RECENZJA: Walentynki

  • walentynki (foto)

    Dodano: 11:17 28 lutego 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , , ,

    - Przedstawionych nam zostało około piętnastu postaci i zwyczajnie nie starcza czasu na poznanie ich historii. Mnogość przytłacza, a widz, o ile jest jeszcze w stanie połączyć wątki, o tyle nie identyfikuje się z bohaterami, którzy na ekranie są krócej, niż politycy w wieczornym wydaniu wiadomości – Marcel Woźniak z Kulturalnego Torunia dzieli się  ”niezapomnianymi” wrażeniami z filmu „Walentynki” (reż. Garry Marshall).

    Miłość, czyli popcorn, słomki i pomadki

    Ktoś kiedyś powiedział, że „grunt, to świetna obsada w filmie”. Nie wiadomo komu to powiedział i kiedy, ale na pewno za te słowa zakopano go żywcem pod stertą popcornu. Z „Valentine’s Day” jest jak z Realem Madryt – na boisku same znane nazwiska, które jednak jeśli grają, to co najwyżej na naszych nerwach.

    Film reżysera „Pretty Woman” reklamowano, jako wspaniałą, romantyczną produkcję, pokazującą w nowym świetle ten niezwykły i jeden jedyny dzień w roku. Odstawmy więc na bok skrajne opinie o globalistycznym, kapitalistycznym, cukierkowym i laurkowym dniu 14 lutego i zastanówmy się nad samym obrazem. Idąc na seans, spodziewałem się popisu aktorów, małych perełek i niewinnych epizodów, które albo złapią za serce, albo skłonią do szukania żuchwy pod siedzeniami po kolejnej salwie śmiechu. „Ciacho” stanęło w gardle, po „Randce w ciemno” piosenki Feela nabierały jakby nowego znaczenia – może jakaś odmiana?

    Początek jest obiecujący: Ashton Kutcher prowadzi kwiaciarnię (czemu nie grecką restaurację?). W rolę jego pięknej narzeczonej wciela się Jessica Alba. Potem pojawiaja się samotna biznes-woman (Jessica Biel), seks-telefonistka (Anne Hatheway), znany dziennikarz (Jamie Foxx), urocza nauczycielka (Jennifer Garner)… Plejada! Ale to nie koniec. Oto samolotem leci przyodziana w mundur (a więc definitywnie skończyła z czerwonymi sukienkami!) Julia Roberts i Bradley Cooper (zapewne z „Kac Vegas”). Powoli zawiązuje się fabuła i… i właśnie tu pojawia się pierwszy zgrzyt. W każdej komedii romantycznej następuje moment krytyczny, kiedy albo się uśmiechamy, myśląc, że film „daje radę” bo jest prawie „jak w życiu”, albo sprawdzamy na bilecie, czy aby na pewno weszliśmy do właściwej sali. W starych kinach nie było tego problemu.

    Nie da się nie skojarzyć dzieła Garry’ego Marshalla z „To właśnie miłość”. O ile tam jednak królował humor spod znaku Jasia Fasoli i śpiewającego Hugh Granta, o tyle tutaj róże ze studia florystycznego Ashtona Kutchera nie pachną, a mały, zakochany chłopiec nie chwyta za serce, jak Sam z filmu Richarda Curtisa. Przedstawionych nam zostało około piętnastu postaci i zwyczajnie nie starcza czasu na poznanie ich historii. Mnogość przytłacza, a widz, o ile jest jeszcze w stanie połączyć wątki, o tyle nie identyfikuje się z bohaterami, którzy na ekranie są krócej, niż politycy w wieczornym wydaniu wiadomości. Jessica Alba przykładowo powiela rolę Niewidzialnej Kobiety z „Fantastycznej Czwórki”. W „Valentine’s Day” miało być podobnie, jak we wspomnianym „Love Actually” czy też w filmie „Bobby” Emilio Esteveza, gdzie znany każdemu Amerykaninowi temat zabójstw w rodzinie Kennedych był przyczynkiem do złożenia filmu z kilkunastu historii, które mają jeden wspólny mianownik. W „Walentynkach” jednak wymuszone wielką obsadą krótkie sceny sprawiają, że temat miłości wydaje się spłycony do dawno wytartej kalki.

    Przesłanie płynące z filmu jest jedno – wszyscy chcą być kochani. Trochę zaskakujące, jak na film walentynkowy, ale z drugiej strony – jakie inne mogłoby być? Jak mogłoby zabraknąć zaręczyn (ale nie po irlandzku) i biegu przez lotnisko? Jak walentynkowy film mógłby nie być imprezą masową, ze zgóry ustalonym targetem i prognozą zysków?

    Trzeba jednak oddać sprawiedliwość filmowi i stwierdzić, że są też dobre momenty. Para weteranów – Hector Elizondo i Shirley MacLaine są ozdobą ekranu, tak jak Sophia Loren w „Nine”. I podobnie jak ten musical, „Walentynki” można – po namyśle – obejrzeć dla jednej sceny, będącej hołdem dla niezapomnianej Aurory z „Czułych słówek”. Za mało, by wybrać się do kina? Oceńcie to sami.

    Po walentynkowym seansie „Valentine’s Day” zostały zgliszcza popcornu, słomki zawiązane w supły i resztki pomadki na siedzeniach. Ale skoro to walentynki, kto tak na prawdę patrzy na ekran?

    Marcel Woźniak

    fot. Warner Bross Entertainment Polska


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz