. Nawet nowiutka Wieża Eiffla wygląda na zardzewiałą. Są dopiero lata 90. XIX wieku, belle époque jest w rozkwicie, ale to tylko pozory. Świat pędzi bowiem z impetem lokomotywy parowej prosto ku katastrofie – ogólnoświatowemu konfliktowi zbrojnemu.
Holmes wróży „koniec zachodniej cywilizacji”. O podobną stawkę toczyła się gra w poprzednim filmie, ale wtedy szeroko zakrojone plany tajemnego bractwa udało się powstrzymać. Teraz można najwyżej spróbować opóźnić bieg wydarzeń. Odpowiedzialność za lwią część zła, które panoszy się po Europie, ponosi profesor Moriarty, ale on uważa się tylko za katalizator przemian. Świat sam dąży do konfliktu, żeby dać upust ślepej, niszczącej sile wpisanej w ludzką naturę. Sherlock Holmes już tu nie pasuje. Co może zdziałać swoim sprytem, kiedy celuje się w niego serią z broni automatycznej? Nadal co prawda potrafi sobie poradzić, ale bywa też i tak, że zawodzi go sztuka dedukcji i jest zmuszony przyznać się do rzeczy niesłychanej: „Pomyliłem się”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zbrodnie, z którymi miał do czynienia wcześniej, wydają się eleganckie i wyrafinowane przy prostackiej jatce z użyciem broni wszelkiego kalibru, jaką częstują go tym razem przeciwnicy.
Detektyw nie może odwrócić biegu historii, ale może przeciwstawić się ludzkiemu rozumowi opanowanemu ideą zła. Właścicielem tego rozumu jest rzecz jasna profesor Moriarty, który jest o wiele lepiej przystosowany do nadchodzących czasów, a wręcz – chce je przyspieszyć. Wynik bitwy nie decyduje o losie wojny, ale warto podjąć wyzwanie. Choć dla tych, którzy znają Sherlocka Holmesa nie od dziś, finał nad wodospadem Reichenbach nie będzie żadnym zaskoczeniem, to warto na niego poczekać. Rozgrywka między Holmesem a Moriartym to prawdziwe starcie tytanów, efektowne tym bardziej, że po tych wszystkich bombach, armatach i snajperach rozegrane niemal bardzo oszczędnymi środkami – jako pojedynek przede wszystkim na słowa i intelekt.
Holmes i Watson wyglądają czasem w „Grze cieni”, jakby byli przeniesieni do innej bajki, w której nie za dobrze się czują (zwłaszcza w scenach w niemieckiej fabryce broni). Rozum niewiele może zdziałać przeciw bezmyślnemu pędowi do destrukcji. Czyżby Sherlock Holmes przestał nadążać za epoką?
Trzeba sobie jednak uświadomić pewną rzecz: Arthur Conan Doyle zaczął opisywać jego przygody w 1887 roku, a skończył w 1927, przy czym aż do końca, poza jednym wyjątkiem, londyński detektyw nie wytknął nosa poza XIX wiek. Sherlock Holmes był więc retro niemal od samego początku i takim kochali go czytelnicy. Ten jedyny wspomniany wyjątek to opowiadanie „Jego ostatni ukłon”, w którym, u progu I wojny, bohater przeczuwa zagładę swojego świata, a jako detektyw już od dawna jest w zasadzie na emeryturze, choć potrafi jeszcze udowodnić, że jest w doskonałej formie. Cóż, czasy może stały się dla niego niełaskawe, ale mamy do czynienia z geniuszem. W końcu przystosował się nawet do XXI wieku. W serialu BBC z 2010 roku zatytułowanym „Sherlock” (który zresztą wiele czerpie z filmu Ritchiego) zręcznie obchodzi się z Internetem i telefonem komórkowym.
Widać ciągle potrzebujemy Sherlocka Holmesa. I Watsona oczywiście też.
Żaneta Dolatowska









