RECENZJE: Essential Killing
-
Dodano: 23:20 31 października 2010
Kategorie: Filmy, Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
- „Essential killing” to film odważny, można nawet powiedzieć – kontrowersyjny, jednak nie w sensie publicystycznej wypowiedzi o tajnych bazach CIA w Europie Środkowej. Skolimowski prowokuje starcie autorskiej wizji z oczekiwaniami, wyobrażeniami i intelektem widza – pisze Joanna Tercjak.
ZWIERZĘCY INSTYNKT, LUDZKI ODRUCH
„Jak to na wojence ładnie…” – śpiewali nasi pradziadkowie, a producenci filmowi od zarania kina z pewnością się z nimi zgadzali. Jakże to malowniczy temat z perspektywy kinowego ekranu! Ekstremalne emocje, konflikty, okrucieństwo oraz krew z natury rzeczy podane jak na tacy. I ciężka artyleria ideologii, tłumaczącej widzowi rację jedynie słusznej strony. Oczywiście, można też inaczej – w duchu pacyfizmu atakować estetyką koszmaru, eksplorować terytoria ludzkiej psychiki zruinowanej przez okrucieństwo wojny, a nawet bawić czarnym absurdem tego niewytłumaczalnego zjawiska. Albo jak Danis Tanovic w „Ziemi niczyjej”, użyć wojny jako sytuacyjnej ramy egzystencjalnego dramatu niczym z Becketta. Zdaje się, że Skolimowski w swym najnowszym filmie również wyszedł od kontekstu wojny z terroryzmem jako scenografii dla historii o wymowie daleko szerszej niż komentarz do aktualnej sytuacji politycznej, docierając jednak w zupełnie inne rejony.
„Essential killing” to kolejny w dorobku polskiego reżysera dowód na to, że jak mało kto czuje on kino – nie tylko swoje własne, po autorsku osobne, ale istotę tego medium w najróżniejszych odsłonach, od gatunkowej klasyki po artystyczne eksperymenty. Już pierwsza scena na pustynnych bezdrożach Bliskiego Wschodu zapiera dech wizualnym rozmachem i pięknem malarskiej kompozycji, starannie budowanym napięciem i werwą niczym z amerykańskiej superprodukcji, przy jednoczesnym, konsekwentnym narastaniu klaustrofobicznego dramatu. Takie połączenie mistrzowskiego suspensu i autorskiej wizji udaje się tylko prawdziwym pasjonatom kina samego w sobie. Kolejne sceny, prezentujące ponurą rzeczywistość wojskowych więzień, przesłuchań, tortur i transferów jeńców, cechuje zamierzona oszczędność formalna. To migawki z historii, które wszyscy już dobrze znamy z mediów i raportów obrońców praw człowieka. Komentarz wydawałby się tu zbędny. W ich następstwie nagła zmiana scenerii, wrzucająca głównego bohatera Mohameda (Vincent Gallo) w mroźny i majestatyczny krajobraz Północy, wypada wyjątkowo dobitnie, ciążąc ku egzystencjalnemu dramatowi. Niemniej jednak, twórca nie rezygnuje wcale z atrakcyjnego przebrania wojennego thrillera, długo zabawiając się co raz to wymyślniejszymi zwrotami akcji, kumulującymi się do granic możliwości. I choć momentami te chwyty wydają się nieprawdopodobne i zbyt precyzyjnie wykalkulowane, to świetnie spełniają funkcję utrzymania odpowiedniego poziomu adrenaliny w ciągu całego seansu.
Co więcej, elementy sensacyjnej akcji zdają się posiadać drugie dno, kryjące bogactwo nienachalnej, acz głębokiej symboliki, mocno zakotwiczonej w fabularnej tkance filmu, a jednocześnie przywołującej echa kultury arabskiej. W ten sposób formalny rozdźwięk między realistycznym obrazem zmagań bohatera a jego onirycznymi wizjami traci na znaczeniu, bo jednorodna natura zawartych w nich znaczeń buduje bardzo spójny, specyficzny świat. Ostateczne odszyfrowanie tych kodów okazuje się jednak niemożliwe, tak samo jak wniknięcie w psychikę czy choćby stworzenie jednoznacznego wizerunku protagonisty, przez co można by w oczywisty sposób wyjaśnić motywy i naturę działań mężczyzny. Jest niczym zwierzę – niemy, obcy, działa z zimną krwią, niby w instynktownym odruchu walcząc o własne przetrwanie. A jednocześnie jest bardziej ludzki niż większość postaci na ekranie. Amerykańscy żołnierze to tylko chłopcy traktujący walkę jak grę komputerową oraz trybiki w operacyjnej machinie. Polacy to groteskowe kukły wnoszące do filmu odrobinę karykaturalnego humoru, kwintesencja zachodniego stereotypu słowiańskiej duszy. Ludźmi z krwi i kości są tu tylko muzułmański zbieg i głuchoniema kobieta (Emmanuelle Seigner), która jako jedyna potraktuje go właśnie po ludzku.
„Essential killing” to film odważny, można nawet powiedzieć – kontrowersyjny, jednak nie w sensie publicystycznej wypowiedzi o tajnych bazach CIA w Europie Środkowej. Skolimowski prowokuje starcie autorskiej wizji z oczekiwaniami, wyobrażeniami i intelektem widza. Jego najnowszy obraz to dzieło wyzywające formalnie, choć sprawnie operujące rozpoznawalną konwencją. To również eksperyment z klasyczną narracją, bo przecież czyni głównym bohaterem człowieka nie dość, że o szemranej reputacji, potencjalnego wroga numer jeden, w dodatku Innego, to jeszcze kompletnie pozbawionego klarownej struktury psychologicznej, jawnych motywów, nawet języka, którym mógłby się bronić przed zarzutami. Mimo tej nieprzejrzystości postaci, braku płaszczyzny porozumienia, trudno się nie utożsamić z Mohamedem, nie podążać za nim w jego walce o życie. W ten sposób „Essential killing” przypomina o paru ważnych rzeczach – że przepaść kulturowa i niewspółmierność doświadczeń stanowią barierę nie do pokonania na drodze do prawdy o drugim człowieku oraz że istnienia nie da się sprowadzić do zestawu niezawodnych, oczywistych mechanizmów działania, w związku z czym każda jednoznaczna ocena innych jest błędna. I jeszcze, że jedyną nadzieję na znalezienie wspólnego mianownika może dać chyba tylko myśl, że wszyscy należymy do pewnego gatunku zwierząt, zwanych ludźmi.
Joanna Tercjak
„Essential killing”, reż. Jerzy Skolimowski
fot. Syrena Films









