RECENZJE: Brendan Perry – „Ark”

  • brendan_perry_ark (foto)

    Dodano: 13:57 5 września 2010

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: ,

    Posępnie o świecie

    Lata mijają, coraz częściej człowiek zdaje sobie sprawę, że nowe pokolenia nie muszą znać nawet najważniejszych zjawisk kultowych. Zacznijmy zatem historię od początku. Młody punkowiec z angielsko-irlandzkiej rodziny, po przeprowadzce do Australii, założył w 1981 roku formację, która szybko osiągnęła sukces grając rzeczy, które z roku na rok coraz mniej przystawały do wymogów rynku. Inspirowana zimną falą grupa wypłynęła na nieograniczone przestrzenie, gdzie spotkać było można zarówno dramatyczne wokalizy inspirowane bałkańskim folkiem, muzykę dawną i klasyczną, rytmy Indian północno-amerykańskich, brzmienia Afryki, Azji. Teksty inspirowane były filozofią i mitologiami, mistrzami literatury (m.in. Baudelairem, Borgesem, Brechtem), ale równie często śpiewano je w wymyślonych językach. Ten wyjątkowy kolaż, z jakim kojarzymy uwielbianą w Polsce grupę Dead Can Dance i głównych jej twórców, Lisę Gerrard i Brendana Perry, przeszedł do historii po wydaniu płyty „Spiritchaser” (1996 rok), a oboje muzyków rozpoczęło kariery solowe. Nowy krążek Brendana Perry nosi tytuł „Ark”.

    Od chwili rozpadu macierzystej formacji Lisa współpracowała z kolejnymi kompozytorami, nagrała około pół tony albumów, w tym „soundtracki” do filmowych megaprodukcji, natomiast Brendan niejako na przekór, po solowym debiucie „Eye Of The Hunter”, zamilkł na 11 lat. W „międzyczasie” zajął się wychowaniem córki, żeglował, fotografował oraz ostatecznie przekonał się o niemożności kontynuowania współpracy z dawną partnerką (nieudana próba reaktywacji DCD w 2005 roku). Towarzyszył temu upadek wytwórni 4AD – takiej jaką znał, troskliwej wobec artystów, leżącej na marginesie biznesu pop. Rezygnacja jej twórcy i szefa Ivo Watts-Russella (obecnie podobno prowadzi przytułek dla psów w USA), zbiegła się zresztą z wydaniem „Eye Of The Hunter”. Nowe kierownictwo firmy zainteresowane przyciągnięciem młodych talentów nie przyłożyło się do promocji albumu, co również zniechęciło Perry’ego do kolejnych nagrań. W końcu jednak się doczekaliśmy.

    Osiem utworów składających się na muzyczną arkę zamieszkałego w Irlandii muzyka to posępna podróż po meandrach współczesnego świata. Kiedy na poprzedniej płycie dominowały teksty osobiste, tutaj roi się od aluzji politycznych, obrazów korupcji, żądzy wojny i destrukcji środowiska naturalnego. Koresponduje z tym zupełnie nowa muzyka  – zimne brzmienia syntezatorów, metaliczne beaty, co kojarzy się raczej z industrialem niż z nastawionym na dźwiękową archeologię Dead Can Dance. Niezmienny pozostaje jednak sam pieśniarz, upajający spokojnym, głębokim, przeszywającym głosem, od którego łatwo się uzależnić. Przy pierwszym kontakcie areał chłodu może przytłaczać, jednak po kilku przesłuchaniach zyskuje się przekonanie o idealnym balansie słowa i brzmienia na albumie, który Brendan nagrał praktycznie sam, w studiu zbudowanym w opuszczonym kościele protestanckim nieopodal granicy dzielącej Zieloną Wyspę. Tytuł płyty ma tu wymiar symbolu, podobnie jak okładka z rozświetloną latarnią morską, wydającą się dawać oparcie w trudnych czasach.

    „Ark” nie oferuje szeregowym fanom Dead Can Dance łatwego kąska, dzięki któremu można byłoby dokonać sentymentalnej podróży w dobre czasy lat 80. To spójny wyraz poszukiwań odważnego i nonkonformistycznego twórcy mającego coś do powiedzenia o współczesności. Najwytrwalsi wysupłają z tekstów okruchy optymizmu, jak w miłosnym peanie „Utopia”. A że „The Devil And The Blue Sea” traktuje o destrukcji tego marzenia? Brendan Perry nie ma zamiaru nikogo zwodzić i uwodzić. Z tą różnicą, że to drugie mu się jednak nadal mimochodem udaje.

    Brendan Perry „Ark”
    Cooking Vinyl 2010

    Zbyszek Filipiak


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz