RECENZJE: „Janusz Hrystus”
-
Dodano: 21:49 18 października 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Artur Jabłoński, Książki, Recenzje
OD „JANUSZA HRYSTUSA” WYBAW NAS PANIE
Jakiś miesiąc temu przypadkowo spotkany w pociągu mężczyzna opowiedział mi ciekawą historię związaną ze swoją wizytą w jednym z londyńskich muzeów sztuki współczesnej. Choć zapracowany, to jednak głodny kontaktu z artystycznymi dokonaniami epoki, trafił na wystawę, na której jedynym eksponatem była pusta, biała kartka, rozmiar A4. Obok wiekopomnego dzieła siedział na krześle nad wyraz zadowolony z siebie pan, który wszystkim chętnym opowiadał, że w tę oto kartkę wpatrywał się był przez tysiąc godzin i jest to jego skończony akt twórczy. Mój rozmówca, nastawiony sceptycznie do wytworu niespożytych sił witalnych autora, nie wierzył tym zapewnieniom. Podobnie zareagowałbym i ja. Oddaleni od siebie o setki kilometrów nigdy się już nie spotkamy, lecz obaj żyjemy w przekonaniu, że artysta „plastyk” najzwyczajniej w świecie próbował wszystkich zwiedzających oszukać, wmawiając im, że zwykła, czysta kartka dzięki niemu stała się czymś wyjątkowym, podczas gdy tak naprawdę nic sobą nie prezentowała. W podobny sposób o wartości swojej drugiej powieści próbuje nas przekonać Jaś Kapela.
Autora „Janusza Hrystusa” nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Zwycięzca pierwszego polskiego slamu poetyckiego i wielu następnych, ma na swoim koncie dwa tomiki „poetyckie” (celowo w cudzysłowie, by nie umniejszać prawdziwej poezji). Gdyby nie rozpoznawalność w środowisku literackim „Janusz Hrystus” zapewne nie ukazałby się nakładem jakiegokolwiek wydawnictwa. Abstrahując od poziomu, nawet objętość nie pozwala nazwać tej książki powieścią. Tylko edytorskim zabiegom (wielkość czcionki, długość marginesów) i prawdopodobnie większą ilością enterów niż kropek zawdzięczamy cyferkę 167 w prawym górnym rogu ostatniej strony. Nie trzeba być znawcą by stwierdzić, że nie jest to czymkolwiek umotywowane. Ten patent nagminnie wykorzystuje w swoich rzekomych antykryminałach Marcin Świetlicki, jednak w porównaniu do Jasia Kapeli zdecydowanie się ogranicza. Dziwię się, że slamer nie sięgnął po słynne już wielostronicowe zapisy milczenia rozmówców z „Kolejki” Sorokina, mielibyśmy wtedy w ręku coś, co przynajmniej grubością przypominałoby powieść.
Nie można jednak bez końca znęcać się nad kwestiami drugorzędnymi, dobry prozaik nie musi od razu tworzyć opasłych tomiszczów, o czym świadczy chociażby przypadek Etgara Kereta. Tylko że Jaś Kapela pokazał już swoimi „utworami poetyckimi”, a „powieściami” potwierdza, że nie potrafi stworzyć nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby czytelnika wzbogacić czy zainteresować. Nie wymagam cudów. Czytanie polskiej literatury współczesnej przyzwyczaja do obniżania poprzeczki. Masłowska, Shuty, Staniszewska, wreszcie i Kapela – czytanie ich książek mija się z celem. To już nie literatura, to produkcja literacka.
