RECENZJE: „Istota”
-
Dodano: 19:57 6 lipca 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
- Trzeba przyznać, że film posiada niezłą dawkę autoironicznego humoru, którego przykładem teledyskowa sekwencja bezpłodnych badań w rytm techno, podsumowana kwestią Adriena Brody’ego: „Nie mogę pracować przy tej faszystowskiej rąbance” – o obrazie „Istota” pisze Joanna Tercjak z Kulturalnego Torunia.
Marzenia pysznych naukowców o stworzeniu nowej, lepszej wersji człowieka to nie tylko woda na młyn dla etyków, ale i bardzo płodny grunt dla gawędziarzy. W czasach galopującego rozwoju nanotechnologii i inżynierii genetycznej tego typu historie zdają się wywoływać jeszcze silniejszy dreszczyk, skoro zaciera się granica między rzeczywistością a fantastyką. Twórcy „Istoty”, mimo ramy świata przedstawionego, złudnie podobnego do naszej codzienności, postarali się jednak o dość absurdalne wizje, by odbiorca nie stracił nic z rozrywkowego wymiaru horroru science-fiction na rzecz moralnych dylematów.
Trzeba przyznać, że film posiada niezłą dawkę autoironicznego humoru, którego przykładem teledyskowa sekwencja bezpłodnych badań w rytm techno, podsumowana kwestią Adriena Brody’ego: „Nie mogę pracować przy tej faszystowskiej rąbance”. Jest też sporo dowcipnych, zgrabnych cytatów z klasyków gatunku pokroju „Obcego”. I choć zaprawiony w bojach widz mniej-więcej od początku może zgadnąć kulminacyjne rozwiązania paru zagadek, to akcja płynie wartko i zawile, utrzymując przyjemny poziom napięcia. Dodatkowo, perwersyjnego smaczku dodaje poczucie umiejscowienia historii we wcale nieodległej przyszłości – ma się wrażenie, że taki makabryczny eksperyment mógłby mieć miejsce choćby dziś. Jednak kino gatunków ma to do siebie, że pod rozrywkowym płaszczykiem horroru czy fantastyki kryje zideologizowany obraz najbardziej dojmujących lęków.
W odróżnieniu od opowieści o Frankensteinie, tym razem rolę rodziców sztucznie spłodzonego „nadczłowieka” odgrywa heteroseksualna para w sile wieku. Bohaterowie równie dobrze mogliby zrobić sobie dziecko drogą naturalną, czynią jednak inaczej, ponieważ są naukowcami i to silnie owładniętymi ambicjami prometejskimi czy też mesjańskimi, za którymi tak naprawdę kryją się osobiste frustracje. Sytuacja oczywiście wymyka się spod kontroli, a zrodzone w ten sposób monstrum okazuje się niebezpieczną pomyłką, hybrydą wszystkich gatunków stworzeń pełzających po ziemi, tworząc efekt zbliżony do mitologicznych potworów. Zresztą co się dziwić, skoro całą robotę zdają się wykonywać komputery, zaś naukowcy są wyłącznie od wciskania klawiszy, ewentualnie spoglądania w mikroskop. Genetyk umarłby ze śmiechu, ale przecież tak naprawdę to nie o naukową wiarygodność tu chodzi, ale o obraz rodzicielstwa w dziwnych czasach płynności ról płciowych oraz pokusy prenatalnej ingerencji w genetyczną strukturę potomka.
Co ciekawe, to kobieta okazuje się tu stroną aktywną, inicjującą cały eksperyment, pozostawiając wprawdzie mężczyźnie rytuał zapłodnienia, jednak dokonany przez niego niejako pod przymusem i tylko na próbę. Z takiej perspektywy „Istota” zdaje się czymś więcej niż tylko ostrzeżeniem przed zbytnią kontrolą nauki nad ludzkim życiem. Eksplorując wątki psychoanalityczne, film włącza wyobrażenia o monstrualnej kobiecości (w postaci „matki” – Sary Polley i „córki” – Delphine Chanéac) w kontekst współczesnej emancypacji płci pięknej, kryzysu męskości i wiecznej niedojrzałości do rodzicielstwa. Morał z tego taki, że ambicje feministyczne i załamanie tradycyjnego podziału płci mogą być bardziej niebezpieczne niż żądze nastawionych na zysk korporacji, eksperymentujących z tajemnicami życia. Sierżant Ripley, symbol kobiecej niezłomności na gruncie science-fiction, byłaby niepocieszona.
Joanna Tercjak









