RECENZJE: „I Love You Phillip Morris”
-
Dodano: 06:00 7 czerwca 2010
Kategorie: Filmy, Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Katarzyna Stosio, Recenzje
Zanim Steven Russell (Jim Carrey) poznał Phillipa Morrisa był przykładnym mężem i ojcem, a także aktywnym członkiem chrześcijańskiej społeczności. Jednak życie miało wobec Stevena inne plany. Pewnego dnia objawiły się one przed nim jasno i wyraźnie – Steven Russell był stworzony do bycia gejem w najszerszym rozumieniu tego pojęcia. Jego przeznaczeniem było być pięknym, wysportowanym i bogatym, prowadzać na smyczy ratlerki, no i uprawiać seks z mężczyznami – Katarzyna Stosio z Kulturalnego Torunia o filmie „I Love You Phillip Morris”.
W chwili gdy Steve Russell poznał i pokochał Phillipa Morrisa, wiedział już, że wszystko co będzie robił, będzie robił dla niego (jak śpiewał Bryan Adams). Gdyby Steven Russell poznał Phillipa Morrisa nieco wcześniej i w standardowych okolicznościach, być może żyliby razem długo i szczęśliwie, wzięli piękny ślub i mieli adoptowane dziecko z importu. Wspólne, dostanie życie nie było im jednak pisane, gdyż z powodu tej obłędnej miłości Russell będzie defraudował, kradł, mataczył, podszywał się, a w konsekwencji lądował za kratkami. Bycie kryminalistą miał bowiem Russell wpisane w geny nie mniej zamaszyście niż bycie gejem.
Amoralne życie Stevena Russella i jego bezgraniczna miłość do Phillipa Morrisa zostały ukazane przez Requa i Ficarrę w barwach równie jaskrawych, jak odzież z parady równości. Są roleksy, siatkowe koszulki, mercedesy klasy S i jachty, wszystko to, z czym zamożni (albo sprytni) geje powinni się, wedle prowincjonalnych wyobrażeń, obnosić. Gra Jima Carrey’a i Ewana McGregora również jest odpowiednio przesadna. Bohater Carrey’a jest skrajnie zdeterminowany, a przy tym nadpobudliwy niczym tchórzofretka na amfie. Ten drugi jest naiwny, rozmemłany, i delikatniutki. Filmy oparte na faktach i autentycznych życiorysach rzadko bywają aż tak intensywnie hiperbolizowane, ale akurat po twórcach „Złego Mikołaja” właśnie tego mogliśmy się spodziewać.
„Phillip Morris” to nie jest film, który wnika w naturę związku homoseksualnego. Nie porusza też tematów wałkowanych w kinie queerowym i mainstreamowym od lat – odmienności, wyjścia z ukrycia, niemożności bycia razem. Tu wszystko jest jawne, romans rozgrywa się na oczach wszystkich (także byłej żony Russella, która na swój sposób akceptuje sytuację). Twórcy filmu nie zezwalają widzowi na dostęp do uczuciowej strony związku Morrisa i Russella. Ma być miło, zabawnie, lekko i nie nazbyt emocjonalnie.
Miałabym jednak wątpliwości, czy wypada nazywać film Requa i Ficarry komedią. „I love you Philip Morris” to film jak na komedię zbyt niepokojący. Za dużo w nim sytuacji dramatycznych w stosunku do tych autentycznie zabawnych (a szalę przeważa ostatni przekręt Russella, który zmroził mi krew w żyłach). Nie mogę też pozbyć się wątpliwości – czy pierwowzorom bohaterów rzeczywiście było (jest?) w życiu tak różowo i tęczowo? A może przesadzam i nie mam wnikać w losy rzeczywistego Russella (który podobno siedzi) i Morrisa (który podobno jest na wolności), tylko śmiać się z głupich min Carrey’a i ciapowatości McGregora.
Katarzyna Stosio
fot. Monolith