„Janusz Hrystus” cierpi na te same bolączki, co wyżej wymienieni twórcy. Krótko, bo i nie ma nad czym się rozwodzić: epatowanie wulgaryzmami, obsceniczność, niewyszukane aluzje do wytworów popkultury (programów MTV chociażby). To już nie działa w żaden sposób. Nastawienie na szok dawno się już przejadło, stało się, wedle słów Piotra Michałowskiego, jeszcze jednym tanim chwytem, stereotypem, a mimo to wciąż znajdują się autorzy, którym się wydaje, że są w stanie go wartościowo przetworzyć (czytaj: wprawić w osłupienie w niewykorzystany dotąd sposób). Na drodze do oryginalności stają im dokonania literackie poprzednich epok, ciężko będzie przebić futurystyczny, dwudziestostronicowy poemat o onanizowaniu się w pociągu. Nie podejrzewam jednak, by Jaś Kapela i inni byli świadomi takiego zaplecza. Widać to w kolejnej cesze ich twórczości: próbie imitowania erudycji za pomocą kryptocytatów odsyłających co najwyżej do lektur szkolnych. Nie wiem czemu ma służyć ten zabieg, wskazywać, że wszyscy jesteśmy identycznie socjalizowani? Donioślejszej funkcji nie dostrzegłem, a i chwalić się nie ma czym…
W jaki sposób wartość swojego „dzieła” próbuje nam wmówić Kapela? Przyczepię się ponownie do Świetlickiego, ale jego ostatnia książka, „Orchidea”, jest idealnym kontekstem dla „Janusza Hrystusa”. Obie lansują programową nieudolność. Trzeba przyznać, że sam pomysł jest dość sprytny: skoro nie potrafię z siebie wykrzesać nic porządnego, to wcisnę czytelnikom chłam i powiem, że taki był mój wybitnie oryginalny zamiar artystyczny. Takie założenie wytrąca krytykom broń z ręki: ależ czemu się czepiacie, że to kiepskie, że niedobre, przecież tak miało być, kpi sobie autor jeden z drugim, zadowolony, bo mu się spod bata uciec udało i jeszcze bezczelnie recenzje zamieści na blogu lub oficjalnej stronie, meldując wykonanie planu.
Z tego powodu nie warto w ogóle zajmować się ideą tej książki. Zmusza do tego jedynie poczucie obowiązku. Otóż zdaniem autora i kilku podejrzanie przychylnie nastawionych recenzentów Janusz Hrystus jest totalną negacją klasycznej narracji. Cała aktywność bohatera sprowadza się do buszowania po Internecie (głównie Facebook i własny blog), spędzania czasu z dziewczyną (jej utrata to jedyne wydarzenie, które można by uznać za jakiś punkt zwrotny fabuły) czy robienia zakupów w pobliskim markecie. Brak jakiejkolwiek intrygi. „Każde działanie może powodować złudzenie, że jest sensowne. Dlatego nie zamierzam działać. Tak, będę siedział. Tak, będę leżał. Ale nie będę działał”. Nihilizm, który rzekomo promuje autor, ogranicza się właśnie do tak pojętego bezsensu losów jego postaci. Z pewnością Janusz to postać cierpiąca: nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji, przymus aktywności budzi jego wewnętrzny opór. Być może wśród kontropinii o tej książce znajdą się głosy o próbie uchwycenia atomizacji społeczeństwa i marazmu jednostki. Wysoce wątpliwa interpretacja.
Kiedy już bohater zmusi się do jakiegokolwiek działania, nie należy oczekiwać niczego pasjonującego. Uraczy nas pseudowykładem o konstrukcji łuku czy opisze swoje problemy z wypróżnianiem się, gdy ktoś jeszcze jest obecny w mieszkaniu (problem wszelkich wizyt towarzyskich, aczkolwiek chyba pozbawiony naukowego terminu – może „defekofobia”?). Właściwie nie wiadomo jak zareagować na bogactwo przemyśleń głosu współczesnego pokolenia: protestować? Zwiesić smutno głowę? Najlepiej chyba będzie więcej nie komentować.
Prawdziwą przyjemnością jest przebijać się przez książki tragiczne z nadzieją znalezienia jednego, jedynego zdania, które można by potraktować jako wypowiedź autotelliczną. Kapela również wpadł na takie: „Czy ludzie zupełnie już powariowali? Umiaru, żądam umiaru. Zachwycajmy się tylko tym, co godne jest zachwytu. Gańmy to, co zasługuje na naganę”. „Janusza Hrystusa” gańmy jak najgłośniej.
ARTUR JABŁOŃSKI
Kapela Jaś, Janusz Hrystus, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010









