RECENZJA: Wciąż ją kocham
-
Dodano: 11:09 7 marca 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Katarzyna Stosio, Recenzje
- Ona, choć śliczna i dobrego serca, jest niewyraźna jakby dawno nie zażywała rutinoskorbinu, on zaś, oprócz pływania na desce, nie ma żadnych innych zainteresowań, a także cierpi na chroniczny brak wyrazu twarzy – o bohaterach filmu „Wciąż ją kocham” (reż. Lasse Hällstrom) pisze Katarzyna Stosio z Kulturalnego Torunia.
Wciąż to samo
Jakże mi żal bohaterów filmowych, którym tak dotkliwie dokucza fatum – krzyżuje miłosne plany, burzy przyjaźnie, rozluźnia rodzinne więzy. Ale nawet bardziej niż bohaterów, żal mi scenarzystów filmowych. Ci to dopiero muszą się nakombinować, żeby wymyślić te zakręty losu, rzadkie choroby, na które zapadną bohaterowie, podsuwać im ciągłe pokusy w postaci potencjalnych kochanków czy dużych pieniędzy, sprowadzać na nich katastrofy lotnicze i wypadki kolejowe. Na szczęście nie cała ciężka praca związana z wymyślaniem serii niefortunnych zdarzeń spoczywa na barkach scenarzystów-autorów. Są też w Hollywood szczególnie lubiani literaci, którzy specjalizują się w historiach tak skomplikowanych fabularnie, że aż proszących się, by na ich podstawie tworzyć scenariusze filmowe. Jednym z nich jest z pewnością Nicholas Sparks (autor m.in. ?Pamiętnika?, ?Nocy w Rodanthe?, ?Listu w butelce”), specjalista od melodramatycznego gawędziarstwa, miłości dojrzałej i wspomnianych wypadków losowych. Tym razem za prozę Sparksa zabrał się Lasse Hällstrom. Efekt tej współpracy, czyli „Wciąż ją kocham”, można właśnie podziwiać.
U Sparksa nie mogą pozostać bez echa: wybuch wojny, sztorm, list w butelce znaleziony podczas spaceru nad morzem. Te wydarzenia muszą rozpętać jakąś szaloną historię miłosną. Tak jest i we „Wciąż ją kocham”. Wszystko zaczyna się od torebki, przypadkowo upuszczonej przez dziewczynę o imieniu Savannah (Amanda Seyfried) w morską toń. Na szczęście tuż obok znajdzie się krzepki młodzieniec o imieniu John (Channing Tatum), który wyłowi bezcenny przedmiot i tym samym zapozna się z jego właścicielką. Od tego błahego wydarzenia rozpocznie się historia miłosna, która przetrwa choroby i śmierć, liczne misje pokojowe, a także wojnę w Iraku.
Na pierwszy plan we „Wciąż ją kocham” wysuwa się opowieść i jej meandry, sami bohaterowie zaś pozostają w cieniu licznych przypadków losowych. Choć więc film ogląda się z pewnym zainteresowaniem (w szczególności jego drugą część), to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że główni bohaterowie są wyjątkowo nijacy. Oboje maja jakąś tam historię, która zostaje w filmie ledwie zaznaczona. Ona, choć śliczna i dobrego serca, jest niewyraźna jakby dawno nie zażywała rutinoskorbinu, on zaś, oprócz pływania na desce, nie ma żadnych innych zainteresowań, a także cierpi na chroniczny brak wyrazu twarzy.
Nie uważam, że względem filmowych bohaterów należy żywić jakiekolwiek uczucia, niekoniecznie trzeba im kibicować, ale niech mają w sobie przynajmniej coś zaczepnego, charakterystycznego, co pozwoli się nimi zainteresować, co sprawi, że będziemy chcieli śledzić ich losy, że ich zapamiętamy. Wystarczy porównać „Wciąż ją kocham” z innym filmem na podstawie powieści Sparksa, „Pamietnikiem” w reżyserii Nicka Cassavetesa. Tam, choć historia miłosna była wręcz banalna, bohaterowie grani przez Rachel McAdams i Ryana Goslinga, byli przepełnieni emocjami, które skutecznie przekazywali widzom. Wydaje mi się, że problem we „Wciąż ją kocham” leży w równej mierze w deprecjonującym bohaterów scenariuszu, jak i po stronie aktorów, którzy swoim kiepsko napisanym postaciom nieszczególnie pomagają. Amanda Seyfried jeszcze stara się wykrzesać nieco życia z granej przez siebie postaci, ale Channing Tatum, ze swoim głupim uśmiechem po przekątnej, nadal pozostaje w czołówce aktorskiego „drewna”.
Jedyną postacią, która skupia uwagę i wyzwala w widzu pokłady uczucia, jest ojciec głównego bohatera, perfekcyjnie zagrany przez Richarda Jenkinsa. Trudna i bolesna relacja Johna i jego cierpiącego na zespół Aspergera ojca z powodzeniem mogłaby być tematem osobnego filmu. John mieszka z ojcem pod jednym dachem, czasem jedzą razem posiłek, lecz prawie nie odzywają się do siebie. Nie ma między nimi ani chłodu, ani miłości, jest zwyczajna koegzystencja dwojga, prawie obcych sobie współlokatorów. John wypiera chorobę ojca, woli, by pozostał on ekscentrykiem niż osobą zaburzoną psychicznie. Kiedy w życiu chłopaka pojawia się żywiołowa Savannah, ojciec nagle otwiera się, ale tylko względem dziewczyny. Pomimo pozornej poprawy, głęboko zakorzenione lęki i blokady pozostają. Dzięki mistrzowskiej grze Jenkinsa ten mdły i nazbyt poprawny film miłosny staje się na moment głębokim dramatem jednostki nieprzystosowanej i osób jej bliskich.
Całościowo film Hällstroma jest na tyle ładny i miły, żeby akurat wstrzelić się ze swoją premierą w walentynki. Nie ma nic bardziej krzepiącego, jak wyjście z kina z przekonaniem, że on wciąż ją kocha, niezależnie od lat, które upłynęły i wydarzeń, jakie miały miejsce. Szkoda jednak, ze podobnie jak ciacho w kształcie serca, ?Wciąż ją kocham? to film do jednorazowej konsumpcji.
Wbrew rozczarowaniom, które przynosi mi Lasse Hällstrom od czasu ?Wbrew regułom?, naiwnie wierzę, że jego filmowa osobowość nie uległa jeszcze całkowitemu rozmiękczeniu. Jestem żywo przekonana, że wkrótce reżyser przestanie wydawać na świat walentynkowe produkcyjniaki i zrobi wreszcie coś, co autentycznie szarpnie za serducho każdego widza. Znów świat będzie pełen dziecięcych wzruszeń jak w ?Moim pieskim życiu? i znów wszyscy razem z pełnym zaangażowaniem będziemy się zastanawiać ?Co gryzie Gilberta Grape?a?. Krótko mówiąc – może już nie kocham LasseHällstroma, ale wciąż w niego wierzę.
Katarzyna Stosio









